Czy można mieć dwójkę małych dzieci i być szczęśliwą żoną, matką i mieć fajną pracę?

napisała 05/02/2016 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach
czy mozna miec dwojke dzieci i

Gdy zatrzymałam się w tej mojej codzienności, aby przelać na wirtualne stronice te kilka zdań, które kłębiły się w mojej głowie od godzin porannych, jednak fizycznie nie mogłam znaleźć na to czasu.

No właśnie, to doszłam do wniosku, że nie mogę tak po prostu stwierdzić, bez wyjaśnień, tak palnąć bez uzasadnienia, że jestem po prostu szczęśliwa.

Bo to żadna tam nowość, że ktoś anonimowo bądź nieanonimowo stwierdzi publicznie, że jest szczęśliwy. Każdy przecież może zaanonsować całemu światu, że jest nieosiągalną maszynką pierdzącą szczęściem. I nic z tych wywodów nie wyniknie. No przecież, że nie wyniknie.

Bo to nie sztuka powiedzieć i pochwalić się swoim szczęściem, a sztuka jest spróbować zapalić tę iskierkę w innych, która to iskierka ma szansę rozpalić całe połacie w kobiecej naturze. Bo to na tej kobiecej naturze chcę się skupić. Do niej mi zdecydowanie najbliżej ;-)

Wiecie, mam te swoje trzy dychy na karku i pewnie jak większość trzydziestek stwierdzam, że piorun jasny z nieba wyrąbał we mnie coś na kształt jakiejś jasności, eureki w momencie, gdy ta trójka z przodu rozbrzmiała w mojej głowie. Że coś we mnie pękło, coś mnie zmieniło, coś we mnie dojrzało. Takie tam trelemorele, które można przeczytać na co drugim blogu, w każdym numerze Pani Domu i przy okazji nie zdziwię się, że i moje wynurzenia wpiszą się w ten nurt. No trudno.

Ale ponieważ coś tam kłębiło się w mojej głowie, to doszłam do wniosku, że napiszę o tym w tym moim pamiętniczku. Bo od tego ten pamiętniczek przecież jest.

Gdy rano zapakowałam dzieciaki w walizki, policzyłam czy mi pieluch wystarczy, czy mam arsenał majtek na zapas dla starszaka, czy dla siebie mam jakiś wytarty T-shirt, w którym  czuję się najwygodniej, i czy telefon mam przy sobie naładowany a karta płatnicza siedzi w mojej dyżurnej torebce. Bo wyjazd nam się wykroił. Ach, i spłynął z rana do mnie przelew, który zapłaci za jakieś tam bieżące zobowiązania. To w momencie tego pakowania doszłam do pewnego wniosku.

Otóż jestem, kurwa, szczęśliwa. Tak po prostu.

Że czego ja właściwie jeszcze chcę od życia i kiedy do cholery zatrzymam tę machinę, która ma mnie nieustannie nakręcać do działania, niczym duracellowego królika, który jednego dnia chce mieć nowe biurko potrzebne do pracy, następnego dnia je sobie kupuje. Jednak moje potrzeby rosną z dnia na dzień i zapominam już o tym biurku, przestaję się z niego cieszyć i wymyślam sobie kolejną potrzebę, której jeszcze nie zrealizowałam. I zaczyna się bieg za realizacją tego kolejnego przydasia. Oczywiście, że to biurko, o którym tak cholernie marzyłam, już straciło swój blask w moich oczach. Teraz wymarzyłam sobie jakiś tam parawan, do tego kosz na odpadki i coś tam jeszcze aby turbousprawnić tę moją pracowniczą kryjówkę, w której się zaszyję i będę realizowała kolejne podpunkty z tej mojej listy, aby być jeszcze „lepszą”…

Do jasnej cholery. Ileż można gonić za niewiadomoczym. Ileż można planów sobie w głowie budować i ile drabin konstruować, aby dojść do punktu, który miałby być tym punktem mojego pełnego szczęścia? Po czym ja znowu dojdę do wniosku, że to jeszcze nie to, bo chcę tego, tamtego, siamtego, owamtego. Kiedy do cholery będzie ta pełnia?

Skoro mam ten zapas pieluch, zapas czystych majtek, na koncie są jakieś tam pieniądze, nieduże, ale są, po to, aby przetrwać i aby zostało coś na krótką, czarną godzinę. I że w sumie mam dwie ręce, dwie nogi, głowę nie od parady, mam zdrowego męża, mam zdrowych chłopaków, mam co jeść, co pić, czym się okryć, i mam perspektywy na to, aby moje przychody były w miarę okay, bez szału, ale wiecie – takie że ci, którzy pracy nie mają, to po rękach by całowali za taki dobrobyt. To dochodzę do wniosku, jakże  odkrywczego, że jestem w cholerę szczęśliwa.

W dodatku mam kumatego męża. Zdrowego, z głową na karku i zdrowymi rękami faceta, który przytuli. Mógłby częściej, ale może kiedyś to się zmieni. Faceta, który dba o mnie. Dba o dzieci. Czasami nawet w przypływie weny, sił i obecności zrobi śniadanie 7 dni z rzędu. I obiad na grillu przez całe lato wykombinuje. Ma trochę trudną dla nas pracę, bo wyjeżdża na długo, ale na chwilę obecną nie da się inaczej. W dodatku ten mój facet potrafi trzymać w ryzach ten mój piekielnie trudny charakter. I tą swoją osobą, wcale niełatwą, wie jak mnie uszczęśliwić. Choćby kupując mi Milkę jogurtową, jak przed kwadransem, na którą nawet nie powinnam podnosić wzroku, ale popatrzeć się do papierka przecież można…

No właśnie. To odpowiadając na pytanie, które zadałam sobie samej w tytule tego posta, dochodzę do wniosku, że można mieć dwójkę dzieci. Co prawda być styraną codziennością z lekka, ale można być szczęśliwą laską. Można być też szczęśliwą żoną męża, którego nie ma prawie pół roku w ciągu całej rocznej kalendarzowej rozciągłości. I można mieć fajną pracę. Fajną, to znaczy taką dzięki której na stół podam choćby mleko, chleb i jakieś tam owoce. Można mieć to, co napisałam i nie przejaskrawiałam, i można piać szczęściem. I ja to zacznę robić!

Ale żeby piać tym szczęściem, trzeba najpierw spełnić jeden warunek. Trzeba to najpierw docenić! Docenić, co się ma, co się posiada. Co pomaga nam w tej codzienności.I gdybyśmy tak sobie stanęli, o tutaj, w rządku, to bym nam wyszło, że my do cholery już mamy szczęście! Ale zdarza nam się, że czujemy się wybrakowani. Wybrakowani tym, że czegoś jeszcze nie mamy, albo to co mamy nie jest jeszcze takie jakbyśmy chcieli.

A to wystarczy, tak trywialnie i górnolotnie jednocześnie docenić to, że się ma dach nad głową. Że ma się co jeść. I że ma się partnera u boku, i dzieci zdrowe.

Tak, docenić. I ja zaczynam to doceniać. Niech to szlag, że dopiero tak późno!

Chodźmy weźmy się ;-), doceniajmy to razem, bo życie krótkie a jednocześnie takie fajne!

To co, piona?

Podobne wpisy

  • Fajnie napisane i mogę się pod tym wszystkim podpisać, ale mi w zupełności wystarczyłaby jedna ‚kurwa’ na tekst, tak jak u mnie jedna moja osobista ‚kurwa’ na dzień też wystarcza. Trafiła ci się taka ciut bardziej ‚wrażliwa’ czytelniczka ;P

    • te wrażliwsze Czytelniczki i ich komentarze też lubię. A te, które zostawiają komentarze Disqusowe to już w ogole ;-)))

  • magda_wi

    Też mam dwójkę. Też mam fajnego chłopa. I tez jestem szczęśliwa. No i tez trzydziecha. Już się wyszumialam, napodrozowalam, karierą zachlysnelam. Teraz doceniam te moje podwójne macierzyństwo. Choć jest ciężko. Niecierpie kiedy ze zmęczenia tracę kontrolę nad emocjami. Burcze na męża, okazuje niezadowolenie. A on tyra na to wszystko. Na dom, oszczędności, itd. Ale ogólnie to doceniamy się wzajemnie. On mi często dziękuje za mój trud i cierpliwość do tych szkrabow naszych. A ja jemu, za to ze zapewnia nam cieplarniane warunki. Tak starodawnie, tak nienowoczesnie, ale tak mamy ;)

  • Katarzyna Bugaj

    Ja też mam to wszystko a mimo to ma doła jak nie wiem co ?. Już nawet wymyśliłam, że żeby się wyspać choć 1 noc po 11 mcach nocnych pobudek to pójdę do hotelu. Przez ulicę mam zupełnie przyzwoity. Ogarnę dzieci, mieszkanie i co tam jeszcze będzie potrzebne i pójdę. Na odrobinę egoizmu. Ale czy się odważę?

  • zanet

    Tak popieram ♡zapominamy się cóż

  • Ala

    Czytając teks miałam wrażenie, że ten wpis to o mnie samej. Dziękuję, że ubrałaś to tak pięknie w słowa. Jutro też to przeczytam i pojutrze. I za każdym razem kiedy zapomnę się co tak naprawdę w życiu jest najważniejsze. Pozdrawiam serdecznie.

  • Świetnie napisane!,
    Warto docenić, co się ma, marudzenie zatruwa humor i utrudnia funkcjonowanie, skupiamy się na tym, czego nam brakuje, a nie dostrzegamy, jak wiele mamy. Brawo za pozytywne podejście! W końcu nazwa bloga mówi sama za siebie ;-)

  • Bozena

    ja ma 4 dzieci – na serio :) x 2 i pewnie2x więcej szczęścia :) i x2 więcej zmęczenia też pewnie, dobry zawód, w którym pracuję nieprzerwanie od 20 lat. Wiecie co młode kobiety-matki z ta pracą to owszem fajnie ją mieć ale nie świrujcie, warto czasem zwolnić i odpuścić…Czasem żałuję że tego nie zrobiłam kiedy moje nastolatki były małe…to tylko kilka lat wykrojonych z naszej zawodowej kariery a dla nich może oznaczać całe ,życie męczenia się z poczuciem gdzieś w podświadomości, że są zbyt mało (nie) kochane. Ale najważniejsze – każdą decyzję musimy podjąć samodzielnie w poczuciu własnej wolności (chcę a nie muszę)- tylko wtedy to ma sens i tylko wtedy da nam szczęście i tym dorastającym przy nas młodym ludziom

  • Zgadzam się. Jak umiemy docenić to co mamy, życie staje się dużo łatwiejsze i przyjemniejsze.

  • Kurde, Szczęśliva, ja Cię piekielnie lubię z tego internetu i z tego co piszesz, ale ostatnio mnie martwi to co tu czytam. Bo jak czytam, że taka fajna laska z głową nie od parady ma charakter, który musi być trzymany w ryzach przez jej męża, to mi smutno. Miło jest doceniać, że ktoś z nami wytrzymuje, na pewno tym, którzy wytrzymują, jest miło, ale nie jest to powód do wychwalania. Kurde, jak wytrzymują to ich nagrodą jest fakt, że z nami są i my jesteśmy dla nich. No nie wiem, może się trochę czepiam i łapię za słówka, a może z wiekiem jestem bardziej radykalną feministką, ale fuck it, musiałam to napisać i z siebie wydusić.