Dopiero teraz rozsmakowuję się w macierzyństwie.

napisała 06/03/2016 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach
Rozmakowuje sie w macierzynstwie

Początki drogi, którą obrałam kilka lat temu, nie były łatwe. Właściwie nie skłamię jeśli powiem, że były one dosyć napięte, burzliwe i kryzysowe. Wcale nie zapowiadało się wtedy, że cokolwiek się ustabilizuje, zelżeje czy nabierze innego wymiaru.

Pamiętam, gdy moja kochana Mama podczas pierwszej wizyty po narodzinach mojego pierworodnego rzuciła uwagą, którą puściłam kątem ucha: „Magda, daj sobie czas. Dajcie sobie wszyscy czas…”. Burza hormonów, przemęczenie, brak perspektyw na rychłe zmiany, monotonia, rutynowe i mechaniczne wykonywanie tych samych czynności każdego dnia sprawiły, że bywały chwile, gdy miałam wszystkiego dosyć.

Jednak faktycznie, tak jak mówiła mi moja rodzicielka, z dnia na dzień, a właściwie z miesiąca na miesiąc, wychodziłam z tej mojej prywatnej niecki i nabierałam wiatru w żagle. Może wydawać się to dla niektórych „słabe”, żałosne a dla innych jeszcze karygodne, jednak bywały dni kiedy moje początkowe macierzyństwo wcale mnie nie cieszyło, a wręcz mnie dołowało. Co prawda uśmiech na twarzy mojego dziecka wywoływał również mój uśmiech i łzy wzruszenia, jednak chwilę później pojawiały się chwile, które totalnie i na długo wytrącały mnie z jakiejkolwiek szczątkowej radości. Kolki, bezsenne noce, mąż po drugiej stronie globu i obraz w lustrze, który zupełnie nie dodawał mi wiary we własne siły ani nie podbudowywał mojego nadwątlonego ego.

Gdyby ktoś zapytał mnie jakim słowem opisałabym moje macierzyńskie początki, to bez wahania powiedziałabym, że wybieram słownikową „huśtawkę”. Raz na górze, raz na dole. Raz bez trzymanki a za chwilę z dodatkowym podparciem. I tak każdego dnia.

Gdy mój najmłodszy skończył półtora roku odzyskałam część dawnej siebie. Miałam zarówno siłę do walki o każdy kolejny dzień jak i chęci na zajęcie się moim samorozwojem. Chociaż gdyby ktoś zapytał mnie czy to już ta 100% Magda, dla której macierzyństwo jest zarówno celem samym w sobie jak i drabiną do bycia lepszym człowiekiem, to nie odpowiedziałabym na to pytanie twierdząco. Wraz z pojawieniem się kolejnego potomka, znowu „wpakowałam” się w kolejne huśtające rejony, choć już na stabilniejszym gruncie, mając za sobą poprzednią odrobioną lekcję.

To niesamowite, że drugie macierzyństwo jest dojrzalsze i w pewnym sensie pewniejsze, jednak nie można powiedzieć o nim, że nie generuje nowych niespodzianek i nie poddaje nas kolejnym próbom. Jestem zdania, że przy każdym dziecku uczymy się czegoś nowego i jednocześnie stoimy przed kolejną niewiadomą. Nowe stworzenie jest nowym pudełkiem losowych czekoladek, w którym niewiadomo na którą i w jakim momencie trafimy. Wiemy już, że możemy spodziewać się wszystkiego i to wszystkiego w dowolnie zwielokrotnionych proporcjach. Nie ukrywam, że mój drugi Syn i nasze wspólne przeboje w pierwszym kwartale, to był armageddon. To była nasza wspólna bitwa upstrzona kolkami, wspólnym płaczem i chwilami rezygnacji. Wygraliśmy ją jednak.

I w momencie, w którym doszło do mnie, że mamy za sobą prawdopodobnie najgorszy okres pod względem energetycznym jak i emocjonalnym, odżyłam. Zaczęłam wierzyć w to, że dzień może zaczynać się uśmiechem i kończyć przytulaniem. Na czym skorzystałam nie tylko ja, ale również mój pierwszy Synal, który cierpliwie czekał aż jego Mama odzyska samą siebie. I za to mu dziękuję. Mimo ogromnej niecierpliwości i poczucia, że on musi „czekać”, bo na tapecie jest drugi mały człowiek, miauczący 24/7, to on wytrwał w tym i doczekał się radosnej mamy. Nareszcie!

Dzielę się z Wami tymi moimi wynurzeniami, bo czuję potrzebę powiedzenia całemu światu, że to światełko w tunelu, którego nie widać wyraźnie a czasami nie widać wcale [!], pojawia się. Mam na myśli to światełko, które zamienia szarą codzienność w radość z każdej chwili bycia razem z tymi małymi człowieczkami [że pozwolę sobie ich tak nazwać].

Od kilku tygodni towarzyszy mi poczucie radości. Takiej niesamowitej radości, która wypełnia mnie i nakręca do działania. Patrzę na moich synów i gęba nie przestaje mi się uśmiechać. Czuję niesamowitą odpowiedzialność za to, co stworzyliśmy z moim Mężem a jednocześnie ogromnie się cieszę, że niejako zostałam obdarowana tym ogromem emocji, chwil, radości których doświadczam każdego dnia.

Dopiero gdy moje macierzyństwo się ustabilizowało, minęły kryzysy energetyczne i emocjonalne, a ja znalazłam swoje miejsce na Ziemi a także nakreśliłam sobie moje życiowe cele, to rozsmakowuję się w tym „byciu Mamą”. Dopiero teraz czuję jakbym miała przed sobą na talerzu wspaniałą potrawę, na której konsumowanie mam czas, siły i ochotę. Nikt mnie nie pogania. Nikt nie wyrywa mi widelca. Nie zabiera z ust żadnego kęsa. Pomału rozsmakowuję się w tym, co próbuję. I wiem, że tego dania nie jem sama. Razem z moim Mężem, którego uczę moich potrzeb i pomagam mu dostrzec to, czego on czasami nie widzi, cieszymy się z tego wspólnego posiłku.

Nasze emocjonalne kobiece huśtawki nie biorą się z nikąd! My kobiety potrzebujemy czuć, że nie jesteśmy z tym wszystkim same. Że mamy wsparcie. O każdej porze dnia i nocy. Z tym wsparciem szybciej odzyskamy siebie i nasze macierzyństwo będzie nam wspaniale smakować…

Podobne wpisy

  • W takim razie dużo radości życzę :). Chociaż ja muszę przyznać, że mnie drugie macierzyństwo zaskoczyło i przytłoczyło mocno. starszy był dzieckiem prawie że idealnym, wystarczyło go nosić w chuście pół dnia i nie było najmniejszego problemu. Drugi… No cóż – najprawdopodobniej miał zaburzenia integracji sensorycznej (ale na to wpadam później) – pierwsze cztery miesiące – ciągły płacz, nie mogłam go spokojnie nakarmić, bo jadł tylko na leżąco w pełnej ciszy i bezruchu otoczenia. Kolejne sześć miesięcy wymagał stałego rytmu dnia i każda zmiana powodowała, że wieczorem był nie do zniesienia. Do tego doszedł bunt starszego trzylatka, jego potrzeba bliskości i fakt, że mąż pracował po kilkanaście godzin dziennie, a ja byłam sama z nimi dwoma w domu. Jeszcze teraz jak sobie o tym pomyślę, to mnie ciarki przechodzą…

  • Rozumiem Cię. Moje drugie macierzyństwo sprezentowało mi spokojny i relaksujący rok pierwszy, by nadrobić wszystko z nawiązką w drugim roku. Zmieniło moje mało wymagające niemowlę w szalenie wymagającego i krzykliwego roczniaka, z którym to najlepiej się zabarykadować w domu i przeczekać. Po niemal roku znowu zaczynam widzieć to światełko w tunelu. Wiem, że już niedługo znowu będzie można bez stresu wyjść w miejsca publiczne, że znowu zabawy nabiorą sensu, a z dzieckiem będzie można się dogadać. Znowu będzie fajnie :)

  • Ja mam tylko jedno dziecko, córkę, która ma 1,5 roku, ale nasze początki również były bardzo trudne. Mój stan zdrowia po porodzie nie pozwalał mi się nią opiekować, więc najpierw musiałam dać sobie radę z samą sobą, a potem dopiero zaczęłam się uczyć córki. Chociaż nie było łatwo, kolki, brak nocnego snu, ciągły płacz, noszenie, bujanie, a u mnie nieustające zmęczenie i bezsilność. Powiem szczerze, że ja bardzo boję się drugiego macierzyństwa.