Wybieram macierzyństwo zrównoważone. To nieperfekcyjne i perfekcyjne mnie nie interesuje.

napisała 09/07/2016 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach
macierzynstwo zrownowazone

Ostatnio modnych zrobiło się kilka nurtów. Z jednej strony wszyscy trąbimy o tym, że mamy gdzieś bycie perfekcyjną mamą, kobietą, żoną i panią domu.

Ja też wpisałam się całkiem niedawno w ten trend próby chodzenia pod prąd idealizmowi, ale zawróciłam stamtąd.

Z drugiej strony jest jeszcze nurt kobiet, które próbują udowodnić całemu światu, że można mieć czystą chatę, uśmiechnięte dzieci, pomalowane pazury, fajnego partnera i nie trzeba się przy tym zarzynać. Mówią otwarcie, że wszystko może być na 100% i że to tylko kwestia organizacji. Hmmm…

Nie do końca jednak dam się przekonać ani do tej drugiej postawy, ani też do tej pierwszej. Gdy zaczęłam się przyglądać mojemu macierzyństwu i mojej codzienności, to dochodzę do wniosku, że jestem jednak gdzieś zdecydowanie pośrodku. Nie dam sobie wmówić, że można mieć czysty dom i czyste dzieci, na stole codziennie pachnące ciasto, obiady dwudaniowe, udany seks, zgodne partnerstwo i fajną pracę – i to wszystko bez tzw. „zarzynania cielaka”, matką zwanego. Serio, nie kupuję tego. Nie uwierzę też, że może komuś odpowiadać względny bajzel i olewactwo, zostawiania dzieci samopas i życie na ciągłych fast foodach.

Poczyniłam takie próby życia na 100%. Wstawałam wtedy o 5.00 czy 6.00 i jechałam na szmacie przy okazji żonglując garnkami, patelniami i i innymi mikserami. Dwudaniowy obiad był gotowy już o godzinie 11.00. W międzyczasie dwójkę moich dzieci sadzałam w łazience do dwóch krzesełek, podając im co minutę na golasa spod prysznica nową porcję wafelków albo zabawek, a  ja wtedy oddawałam się goleniu nóg na speedzie, myciu głowy, suszeniu jej. Próbowałam sobie nawet udowodnić, że nałożę make-up i włożę na siebie coś lepszego niż tylko t-shirt męża i stare dresy. Po takiej godzinie spędzonej w łazience z dwójką dzieci miałam ochotę wyć do księżyca. Bo to nie była przyjemność wybiegać co chwilę z gołym tyłkiem i uspokajać raz jednego a raz drugiego. To był hardcore, który wyrzymał mnie jak starą gąbkę. Twardo jednak udowadniałam sobie dalej, że taka piękna i wypachniona zapakuję ich do wózka i pójdziemy na spacer. Na dłuuugi, relaksujący i kreatywny spacer po krakowskich ścieżkach. Ehe ;-) Może nawet napiję się gdzieś kawy i będę uśmiechać się do przechodniów. Zaciskałam zęby próbując nie wychodzić z siebie i trzymać nerwy na wodzy, gdy mój trzylatek odmawiał wejścia ze mną do sklepu, celowo wskakiwał w kałuże i zabierał swojemu bratu zabawkę, co kończyło się jego pół godzinnym płaczem. Mijałam ludzi na spacerowych alejkach i uśmiechałam się do nich, aby nie wyjść na sfrustrowaną matkę. W rezultacie jednak miałam ochotę wrócić do domu i strzelić sobie w łeb. Cały czas próbowałam ze spokojem i taktem zwracać się do moich dzieciaków, nie podnosząc głosu, z anielską cierpliwością odpowiadać na ich różne zachowania. Zaciskałam zęby i spalałam się w sobie. A w środku wrzało we mnie, bo czułam, że to nie jest prawdziwa Magda, tylko ta która na siłę próbuje wmówić sobie, że te mądre artykuły, które czyta na niektórych portalach i blogach dotyczące wychowania dzieci, da się wprowadzić w życie.

Po takim tygodniu czy dwóch ukończonych idealistycznym fiaskiem weszłam w kolejny nurt. Z braku siły i chęci do dalszych prób, zaczęłam udowadniać sobie, że teraz będę nieperfekcyjna. Że oleję ten bajzel w domu. Że dzieci mogą chodzić czasami brudne i nic im się nie stanie. Zaczynałam folgować sobie na wielu polach po to tylko, aby odpocząć. Robiłam codziennie naleśniki, posługiwałam się gotowcami i nie miałam siły zwlec się z łóżka nie wspominając nawet o wyjściu z domu na spacer. Zmęczona poprzednią rolą perfekcjonizmu weszłam w drugą pułapkę. Czułam jednak, że to nie jestem ja. Że nie rajcuje mnie ani to macierzyństwo na pełnym speedzie, ani też ta totalnie wyluzowana, nieperfekcyjna postawa, odrobinę zahaczająca w moim przekonaniu o olewactwo i lenistwo.

W rezultacie doszłam do wniosku, że wypracuję sobie swój własny system na miarę, który będzie odpowiadał mi i mojej rodzinie. Podczas którego jestem szczęśliwa, nie zaharowuję się, jednocześnie jednak zaspokajam moje potrzeby robienia rzeczy ekstra. Bo ja też mam czasami ochotę upiec ciasto czy dwa, wypucować całe mieszkanie, być cierpliwą dla moich dzieci, pobawić się z nimi w Indian, uszyć coś na maszynie i wyglądać przy tym jak gwiazda ;-)

I tak! Odnajduję się w moim zrównoważonym macierzyństwie. Funduję sobie dłuższe poranki w łóżku, o ile dzieci pozwolą, czasami jednak wiem, że muszę się sprężyć i dzień zaczynam o 5.00 na wysokich obrotach.

Są dni, gdy mój trzylatek zaspokaja się płatkami śniadaniowymi z mlekiem, a są dni kiedy mam ochotę zrobić dla niego na talerzu coś ekstra.

Są również dni kiedy wyjdę z domu podobając się sobie w lustrze, bo znalazłam wcześniej pół godziny na ogarnięcie siebie,  a czasami wybiegam z domu wyglądając tak, jak zostałam stworzona :-)

Są wieczory, gdy mamy ochotę i czas spędzić je z moim mężem przy winie czy filmie. Zdarzają się też takie, gdy zasypiam razem z dzieckiem i budzę się dopiero rano.

Czasami mam ochotę przelecieć całe mieszkanie ze ścierką w ręku, a czasami olewam ten bajzel i skupiam się na dzieciach.

Są chwile, gdy posiłkuję się kwadransem bajki puszczonej mojemu trzylatkowi. Są też takie, gdy wyciągamy puzzle czy farbki i bawimy się razem przednio.

I wiecie co? To jest moja droga. Cholera, nie da się żyć tak, jak niektórzy piszą. Musimy sami wypracować zrównoważony system, nieprzegięty w żadną stronę. Niedopasowywany na siłę, pod dyktando „rodzicielstwa bliskości”, albo innego rodzaju rodzicielstwa, które to powstają teraz jak grzyby na deszczu, próbując sprzedać swoją teorię. Zaufajmy sobie, reagujmy na nasze potrzeby i nie miejmy parcia na przeginanie w żadną stronę. Wiem już, że ani bycie idealną, ani też bycie nieperfekcyjną, nie jest zwyczajnie dla mnie.

Najlepiej się czuję, gdy jestem sobą…

Podobne wpisy

  • To wszystko co opisałaś jest brakiem perfekcji, który promuję :) To sposób życia. Olewactwo i lenistwo to nie macierzyństwo :)

    • Tak, tylko gdy patrzę na siebie i moje etapy zmiany podejścia, to dochodzę do wniosku, że często pisząc na blogu o tym, że odpuszczam i nie dążę do bycia idealną i na 100%, to łapałam sue w rzeczywistości na tym, że olewałam pewne obowiązki w imię tego braku perfekcjonizmu :) Nie wiem jak to jest u innych, ale ja musiałam na swoim przykładzie to bardzo wyważyć :)

  • myszkowy.pl

    Ja właśnie pracuję nad swoim stylem macierzyństwa. Też mam ochotę olać wiele rzeczy, ale później ciężko mi się odnaleźć w takiej rzeczywistości. Nie ukrywam, że lubię mieć czysto, schludnie, lubię dobrze wyglądać i mieć ugotowane. Niestety często idę na ustępstwa i rezygnuje z wielu rzeczy. A chciałabym więcej. Nie żeby było perfekcyjnie, ale lepiej niż przeciętnie. Przy jednym dziecku mogę mieć takie aspiracje, bo przy większej liczbie to zapewne będzie marzenie. ;)

  • Dorota Mielia

    Ja bym chyba nawet takiego perfekcyjnego tygodnia nie wytrzymała. Góra dwa dni. Pewnie, że jestem z siebie zadowolona kiedy uda mi się zrobić wszystko co zaplanowałam, ale też nie płaczę gdy nie zrobię nic. Trudno się mówi. Mój Piotrek póki co daje mi dość dużo swobody, potrafi zająć się sam sobą, a niektóre zabawy wkręcają go nawet na 30 minut :D Ale generalnie mówiąc dla mnie ważniejszy jest codzienny spacer niż posprzątana chałupa. Z kolei w tą drugą stronę… pewnie wytrwałabym dłużej a mąż by mnie ukatrupił :D A na poważnie, też by się nie dało. Jestem zodiakalną panną, więc tą nutkę perfekcjonizmu i pedantyzmu gdzieś tam w sobie mam. Tekst bardzo fajny, w pełni się utożsamiam :)

  • Magda GK

    Kolejny mit to łączenie pracy i macierzyństwa bez zarzynania się…Ciało szybciej mówi, że coś jest nie-halo niż głowa unosząca się nad ciałem jak balonik.

  • Ania

    Ja mam własnie problem z odpuszczeniem sobie. Mam dwie córki, pracuję, do tego dom, gotowanie, sprzatanie… ciągle mam wrażenie, że się nie wyrabiam. A otoczenie nie pomaga :/ http://gomuummygo.blogspot.com/

    • Ewelina Żmuda

      Też miałam problem z odpuszczaniem sobie, ale wiesz co? w życiu są ważniejsze sprawy niż wypucowane na błysk mieszkanie. Na szczęście mam męża, który pomaga mi w domu i nie wymaga też ode mnie żebym była perfekcyjna pani domu. Mam 3-letnią córkę, która po swojej babci odziedziczyła miłość do czystości i porządku (do perfekcyjnie wypucowanego mieszkania, błeeee:/ ), nie muszę jej namawiać do pomocy w sprzątaniu. Nawet małe dziecko może pomóc w prostych, łatwych pracach domowych i uczy się od małego obowiązków domowych. Bo tak naprawdę w domu powinni sprzątać wszyscy, a nie wszystko zganiać na matkę.

  • Grzegorz Anuszkiewicz

    He, he..Świetne masz pióro, takie lekkie. Kocham Cię czytać :). Jak było u mnie..9 lat temu rodzi mi się córka. Choruję, mam rentę, więc żona do pracy a ja z dzieckiem. Nieważne, że teraz mam rozwód, bo żona odeszła, bywa. Ale..zapierdalałem jak osioł. Co 3 godziny karmienie, zmiana pieluchy. O 4 rano już na nogach, bo dom trzeba ogarnąć, sprzątnąć. Dziecko rośnie jak na drożdżach, ale choruje, nocki zarwane. I coś się stało złego- dałem córce klapsa jak miała niewiele ponad rok, bo ze zmęczenia usnąłem, i córka zdjęła pieluchę i gówno rozsmarowała na ścianie.Potem gaz odkręciło. Coś we mnie pękło. Powiedziałem pierdolę idealność. I może tego nie kupisz, masz prawo- ale od prawie 8 lat mam zlew na bajzel czy obiad. Dziś moje dziecko ma ponad 9 lat, nie mieszka ze mną, ale nocuje bardzo często. Zamiast sprzątania czy gotowania idę na spacer. Aha, jak córka miała rok i 9 miesięcy ksiądz przyszedł po kolędzie, nie wiedziałem, że przyjdzie, nie miałem czasu na Kościół. Przyjąłem go w gaciach, bo córka rzygała. Posiedział, wziął kasę, powiedział- z Panem Bogiem. Laskę kładę na księdza. No, może brak szacunku, ale zrozumiał. Nawet się pomodlił za małą.
    Od dwóch lat pracuję.
    I….Muszę mieć czas dla siebie. Bo lubię być zadbany, jestem w średnim wieku, córka 9 lat, więc nie chcę być jak dziadek, ale ojciec. Często jeżdżę na basen sam, chodzę do kosmetyczki. Czemu nie?
    A często jadę na gotowcach. Trudno, żebym po 10 godzinach nocnej pracy stał w garach, bo mała przyjdzie. Je chinki, pizze, kebaby, purre ziemniaczane firmy Knorr. Ale tak jak Ty czasem robię królewski obiad- jak mam dwa dni wolnego i śpię w domu. Wtedy sprawiam. Rosół, schabowy, mięso duszone, schaby pieczone. Bez ciasta, bo dziecko nie lubi, woli Kinder Bueno.
    Dla mnie ważniejsze jest dziecko niż wypucowany dom. A dziecko- tatuś kocham cię, te kwiatki dla Ciebie( czytaj chwasty i trawa). Dziecko już chodzi sampopas, jest duże, nie będę nadopiekuńczy. Niech lata po mieścinie.
    Współczuję moim rodzicom, jedno zmywa, drugie poprawia. To nie moja droga. Lubię sobię ułatwiać życie a nie utrudniać. I może mi ktoś zarzucić, że brak szacunku, że nie uczę tego czy owego. Ale jak moje dziecko mówi- kocham cię, przytul mnie to mi serce się raduje.
    Prostą drogą do celu, bez kluczenia.

    Prostą drogą do celu.

  • Myślę, że wypracowanie własnego schematu to klucz do sukcesu, aby każdy czuł się ze sobą jak najlepiej ;) to co sprawdza się u innych, niekoniecznie sprawdzi się u nas. Nie da się powielać czyichś schematów, a próby mogą nas doprowadzić tylko do frustracji, niczego więcej.

  • :-) o to chodzI :-)