5 rzeczy, o których nie powie Ci pediatra (a powinien!)

napisała 31/01/2019 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

I tutaj bardzo ważna uwaga – często nie dlatego Ci ich nie powie, bo nie chce/nie wie czy nie uważa za słuszne. W głównej mierze o nich nie wspomni, ponieważ nie będzie miał na to czasu!

Gdybyśmy żyli w idealnym świecie, to każdy z pediatrów miałby dla naszego dziecka nie 10 minut a pół godziny co najmniej! Niedawno mój endokrynolog-diabetolog, który wspiera mnie w walce z moją insulinoopornością, zasugerował, że często aby pomóc w pełni pomóc pacjentowi to już samo zbieranie wywiadu zajmuje 30 minut, bo problemy są złożone! I nierzadko potrzeba 45 a nawet 60 minut, aby poznać pacjenta w pełni!

A w styczniu w krakowskim centrum infekcyjnym pediatra miał dla nas 5 minut. Z czego samo ubieranie się i rozbierania trwało połowę czasu … Takie są właśnie realia.

Dlatego postanowiłam zebrać dzisiaj w jeden post zalecenia, które dostaliśmy na przestrzeni ostatniego roku od pediatrów, którzy leczyli moje dzieci, i podzielę się nimi z Wami. Mam nadzieję, że i dla Was okażą się przydatne! Przede wszystkim mają one na celu albo infekcjom zapobiegać albo zwyczajnie wspierać wtedy, gdy ich organizm walczy z infekcją albo zwyczajnie stać na straży ich zdrowia. Dorzućcie też coś od siebie i podajmy apel dalej.

1. Ubieramy dziecko na cebulkę!

Prawda stara jak świat i żadne odkrycie, ale bywa, że często przeginamy z tym ubiorem. Kiedy pojawiłam się z Juniorem na kontroli lekarskiej w grudniu pediatra zagadała zaczepnie puszczając do mnie oko. Na szczęście zrozumiałam, co miała na myśli :D

– No, tylko mu brakuje pościeli puchowej na grzbiet i może na Arktykę lecieć.

Było 10 stopni na zewnątrz a ja mojemu kochanemu Teośkowi założyłam nie tylko t-shirt, bluzkę z długim rękawem i swetr, ale na to jeszcze kurtkę zimową, w której wyglądał jak Bałwanek Buli :D Nie wiem, dlaczego zamiast popatrzeć na termometr, to przyjęłam do wiadomości, że skoro w radio powiedzieli, że jest „ochłodzenie” to ja od razu ubrałam Juniora jak na Biegun Północny! :D Wypieki miał jak pączki w polewie buraczkowej. Mea culpa! Człowiek uczy się całe życie! :D

W ogóle to kurtki typu soft shell są naszym odkryciem! To jest alternatywa dla ubioru na cebulkę, który składa się z 3 warstw tj. bielizny termoaktywnej, warstwy termicznej (np.: bluzy, swetra lub polaru) oraz warstwy zewnętrznej ( która stanowi barierę przed wiatrem i deszczem).

A softshell to typ tkaniny łączący w sobie cechy ostatnich warstw cebulki i składa się ze strony zewnętrznej wykonanej z materiału o dużej elastyczności, stanowiącej barierę dla wiatru, i strony wewnętrznej wykonanej z miękkiej, fleecowej ociepliny. Dzięki temu kurtka nie musi być baaaardzo grupa, typu „bałwanek” a cieńsza, nadal ciepła i nie krępująca ruchów dziecka :-)

Teraz sezon wyprzedaży – warto poszukać dobrych softshelli i zaopatrzyć się na następny rok, bo można ustrzelić je do 70% taniej. tak my robimy, o czym często Wam pisałam :-)

2. Witaminy są ostatecznością a nie jednym z głównych posiłków dnia!

To dietą mamy za zadanie zadbać o to, aby dzieci miały dostarczane witaminy i mikroelementy a nie żelkiem, w którym jest 99% cukru a 1% witamin, a później „dziwota”, że dziecko nie chce zjeść posiłku, bo zjadło łyżeczkę cukru, która sprawiła, że w sumie ma uczucie sytości. Jak się też dowiedziałam –  nie ma potrzeby dzieciom podawać witamin, jeśli nie mają ich niedoborów!

Znam chyba jednak mechanizm tego szału witaminowego. W przypadku, gdy mamy w domu niejadka, który na śniadanie je jedną kromkę pieczywa (bez niczego, bo tylko taką toleruje), na obiad 2 ziemniaczki i pół marchewki a na kolację jedną parówkę, to rodzic chwyta się już wszystkiego, aby tylko dostarczyć dziecku witamin. I wtedy właśnie warto zrobić badania krwi, by sprawdzić, czego mamy niedobory, o ile w ogóle! Mój starszak był kiedyś niejadkiem. O matulu! Czego to ja nie próbowałam, żeby jadł cokolwiek… Ale mu minęło. Uff! :-)

My na razie witamin nie bierzemy, ale jeśli możecie coś polecić z wybitnym składem, to ja chętnie się dowiem na przyszłość!

3. Probiotyki z prebiotykami – bardzo ważne!

Probiotyki to taka genialna armia dobrych bakterii, które mają za zadanie wspierać naszą florę jelitową, kiedy wymaga ona wsparcia. A prebiotyki to składniki pobudzające wzrost lub aktywność tych korzystnych dla organizmu bakterii obecnych w jelicie grubym.

Nie bez powodu mówi się, że nasza odporność jest właśnie w jelitach!

Z moim Starszakiem „probiotykujemy się” kiszonkami. Ogórki kiszone babci Marysi rządzą i w środę dostaliśmy od niej paczkę kolejnych słoików :D Ja w zeszłym roku nie kisiłam ogórków, niestety. A w sklepach głównie są dostępne ogórki KWASZONE a nie KISZONE (zwracajcie na to uwagę!), a to wielka różnica i nie mają nic wspólnego z właściwościami prebiotycznymi wtedy. Starszak uwielbia też jogurty i kefir. Mądry chłopak! :D

Z kolei Junior z Gaią za kiszonkami nie przepadają a jogurtami plują :-D U nas już standardzie na blacie stoją krople Multilac Baby, które zawierają probiotyki i prebiotyki i uzupełniają ich florę jelitową o dobre bakterie. Nas Mutilac wspiera w czasie antybiotykoterapii (której czasami niestety nie da się uniknąć…) i po niej. Zapomniałabym – dzięki wielkie za Wasze ostatnie opinie na temat Multilacu, które przesłaliście w ilości hurtowej na moją skrzynkę! Super, że i u Was stoi na blatach i nie daje o sobie zapomnieć :D ;-)

U mnie na blacie stoi zawsze sobie prężnie obok Multilacu również filiżanka kawy. Co tam, że zawsze zimna :D

4. Antybiotyk to ostateczność!

Spotkałam się z trzema grupami pediatrów. Pierwsza grupa przepisuje antybiotyk jak leci. Mam na mojej czarnej liście kilka nazwisk krakowskich pediatrów, u których już się nie pojawiamy, bo niestety od razu „na dzień dobry” wybierają drogę na skróty, a to nie jest zawsze najlepsze rozwiązanie.

Druga grupa grupa pediatrów unika antybiotyków zawsze i wszędzie. Co by się nie działo, to mam wrażenie, że oni będą stali murem za tym, że antybiotyki w ogóle nie istnieją i leczymy się wszystkim byle nie nimi. Nie do końca to podejście do mnie przemawia, bo są sytuacje, gdy antybiotyk jest koniecznością.

Z kolei trzecia grupa pediatrów jest moim zdaniem najlepszym wyborem. Oni doskonale wiedzą, że są sytuacje kryzysowe, gdy antybiotyk musi wkroczyć do akcji (tak było u nas w grudniu, kiedy gorączka trwała ponad 7 dni i dopiero antybiotyk pomógł). Zazwyczaj stronią on atybiotyków, ale sięgają po nie w sytuacjach, gdy jest już to konieczność.

I ja to postępowanie bardzo „propsuję”, jak to się kolokwialnie mówi ;-)

5. Dziecko choruje w domu. Nie w przedszkolu.

Mam wrażenie, że to jest w ogóle jakiś temat tabu, którego środowisko lekarskie boi się podjąć publicznie, by pokazać swoje stanowisko. Na zakończenie wizyty, po której przepisywany jest antybiotyk lub dziecko gorączkuje i ma gile do pasa powinno być na koniec standardowe lekarskie:

– I oczywiście, dziecko zostaje w domu aż wyzdrowieje.

Moje stanowisko jest w tej materii jasne: chorujemy w domu, leczymy infekcje w domu.

A do przedszkola przychodzimy zdrowi. Robimy to nie tylko dlatego, aby nie przenosić infekcji na inne dzieci i panie przedszkolanki, ale również po to, aby swojemu dziecku w tej chorobie ulżyć.

Zresztą, z dorosłymi powinno być podobnie. Bardzo „dziękuję” panu taksówkarzowi, który w grudniowe popołudnie wiózł mnie 5 kilometrów kaszląc, kichając, smarkając oblany potem. Dzięki niemu przed świętami cała nasza piątka, ze mną na czele, ledwo żyła. Ja wiem, że trzeba za coś żyć. A co ja mam powiedzieć, przepraszam bardzo, jeśli poległam wraz z mężem i resztą familii i na leki wydaliśmy ponad 1.000 PLN?

To jego „wesołych świąt” na pożegnanie było chyba z ironią…

Także zdrowia, kochani! Miejmy oczy otwarte i głowę na karku.

Uściski!

P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, i zgadzacie się z jego przesłaniem,  zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu   Możecie też go podać dalej. Dziękuję!

Partnerem postu jest marka Multilac.

Podobne wpisy