Im nas tutaj więcej, tym więcej widzę sytuacji. Im więcej czytam komentarzy, tym bardziej do mnie dociera, że każda z nas jest inna i życie każdej z nas wygląda inaczej. Chociaż również bywają takie momenty, że mam nieodparte wrażenie, że wszystkie jesteśmy takie same i stoimy po tej samej stronie barykady, macierzyństwem zwanej.
Całkiem niedawno przeczytałam komentarz jednej z nas, taki trochę walczący, żeby nie napisać „hejtujący” większość, choć miał takie znamiona, i zdziwiony, w stylu: „Dlaczego my wszystkie tak narzekamy? Jakim prawem psioczymy na naszą rzeczywistość, skoro Ona ma piątkę dzieci, jest z szóstym dzieckiem w ciąży, zapierdziela jak dziki osioł, męża nie ma całymi dniami, doi krowy, kozy, przerzuca siano i codziennie dziękuje Bogu, że wszyscy żyją i mają się dobrze. Wstaje o 4 rano i zaczyna codzienny maraton, pada na twarz, ale jest z siebie dumna.”
Nie chcę odbierać tej osobie prawa do swojego zdania, szanuję wybór, jednak ta wypowiedź dała mi do zrozumienia, że jesteśmy cholernie różne! Dla mnie radość z macierzyństwa i tak dającego momentami ostro w dupę, nie polega na zarzynaniu się w imię rodziny. Wiem, dla jednych „ostro w tyłek” to co innego co dla drugich. Nie chcę nikogo oceniać – dla mnie każda kobieta pisząca, że bywa jej ciężko, mówi prawdę. Jest jej po prostu ciężko i nie śmiałabym pisać do niej: „Co Ty tam wiesz o życiu. Ja pracuję, mam siódemkę dzieci. To dopiero jest zmęczenie”. Dla mnie to słabe, wybitnie słabe. Porównywanie się do innych nic nam nie da. Nie znamy swoich historii, możliwości i sił.
Głęboko wierzę, że istnieje coś takiego jak wolna wola i umiejętność kierowania życiową ścieżką tak, aby przeżyć to życie nie tylko godnie, ale żyć również długo i zdrowo. Za wszelką cenę staram się kierować moimi wyborami tak, aby rodzina, którą tworzymy, była szczęśliwa, a ja bym mogła towarzyszyć moim dzieciom jak najdłużej w tej wspólnej przygodzie.
Mam wrażenie, że nie mogłabym pochwalić się zbyt dużą odpowiedzialnością, gdybym w połowie ciąży zaczęła ostre roboty w polu narażając swoje i dziecka zdrowie na niebezpieczeństwo. W pewnym sensie zazdroszczę szóstki dzieci, wiem jednak, że ja nie dałabym rady pogodzić w takim wymiarze i macierzyństwa i pracy. Co więcej, ciągła nieobecność mojego Męża w domu, w którym jest szóstka dzieci, byłaby dla mnie emocjonalnie i fizycznie nie do przeskoczenia. Zresztą, i tak często wylatuje i doskonale wiem, co to tęsknota i brak wsparcia. Dla mnie piękno życia rodzinnego ma największy sens, gdy jesteśmy wszyscy razem. W komplecie, ciesząc się, bawiąc, wspólnie jedząc.
Nie do końca rozumiem tłumaczenia polegającego na tym, że kiedyś, w podeszłym wieku, te moje trudy zostałyby wynagrodzone, a dzieci poszłyby w świat a ja cieszyłabym się ich szczęściem. Ja chcę na swój sposób cieszyć się tym życiem już teraz. Mimo zmęczenia, które dla niektórych jest niczym bo cóż ja mogę narzekać skoro mam w domu tylko dwójkę bambrów ;-), potrzebuję wieczorów tylko dla siebie. Mimo bezsennych nocy skrycie robię wszystko, aby spać rano jak najdłużej. Staram się regenerować swoje siły jednocześnie o siebie dbając. Nie chcę być jedną z tych matek, które w polu umierają na zawał z przepracowania zostawiając gromadkę dzieci z Mężem, którego i tak wiecznie nie ma, bo musi na tę rodzinę zarobić. Nie wybieram tej drogi.
Głęboko wierzę, że takie rodziny są szczęśliwe. Tak jak my. Wszyscy na swój sposób. Bo kierujemy się odrobinę inną definicją szczęścia.
Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że moje macierzyństwo nie będzie polegać na zarzynaniu się w imię zapierdzielania, bo taki sobie zgotowałam los. Nie będę też za wszelką cenę matką heroską, która z wywieszonym jęzorem wszystkie punkty z listy dnia odhaczy i tak przez pierwsze naście lat, a przez kolejne następnych będę leczyła wszystkie zwyrodnienia.
Głęboko wierzę w macierzyństwo zrównoważone, nie plujące krwią ani jadem. Szczęśliwe i odpowiedzialne. Wierzę w to moje macierzyństwo i życzę każdemu, aby znalazł swoją ścieżkę.
Ja zarzynać się nie mam zamiaru po to tylko, aby udowadniać sobie, że „potrafię”. Bo od tego „potrafię” do „już się wypaliłam” droga może być w moim przekonaniu bardzo krótka…







