Trzecie dziecko. Spełnia się właśnie moje marzenie!

napisała 29/12/2015 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

Nie sądziłam, że spotka mnie w życiu tyle szczęścia. Niby zawsze wiedziałam, że „sky is the limit” a to co podpowie mi moja głowa i do czego popchną mnie moje pragnienia może się spełnić, jednak gdzieś tam w środku wątpiłam w to wszystko.

Kilka lat temu zastanawiałam się czego oczekuję od życia. Co chciałabym robić poza spełnianiem się jako matka, jako żona, a nawet jako wnuczka, siostra czy córka. Bo te role, które wymieniłam, są tysiąckrotnie dla mnie ważniejsze niż moje zawodowe cele. Jednak nie wypełniają całej tej otoczki związanej z moim „JA”. A na tę otoczkę składa się wiele spraw. Nie tylko to, co wspólnie tworzymy z moim Mężem, czyli tę naszą wesołą gromadkę.

Przyszedł w moim życiu taki moment, że chciałam spróbować zacząć realizować się poza rodziną. Szukałam odpowiedniego dla siebie miejsca, w którym czułabym się dobrze i mogłabym robić to, co lubię, co mnie kręci, co mnie rozwija, co popycha mnie do działania i każe wstać z łóżka z uśmiechem na twarzy.

Muszę się przed Wami przyznać, że jeszcze kilka lat temu borykałam się z pewnym bardzo frustrującym dla mnie problemem, z którym trudno mi było sobie poradzić samej. To, co zaraz napiszę może się Wam wydawać dziwne, bo dla niektórych jestem tytanem pracy: otóż przez pół życia nie dopinałam spraw do końca. Zaczynałam coś, po czym rezygnowałam z tego. Tak było na przykład z moimi studiami, albo z biznesem, który prowadziłam jakiś czas temu. Zajawiałam się na coś, a w trakcie realizacji zapał mi opadał i w efekcie zarzucałam moje działania. Tłumaczyłam to brakiem sensu, brakiem czasu, brakiem zorganizowania albo brakiem czegoś tam jeszcze. Takie samousprawiedliwianie się w swoich oczach wspaniale mi wychodziło. Trzeba było sobie to wszystko wytłumaczyć, aby nie wyszło na to, że jestem leniem, albo że z czymś mi zwyczajnie nie idzie. To leży w ludzkiej naturze, aby mieć alibi na każdą ewentualność. Pewnie doskonale wiecie, co mam na myśli.

Całe moje szczęście, że uświadomiłam sobie w końcu, że muszę z tym skończyć i jest teraz najlepszy czas, aby dorosnąć. Że muszę wziąć los w swoje ręce i nie mogę już dłużej szukać żadnych wymówek dla tych moich porzuconych działań, a muszę zabrać się do roboty. Bo to naprawdę wstyd oszukiwać samą siebie i zakłamywać rzeczywistość. Wstyd pogrążać się i wypełniać po same brzegi tę półkę z „niezrealizowanymi planami, marzeniami czy zajawkami”. Doszłam do wniosku, że to przecież dla ludzi są te plany, te marzenia, te cele i wystarczy tylko ruszyć moje zacne dupsko i wziąć się w garść. Stanąć z samą sobą twarzą w twarz i powiedzieć sobie na głos:

„To jest właśnie TEN moment, że spinam poślady i biorę się za siebie. Biorę się do roboty. Bo ja jestem warta tego. Aby zawalczyć o moje samozaparcie i o to by dążyć do wytyczonych celów, i realizować je do samego końca”.

Jeśli jesteście zapaleńcami, którzy we krwi mają kończenie tego, co zaczęliście, to szacun. Jeśli jednak jesteście w tej drugiej grupie, do której i ja do niedawna należałam, to posłużę się pewnym przykładem z mojego życia. Nie po to, aby pochwalić się jaka to ja nie jestem, ale by pokazać Wam, że to co nie tak dawno wydawało się być niemożliwe, jest teraz moją rzeczywistością. I moja w tym zasługa, że robię to, co sobie kiedyś zaplanowałam.

Dwa lata temu zaczynając moją przygodę z rodzicielstwem, zaczęłam inspirować się kilkoma polskimi blogami. Patrzyłam na to, jak te blogowe mamy sobie radzą i jak wspaniale im to wychodzi. Zazdrościłam im skrycie, że mają taką swoją własną, wymarzoną przestrzeń, w której dzielą się swoimi myślami, wchodzą w interakcje z innymi, a w międzyczasie udało im się to przekształcić w mniejszy lub większy biznes. Obserwowałam ich poczynania z zapartym tchem. Jednocześnie wiedziałam, że gdybym ja zaczęła swoją przygodę, to jestem lata świetlne w tyle i że marna moja szansa, aby kiedykolwiek mieć kapitał tysięcy wspaniałych Czytelników, którzy chcą czytać moje przemyślenia i dzielić się ze mną swoimi. Nie wierzyłam w siebie i czułam się już na starcie gorsza, a to podcinało mi skrzydła i hamowało w podjęciu jakichkolwiek działań.

Mimo to jednak wiedziałam, że uwielbiam pisać i nie chciałam wkładać tych moich napisanych zdań do szuflady. Wiedziałam, że potrzebuję wymieniać się moimi myślami z innymi. Czułam, że pisanie jest tym, co mnie niesamowicie kręci, rozluźnia i sprawia ogromną frajdę.

Doszłam do wniosku, że przecież: każdy kiedyś zaczynał! Każdy kiedyś miał w głowie nakreślony jakiś pomysł. Mogło być nim stworzenie marki odzieżowej, prowadzenie przedszkola albo gospodarstwa agroturystycznego, albo domowe rękodzieło. Mogło być nim cokolwiek. I nie licząc kilku wyjątków, każda z tych osób swoją ciężką i regularną pracą dochodziła do punktu, w którym osiągała ten wytyczony przez siebie cel. Oni nie osiągnęli tego w jeden dzień. Poświęcili na to miesiące, podczas których każdego dnia realizowali podpunkty ze swojej listy.

„Sukces, to nie przypadek. To ciężka praca, wytrwałość, nauka, analiza, poświęcenie, a przede wszystkim miłość do tego co robisz.” – Pele

Wracając teraz do mojego marzenia, które właśnie realizuję. Tego mojego trzeciego dziecka, którym jest to miejsce. Małymi krokami, ale stawianymi każdego dnia twardo. I pokonując przeciwności, walcząc ze swoimi słabościami i zawahaniami, zbliżałam się do punktu, w którym jestem obecnie. Codziennie, z uporem maniaka, z wiarą w to, że jestem dobra w tym co robię, pisałam. Po prostu pisałam. I może się niektórym wydawać, że jestem w tym słaba, albo nie dorastam innym do pięt. Ja jednak byłam przekonana, że ta droga jest moją drogą. Nie inaczej!

Wiedziałam, że każdy jeden dzień zbliży mnie do punktu, w którym w tej mojej prywatnej bibliotece nie będzie dwunastu postów, a pięćset! To prawdopodobnie pięćset wyrwanych chwil, podczas których koncentrowałam się na tym, aby być lepsza. By być dalej niż tego pierwszego dnia, w którym postawiłam pierwszą wirtualną kropkę w tym miejscu.

Zbliża się Nowy Rok. I powiedzą niektórzy, że ta zmiana daty nic nie zmienia. Że to jeden wielki bullshit te noworoczne postanowienia. Że czas skupić się na doczesności a nie na dumaniu o przyszłości. To ja muszę się z tym nie zgodzić. Bo dla mnie każdy poniedziałek i każdy Nowy Rok to kolejna okazja do tego, by pokazać, że jestem wytrwała i chrzanię konwenanse! Że płynę obranym kursem!

Weźcie do ręki ołówek i kartkę papieru. Zapiszcie na niej jeden cel, który jest jeszcze niezrealizowany a który kołacze się w Waszej głowie od dłuższego już czasu. I nie szukajcie wymówek, tylko każdego dnia róbcie małe kroki, które zbliżą Was do tego momentu, w którym zauważycie, że Wasze marzenie właśnie się spełnia! To wspaniałe uczucie! Zobaczycie, jak i ja to teraz widzę, że to realizujące się marzenie otwiera kolejne korytarze, drogi, które prowadzą do jeszcze ciekawszych momentów!

 „Nie mów mi, że niebo jest granicą, skoro są ślady stóp na księżycu. ” Harlan Coben

To jak? Do zobaczenia na Księżycu? :-)

Podobne wpisy