[post archiwalny]
Możecie odnieść wrażenie, że mnie znacie. Dzielę się z Wami moimi mniej lub bardziej prywatnymi historiami, rozkładam pewne sytuacje na czynniki pierwsze. Wg niektórych nazbyt „masturbuję” się nad pewnymi tematami. Nie przeczę. Niektóre z nich ilustruję zdjęciami z naszych bliższych lub dalszych wojaży. Zawyczaj jestem pozytywnie nastawioną do życia prawie-trzydziechą, z pomysłami na życie, z kochającym mężem u boku i dzieckiem, które jest moim światem.
Jednak nie wszystko, co dzieje się w moim życiu, opisuję na blogu. Jasna sprawa, że wybieram z mojego życia tylko te fragmenty, którymi dzielenie się sprawia mi przyjemność. Nie płaczę tutaj, nie roztkliwiam się nad sobą. Od pocieszania mam Męża i innych członków rodziny, którzy wiedzą jak dodać mi skrzydeł albo zagrzać do walki. Oni mają w jednym palcu tajniki opierdzielenia mnie od stóp do głów za moje poczynania, aby następnie podać mi pomocną dłoń. Nie potrafiłabym użalać się nad sobą publicznie, wiecie już chyba o tym doskonale. Z drugiej jednak strony pisząc staram się dopingować innych, gdyż po feedbacku, który od Was otrzymuję codziennie, wiem że lubicie taką dawkę motywacji, które prowadzą do pewnym zmian.
Blog jest dla mnie pewnego rodzaju przystanią. To w tej przystani odnajduję siebie i to tutaj, po sześciu miesiącach od narodzin mojego Syna, uratowałam siebie. Uratowałam siebie od macierzyńskiej zguby, zafajdanych pieluch i marchewkowych papek. To dzięki temu, że bloguję nie zwariowałam doszczętnie, jak to ma miejsce w przypadku niektórych kobiet, którym macierzyństwo przesłonilo widok na świat i omamiło je podcinając im skrzydła. To prowadzenie tego miejsca skłania mnie do wielu refleksji i to dzięki Wam, odbiorcom tego co tutaj wylatuje spod mojej klawiatury, chcę tworzyć więcej i więcej. Niektórzy oddają się szyciu, inni szydełkowaniu, jeszcze inni ogarniają temat ceramiki. Ja bloguję.
Gdyby nie blog nie zabrałabym się za poznawanie tajników fotografii, zgłębianie CSSa czy też za pierwsze kroki w obróbce zdjęć. Gdyby nie blog nie miałabym zapewne tylu zdjęciowych albumów i filmów wideo. Gdyby nie to miejsce i chęć podzielenia się z Wami wieloma szczegółami np. z podróży, nie dumałabym tak często nad swoim żywotem i nie analizowałabym moich poczynań. Blog jest w moim przypadku motorem do samorozwoju. On dopinguje mnie do zrobienia czegoś ponad klasyczny, życiowy repertuar i poszerza moje horyzonty.
Ale blogowanie oprócz niezliczonej ilości plusów może generować także pewne minusy. I gdyby nie trzeźwy umysł mojego Męża i moja chęć zmiany swojego postępowania, to łkałabym teraz rzewnie nad swoją głupotą!
Węszę, że każdy bloger, który traktuje swoje blogowanie profesjonalnie, dochodzi w pewnym momencie do punktu, w którym zderza się z rzeczywistością i orientuje się, że jest to cholernie, ale to cholernie absorbujące zajęcie! Że pochłania ono ogromną część jego wolnego czasu. A w przypadku matki, która ma małe dziecko, pochłania ono niemalże wszelki znikomy wolny czas, który powinien być podzielony nie tylko na pasję matki, ale także na męża i rodzinę. I obowiązki!
Moje blogowanie, w pewnym momencie znienawidzone przez mojego Męża, obrało zupełnie dziwny kierunek. Stało się moim śniadaniem, obiadem i kolacją. Ba! Już nawet potrzeby fizjologiczne załatwiałam z telefonem na posterunku! W tym momencie możecie zacząć mi współczuć[!] Nie wyobrażałam sobie dnia bez telefonu w ręku i laptopa w zasięgu wzroku. Facebook, Instagram i platforma wordpressowa były moją codzienną prasówką. Prasówką, którą uprawiałam niczym uzależniony od seksu królik. Każdy komentarz pojawiający się na blogu traktowałam jak modlitwę, na którą należy odpowiedzieć. Wszelkie negatywne głosy były przeze mnie analizowane po tysiąckroć. Codziennie rozmyślałam o kolejnych pomysłach na nove posty. Dochodziło do sytuacji, gdzie tematem rozmów z Mężem [Kochanie, Ave że jesteś trzeźwomyślący!] był blog i tylko blog [który na marginesie nie jest moim źródłem utrzymania.] Na początku moja druga połówka ze spokojem przyjmowała tematyczną monotonię naszych rozmów i starała się pomóc w moich rozterkach. Ale, do jasnej cholery, ileż można!
Jak długo można patrzeć na żonę, która patrzy na świat głównie przez pryzmat blogowych fajerwerków! Zamiast wieczorem dzierżyć w dłoni lampkę wina ze swoim partnerem, to ona pisze blogowe posty. Zamiast oglądać razem film czy oddawać się innym życiowym przyjemnościom, to ona wybiera szperanie w zdjęciach i tworzenie cyber-galerii na bloga!
Choćby skały s.rały nie będzie to interesujące 24/7 dla partnera! W pewnym momencie mój Mąż wziął mnie na bok, jak to ma miejsce z niesfornym uczniem i jego wychowawcą, i wstrząsnął mną porządnie. Pokazał mi swoją perspektywę. Pokazał mi moje szaleńcze blogowe otępienie, niemalże nastoletnią głupotę i wytknął co powinno zostać wytknięte. I dał ultimatum. Oszczędzę Wam szczegółów, ale od rzucenia mojego ukochanego laptopa z 3 piętra było niezwykle blisko. Oczywiście początkowo wszystkiemu zaprzeczyłam, poczułam się zaatakowana i w moim mniemaniu zostały naruszone moje fundamenty. Fikcyjne fundamenty, na których opierała się moja chora pasja.
Jednak po pewnym czasie zrozumiałam, że to nie blog jest esencją mojego życia. To nie tutaj buduję swoje szczęście. To nie tutaj prowadzę rodzinne dysputy i to nie tutaj piszę swoją historię. Świat blogowy to tylko dodatek, pewne przedłużenie prawdziwego, namacalnego życia. To w domu, wśród tych, którzy mnie kochają, czuję bliskość, miłość i spełnienie.
Wiem, że niewielu z Was, którzy to teraz czytają, prowadzi blogi [a może się mylę?], jednak takich pokus, które pochłaniają nasz czas, jest wiele, i naprawdę warto na chwilę się zatrzymać! Nie tylko codzienna flaszka wódki albo dwie paki papierochów mogą świadczyć o uzależnieniu. Warto zrobić w głowie bilans tego, co możemy stracić nazbyt poświęcając się różnym, skrajnym rozrywkom.
To pisałam ja, Magda, już od prawie roku totalnie wychilloutowana blogerka, która wie gdzie jest jej miejsce i wie jak zorganizować swój czas, aby jej pasja stanowiła jedynie drobny dodatek do tego kim jest i jak siebie postrzega :-) Magda, która cały czas dojrzewa, dorasta i poznaje siebie. Taka sobie tam Magda, żaden tam chodzący ideał. Raczej kawałek surowej gliny, który zostaje na bieżąco poddawany obróbce.
Cały czas walczę o ten życiowy balans. O to, aby życie i moja łepetyna były w równowadze.
Dom to oglądanie księżyca wschodzącego nad szałwią i towarzystwo kogoś, kogo można przywołać do okna, żebyście obejrzeli to razem. Dom jest tam, gdzie tańczysz z innymi, a taniec to życie. – S.King
A ja tak bardzo pragnę wspólnie oglądać znad szałwii ten wschodzący księżyc!







