Miałam nie komentować tej sprawy, bo wydawała mi się ona oczywista. Gdyby nie dwa maile od Moniki i Elizy z pytaniem, co ja o tym sądzę, pewnie zupełnie nie podjęłabym się tematu, choć przyznam szczerze, że w moim odczuciu należy on do czarno-białych.
Są sytuacje, w których naprawdę nie widzę miejsca dla odcieni szarości, choć może niesłusznie. Mam jednak wrażenie, że coraz częściej próbujemy uderzać w usprawiedliwiające szarości, zamiast postawić sprawę jasno, jakie mamy zdanie na dany temat. Tutaj nie trzeba nikogo oceniać. Wystarczy tylko zapoznać się z faktami.
Jeśli temat wczorajszej sytuacji z Ustki Was ominął, to tylko po krótce przytoczę, co piszą i mówią media.
Sobota. 9 września 2017 roku. Para z województwa małopolskiego spaceruje z niemowlęciem w wózku po molo w Ustce.
Jeden z pracowników Policji wypowiadających się w tej sprawie w mediach, komendant Robert Czerwiński z Komendy Miejskiej Policji w Słupsku, podejrzewa, że wózek stoczył się z molo, a spadając prawdopodobnie uderzył w betonową podporę i przewrócił się. Dziecko wypadło z wózka na betonowy uskok i stoczyło się do wody.
Dziecku na ratunek ruszył mieszkaniec Słupska, który również spacerował w tamtym rejonie. Wskoczył do wody i wyciągnął dziecko. Następnie dziewczynka została przewieziona do szpitala w Słupsku, aby po jakimś czasie być przetransportowana do szpitala w Gdańsku. Dziewczynka przebywa obecnie na oddziale dziecięcym anestezjologii i intensywnej terapii w Gdańsku, jest w śpiączce farmakologicznej w stanie ciężkim.
To tyle z faktów, które zostały przekazane do mediów przez pracowników Policji i szpitala.
Kiedy zaczynałam czytać newsy na ten temat i komentarze czytających, to miałam już pewność, że sprawa musi wywoływać niemałe emocje. Jedni twierdzili, że to skrajnie nieodpowiedzialne poruszać się po molo z małym dzieckiem, wszak rodzice tak małych dzieci powinni siedzieć w domu, ewentualnie spacerować po parku, a nie fundować im dawkę morskiej bryzy na molo. Drudzy z kolei twierdzili, że każdemu może się taka sytuacja przytrafić, to mógł być nieszczęśliwy przypadek i nie ma ludzi nie popełniających błędów. Wszak kto by nie chciał sobie zrobić zdjęcia nad morzem, a nie trzeba być uwiązanym do dziecka 24/7…
Szczerze? Co mi przyszło do głowy, kiedy przeczytałam o tej dziewczynce, która wpadła do morza?
Trzymając się faktów powiem tylko to co poniżej, a każdy sam wyciągnie z tego wnioski:
Po pierwsze, każde niemowlę to zupełnie niesamodzielna ludzka istota w 100% zależna od swoich opiekunów. Tak małe dzieci ledwo obracają się na drugi bok, o siadaniu czy chodzeniu nie wspominając. Idąc dalej: wybory podjęte przez rodziców tak małego niemowlęcia są automatycznie niejako wyborami takiego dziecka. Takie dziecko się nie obroni, nie podda pod wątpliwość decyzji rodzica, nie stanowi samo o sobie w żaden sposób.
Po drugie. Tak małe dziecko nie wpadło do morza samo. Musiała zaistnieć sytuacja, która spowodowała, że to dziecko znalazło się w wodzie. O ile nie był to niezapowiedziany silny huragan, wstrząs tektoniczny czy nagła silna fala, na które nie mamy wpływu, wszystko może wskazywać na to, że jakaś niewłaściwa decyzja podjęta przez rodziców dziecka, spowodowała splot tak nieszczęśliwych zdarzeń.
To naprawdę bez znaczenia, czy rodzice dziecka robili sobie wtedy selfie. Czy może postawili wózek na molo samopas i dłubali sobie wtedy z namaszczeniem w nosie licząc mewy. Równie dobrze mogli postanowić się wykąpać zostawiając śpiące dziecko w wózku licząc na łut szczęścia i długi sen owego dziecięcia. Na molo jak to na każdym nadmorskim molo – mogły być wertepy, uskoki czy inne defekty. Moim zdaniem to naprawdę nie ma żadnego znaczenia, co wtedy robili rodzice dziecka i jakie defekty posiadała nawierzchnia, po której się poruszali. Znaczenie tylko to, że NIE DOSZACOWALI okoliczności i możliwości.
Wszystko wskazuje na to, że podjęli decyzje, które zakłóciły bezpieczeństwo dziecka.
Na nas rodzicach ciąży ogromna odpowiedzialność. I ja też kilka razy dałam ciała, choć może nie w aż rak dramatycznych okolicznościach, których nikt nikomu nie życzy.
Jak zwykle w takich sytuacjach bywa – to rodzce wybrali miejsce, czas i okoliczności nie wystarczająco się przed nimi zabezpieczając. Smutne to, ale prawdziwe. To my jako rodzice jesteśmy odpowiedzialni za wszystko, co dzieje się z naszym dzieckiem w naszej obecności.
Jaka była prawdziwa przyczyna tego, że 3,5 miesięczne niemowlę wpadło do morza w Ustce, a teraz jest w śpiączce farmakologicznej na oddziale dziecięcym anestezjologii i intensywnej terapii?
Czy to ważne? Teraz już zupełnie nie ma to żadnego znaczenia…
Czy każdemu mogło się to przytrafić? Nie wiem. Wiem, że takie sytuacje mogą zdarzyć się tym, którzy nie potrafią ocenić ryzyka i nie potrafią dopasować go do swoich możliwości i ograniczeń. Obym nigdy nie była na ich miejscu …
My jako obserwatorzy mamy nauczkę, aby dmuchać na zimne. Rodzicom dziecka ogromnie współczuję. Mocno wierzę w to, że wszystko będzie z maleństwem dobrze i wyjdą na prostą!
A lekcję na przyszłość mamy wszyscy…







