Chrzest dziecka – wiara, tradycja czy święty spokój?

napisała 29/05/2014 Szczesliva po godzinach

Sprawa chrztu świętego i wiary nie jest dla mnie tematem tabu. Mam swoje granice prywatności, jednak fakt nieprzyjmowania sakramentu chrztu przez moje dziecko jest pod tą kreską, toteż wypowiem się otwarcie w tym temacie i jego obocznościach. 

Moje stanowisko dotyczące kościoła katolickiego i  przynależności do tej wspólnoty jest wyjątkowo mgliste i chwiejne. Przyjęłam 3 sakramenty: Chrzest, Komunię Świętą oraz Bierzmowanie. Nikt nie pytał się o moją zgodę podczas przyjmowania pierwszych dwóch sakramentów a sakrament bierzmowania został odgórnie „zasądzony” przez szkolnego księdza.

Nikt nie tłumaczył mi, dlaczego je przyjęłam. Jak posłuszny baranek spuściłam głowę i dałam się pobłogosławić. Nie winię za to nikogo – rozumiem, że tak wypadało, a moi rodzice nie zastanawiali się nad tym, czy moja zgoda będzie do tego potrzebna. Przyjęli, jak zapewne większość katolickich rodziców, że taka jest kolej rzeczy. I pewnie mieli swoją w tym rację.

Jako nastolatka podpierałam zawsze tyły kościelnych naw bocznych. Uczestnictwo w niedzielnej mszy było dla mnie przykrym obowiązkiem. Dlaczego przykrym? Próbując uczestniczyć w nabożeństwach w wielu kościołach jako nastolatka nudziłam się wybitnie. Klepanie kazania przez co sztywniejszych księży skutecznie mnie zniechęcało. Nie miałam tego szczęścia, jak mówią niektórzy, i nie było mi dane być inspirowaną. Węszę, że aby rozbudzić wiarę w młodzieży należy mieć to „coś”, czego brakowało kapłanom, a ja nie miałam na tyle samozaparcia, aby szukać dalej.

Niedługo po moich osiemnastych urodzinach moi rodzice skapitulowali i zapewne uznali, że nie mają już siły na przekonywanie mnie do niedzielnych nabożeństw. Nie czerpałam z nich ani radości, ani nie wyniosłam żadnych nauk, które mogły mi ówcześnie pomóc. Prawdy przekazywane z ambony odczytywałam wtedy jako średniowieczną zaściankowość, która nijak miała się do problemów, z którymi musiałam się zmierzyć w początkach mojej dorosłości.

Jedni powiedzą, że nie trafiłam do właściwej wspólnoty.

Drudzy oznajmią, że moja butność przesłoniła mi świat i zdolność widzenia, a wiara katolicka to jedyna właściwa droga.

Trzeci spojrzą na mnie z niesmakiem. Biorę to na klatę.

Są i tacy, którzy przyjmują moją postawę ze stoickim spokojem, gdyż sami są w podobnej sytuacji.

Jednak ja, pomimo mojej dawnej chwiejności w tym temacie, jestem szczęśliwym człowiekiem, z kręgosłupem moralnym i zasadami, których w życiu przestrzegam. Rodzina jest dla mnie wartością nadrzędną. Kocham i jestem kochana. Pomagam. Słucham. Analizuję. Nie mam potrzeby uczestnictwa w działaniach żadnej wspólnoty. Jeszcze? Kto wie? Może nazwałabym się człowiekiem poszukującym choć nie zdziwię się, że apostazja to w moim przypadku tylko formalność, którą powinnam uczynić, aby być uczciwą wobec samej siebie.

Jednak nie chciałam pisać tylko o sobie. Urodził nam się Syn. A po jakimś czasie i drugi. 

Jedno i drugie cudowne, szczęśliwe i zdrowe dziecko. Dziecko rodziców, którzy nie są praktykującymi katolikami [co jest pleonazmem, zgodzicie się ze mną?]. Dziecko, którego dziadkowie biorą czynny udział w mszach świętych i wierzą w Boga. Dziecko, którego rodzice nie ochrzcili, gdyż nie są wierzący, jednak chcą dla niego jak najlepiej.

Czy powinnam zacząć się bać, bo moje dziecko będzie w mniejszości, gdy pójdzie do szkoły? Mamy to szczęście, że nasza rodzina przyjęła naszą decyzję dotyczącą niechrzczenia dziecka wyjątkowo łagodnie. Padła garstka pytań, na które spokojnie odpowiedzieliśmy. Przyjęli to ze zrozumieniem. Może jedynie lekkim grymasem, jednak obyło się bez dwuznaczności.

Przecież wykazalibyśmy się obłudą, gdyby nasz syn przyjął ten sakrament, czyż nie? Nie moglibyśmy wychować naszego Syna w duchu katolickim. A z uwagi na sporą odległość, która dzieli nas od naszych rodziców liczoną w setkach kilometrów, nawet oni nie mogliby próbować wychowywać go w duchu wiary, co sami zresztą przyznali.

Od kiedy jestem rodzicem, zaczęłam z uwagą przyglądać się otoczeniu i zauważyłam kilka rodzajów rodzin z chrztem dziecka związanych:

GRUPA 1. W przypadku tych osób chrzest jest wynikiem głębokiej wiary rodziców dziecka. Rodzice uczęszczają do kościoła, modlą się gorliwie i identyfikują w pełni z wiarą katolicką. Kochają Boga i ufają mu. I przy bożej pomocy chcą zająć się wychowaniem swoich potomków.

GRUPA 2. W drugim przypadku chrzest jest wynikiem tradycji, raczej nie głębokiej wiary. Regularność w uczestnictwie w nabożeństwach jest różna i chwiejna. W tym przypadku uczestnictwo w sakramentach wynika nie z głębokiej, gorliwej wiary a bardziej z przyzwyczajenia, pewnej rodzinnej tradycji, której nie chcą przerywać, gdyż nie mają ku temu powodów.

GRUPA 3. W trzecim przypadku do sakramentu chrztu dochodzi dla [świętego] spokoju. Rodzice dziecka nie uczestniczą w nabożeństwach a także nie identyfikują się ze wspólnotą. Nie chcą wysłuchiwać pytań i uszczypliwości ze strony rodziny, sąsiadów dlatego też dla świętego spokoju i dlatego, iż tak się utarło przyjmują wszystkie sakramenty.

GRUPA 4. W czwartym przypadku do sakramentu chrztu nie dochodzi, gdyż rodzice dziecka nie należą do kościoła katolickiego.  Do tej grupy zaliczam osoby niewierzące i osoby innego wyznania. Do tej grupy należę i ja z Mężem. Pomimo, iż nasi rodzice wychowali nas w duchu wiary katolickiej, my zdecydowaliśmy się pójść inną drogę, cały czas starając się być dobrymi ludźmi. No przecież, że można i tak.

Jako, że należymy do czwartej grupy a przy tym jesteśmy bardzo otwarci i tolerancyjni na inne religie, nie będziemy naszemu Synowi blokować drogi, aby znalazł swój sposób na rozwijanie duchowości, jeśli będzie miał taką potrzebę. Optuję za tym, aby uczestniczył w przyszłości w lekcjach etyki, które mogą być także ciekawą lekcją historii, a także poznawał ludzi różnej wiary.

chrzest dziecka

Kto wie, może to w kościele katolickim znajdzie miejsce dla siebie?

Wiem jedno – na pewno nie będę mu w tym przeszkadzać. 

Podobne wpisy