To normalne, że czasami masz dość swojego dziecka.

napisała 29/05/2016 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach
mam dosc swojego dziecka

„Magda, weź, powiedz mi. Czy to normalne, że miałam ostatnio dość tego mojego smrodka? Chciałam wyjść z domu, zatrzasnąć za sobą drzwi i zostawić go samego na środku pokoju…

Takiego zaryczanego, z gilem do pasa, czerwonego od płaczu, wyjącego do księżyca już kolejną godzinę. No bez powodu, rozumiesz? Przytulałam, głaskałam, tłumaczyłam. Nic. K..wa, nic to nie pomagało. Też tak masz?” – zapytała kiedyś moja koleżanka.

A ja patrzyłam na nią otępiałymi od niewyspania oczami i miałam ochotę ją przytulić. Żałuję, że tego nie zrobiłam, tak na marginesie. I nie tylko przytulić. Gdyby nie to, że karmię, to w te pędy otworzyłabym butelczynę, której smaku i zapachu nie pamiętam od kilku dobrych lat, wysłałabym naszych najmłodszych do niewiadomojakiej nocnej placówki i wlazłybyśmy pod koc. Zrobiłybyśmy sobie wieczór, jakiego zapewne nigdy nie miałyśmy za dzieciatych czasów… Zeszłam jednak szybko na ziemię…

Wracając do tamtej rozmowy. Popatrzyłam na nią i zebrałam swoje myśli w jakieś średnio zgrabne zdanie w stylu: „Japierdzielę, witaj w klubie, kochana. Ja mam czasami ochotę moich dwóch gałganów przybić metkami do ściany na jakimś dobrze trzymającym się gwoździu. Albo lepiej! Wzięłabym jednego i drugiego na golasa na taras, włączyłabym zraszacz do trawników i rzuciłabym im chrupki kukurydziane na obiad. A niech ucztują, psia mać. Ale beze mnie, bo zaraz wyjdę z siebie.”

Kolokwializmami zawiało. Byciem wyrodną zawiało. Zawiało również brakiem tych niewyczerpanych, nieskazitelnie dobrych i pachnących cierpliwością pokładów nieograniczonej matczynej miłości. Nigdy się nie kończącej. Nieustającej. Bijącej światłem o mocy i blasku nieporównywalnym do czegokolwiek innego.

„I dobrze, że zawiało, czym zawiało.” – rzekłaby moja babcia. Zaśmierdziało nam właśnie prawdziwością, realizmem niepomieszanym z niepotrzebną cukierkowością.

A ja taki prawdziwy i nieudawany smród lubię. Nie lubię natomiast, gdy obserwator stojący mi za plecami robi grymasy, kiedy ja na setny upadek mojego trzylatka, nie patrzącego pod nogi, w ogóle nie reaguję. Zwyczajnie zdążyłam się już przyzwyczaić do jego gęgolenia, mędzenia i marudzenia, które uskutecznia średnio 2 razy w ciągu dnia w sposób taki, że mam ochotę mu czasami nogi z tego małego tyłka powyrywać. Ma chłopak szczęście, że się powstrzymuję ;-)

Co jeszcze? Nie lubię, gdy jedna z osób mi bliskich patrzy na mnie, gdy ja zamiast gotować dwudaniowe posiłki dla całej familii, to serwuję naleśniki na pięciu jajkach. Z dżemem. Najzwyklejszym dżemidłem zamiast jakiegoś wsadu mięsnego z przyprawami i hebeliardem warzyw. Bywa, że w porze obiadowej moja energia spada do -1000 i jedyne na co mam ochotę, to zbić z resztek jakiegoś ogrodzenia klatkę wyścielaną styropianem, aby jednego i drugiego synala zakopać w styropianowym basenie kulek i wypić w końcu ciepłą kawę, albo chociaż zjeść śniadanie dokładnie je przeżuwając. Miałabym przynajmniej pewność, że krzywdy sobie nie zrobią. I nie zrobię im jej również ja.

Dlatego nie siedzę przy garach, od których byłabym ciągle odrywana przez mojego najmłodszego, który albo zapłakałby się na amen siedząc w krzesełku do karmienia bez trzymania swojej rodzicielki za rękę, albo zdążyłby mi ściągnąć portki podczas obierania ziemniaków skomląc, że jemu właśnie dzieje się krzywda, gdy ja nie noszę go na rękach. Taki egzemplarz.

Próbując napisać ten tekst i uspokoić chociaż część kobiecych sumień [a jest godzina 21.00 i od godziny moje maluchy „śpią”], to zdążyłam już 6 razy przybiegać w te pędy do najmłodszego, któremu zabrakło maminego ciepła. Przybiegnę do niego jeszcze z 5 razy w ciągu najbliższych trzech kwadransów. Za każdym razem będę miała ochotę strzelić sobie w łeb. Cierpliwie jednak przytulam, karmię, nucę jakieś melodie i zamykam drzwi za sobą. Aby za minut dziesięć znowu kląc lekko pod nosem biec ponownie. Przy okazji zazdroszcząc tym, których dzieci przesypiają caluchne noce.

Oczywiście, że ja kocham tych moich synali. Uwielbiam patrzeć na nich. Cieszyć się ich braterską miłością. Przytulać ich bez końca, wycałowywać ich śmierdzące szkity, łaskotać za uchem i droczyć się mając w ręce kawałek czekolady. Jestem klasycznym przykładem kochającej matki, która świata nie widzi poza swoimi dziećmi. Czasami jednak towarzysząc im w tych ich fatalnych nastrojach, humorach rodem z jakiegoś huraganowego epicentrum, gdzie wszyscy chodzą z wiecznym PMSem, mam ochotę wyjść z domu, pieprznąć drzwiami i wrócić za 2 dni. Aż ocean grymaszenia i ryczenia z byle powodu się uspokoi, i pokaże się tęcza. Słowo daję, gdyby nie te tęcze, które pokazują mi się podczas codziennych walk uskutecznianych z moimi juniorami, to wylądowałabym w jakimś wariatkowie ;-)

Opierając się tylko na faktach i relacjach z matkami, które znam osobiście, dochodzę do jakże usprawiedliwiającego mnie [i nie tylko mnie] wniosku, że to normalne, że mam czasami dosyć mojego dziecka. Jednego i drugiego. Mam ich serdecznie dosyć.

Tak, to normalne, że mamy powyżej uszu naszych maluchów :-) I tak, to normalne, że nie piejemy wiecznym matczynym szczęściem. Nie czarujmy się proszę. Nie jestem w stanie uwierzyć w to, że każde niewyspanie i brak sił każda matka zagryza paracetamolem i jedzie na pustym energetycznym baku z nieudawanym uśmiechem na ustach. To nie grzech przyznać się do zmęczenia, o którym mówimy głośno, a które jest nam przez część „życzliwych” wytykane jako marudzenie. Litości! :D Moje dzieci nie są aniołami wcielonymi a ja nie jestem cierpliwą bagienną rusałką.

To normalne, że czasami masz dość swojego dziecka. Ja mam ich dosyć średnio kilka razy dziennie ;-) Męża również ;-)

Piona!

Podobne wpisy

  • Panna Anna

    Piona! Też tak mam, tylko że czuję się przy tym jak wyrodna matka ?

  • Takiego wpisu mi było trzeba. Moja córka ostatnio chyba wystartowała w olimpiadzie, w której główne konkurencje to najbardziej wkurzający dźwięk, który można wydać z paszczy, żucie jednego kawałka mięsa przez całą wieczność, najszybsze wprowadzenie totalnego chaosu w świeżo wysprzątanym salonie, znajdowanie sobie tysiąca innych zajęć tuż przed spaniem i robienie na przekór dosłownie wszystkiego, o co ją poproszę. Zwykle staram się prosić do usranej śmierci, rozmawiać, tłumaczyć, przytulać, zdarza mi się też na nią krzyczeć, ale czasem jedyne, co pomaga to wyobrażenie sobie, że jestem gdzieś bardzo daleko. Czasem wstyd mi, że jedyne o czym marzę, to żeby już wreszcie poszła do przedszkola. Ale 5 minut po zamknięciu za nią drzwi mam ochotę ją znów przytulić i nie mogę się doczekać aż ją odbiorę po południu.

  • Anita

    Uwielbiam twoje teksty :) nic mi tak nie poprawia nastroju po ciężkim dniu z 3 latka i 4 miesięczną córeczką jak czytanie twojego bloga. Od kilku dni mam taki stan ewakuacji w głowie, a tu proszę super tekst na ten temat. Dziękuję :)

  • Oczywiście, że normalne! Przecież bywa, że Męża, którego kochamy czasem mamy ochotę udusić ;) To chyba po prostu jest wpisane w relacje międzyludzkie…z drugiej strony myślę sobie, że mamy dość po prostu dlatego, że zajmujemy się dzieckiem/dziećmi non stop. Najgorzej, kiedy Mąż dużo pracuje, nie ma go prawie w domu, a sterana i wymięta Matka musi znaleźć w sobie skądś ogromne pokłady cierpliwości i nie bardzo wie skąd ;)

  • m4tys

    Płakałam i śmiałam się jednoczesnie, czasem nie moglam czytać dalej. Dobrze jest przeczytać coś co nam z duszy sie wyrywa. To miód na serce. Dziękuję.

  • Uffff czuję się usprawiedliwiona. „Przybiegnę do niego jeszcze z 5 razy w ciągu najbliższych trzech
    kwadransów. Za każdym razem będę miała ochotę strzelić sobie w łeb.
    Cierpliwie jednak przytulam, karmię, nucę jakieś melodie i zamykam drzwi
    za sobą. Aby za minut dziesięć znowu kląc lekko pod nosem biec
    ponownie. Przy okazji zazdroszcząc tym, których dzieci przesypiają
    caluchne noce.” – skąd ja to znam! A me dziecię dopiero 7 tydzień życia zaczyna!

  • Magda

    Powtarzam zawsze, ze to specjalnie jest tak pomyslane, ze jeden usmiech bejbika rozbraja nawet najbardziej skrajne mysli zmeczonej matki- natura jednak madra jest, wie ze matka pada na pysk, wiec takie kolo ratunkowe wymyslila w postaci usmiechow, tulenia, mowienia kocham Cie mamusiu- zebysmy jednak nie zwariowaly i zebysmy jednak z tego domu nie uciekaly :)

  • Moje Mrówy mają takie dni, że poszedłbym pobiegać zostawiając te dwa wydzierające się na zmianę albo razem potworki. Siedzimy we troje w domu jak Mama Mrów jest w pracy, a mały jest głodny, a córka akurat w tej chwili chce iść do ogrodu i krzyczy: Tatu, tatu, tatu. A to wszystko generuje hałas, który osiąga poziom niespotykany nawet przy lądowaniu odrzutowców.
    A za 10 minut mi przechodzi, bo panuje spokój i czytanie książeczek albo karmienie kur i znowu jest sielanka. Wieczorem padam na twarz i nie mam ochoty na nic, bo nawet spać mi się nie chce, bo jak usnę to znowu będzie rano i od początku cały ten zestaw.
    Mimo tego nie oddam tych chwil za żadne skarby świata. Taki paradoks.

  • :-)

  • Mama dwoch Aniolow

    Fajny wpis :-) Moje anioly chodza juz do szkoly. Starszy Aniolek 8 lat mlodsza Anielica lat 6. Generalnie kochane z nich dzieciaki ale gdy wracaja zaczyna sie : mamo co na obiad ? Odpowiadam : Np. Zupa pomidorowa. Starszy anioly : Bleeeee nie bede tego jadl. Mlodszy ( nasladujac ) nie bede tego jadla ( odpowiada w miedzy czasie przelykajac lzy rozpaczy bo 20 minut na place zabaw po szkole to zdecydowanie za malo). I tak maszerujemy. W domu : mamo on sie nie chce przesunac, mamo ona mnie dotyka. Itd. Itp. Tesknie za nimi caly dzien gdy sa w szkole, leczy po pierwszym kwadranisie po szkole mam ochote odeslac moje anioly do niej spowrotem:-))

  • Aneta Paluch

    Na co dzień pracuję w przedszkolu ich moje maluch daja mi w kośc to i tak do nich wracam i teskno mi za nimi.Ich uśmiech mi to wynagradza ,mąż się pyta jak ja wytrzymuje z 24 dzieci w pracy daje radę ,bo kocham dzieci a praca z nimi ,zabawa to przyjemność choć bywają trudne chwile to daje radę i po burzy zawsze wychodzi tęcza ;)

  • Justyna

    Wspanialy tekst ❤ polrawil mi dzis humor! Czasami nie dosc,ze masz dosc wlasnych dzieci, to jak facet wraca z pracy potrafi Cie jeszcze bardziej wkur…c. I serio, my naprawde potrzebujemy damskich spotkan,bez dzieci! Chociaz 1-2 godzinki. Raz w tygodniu i wszystko byloby lepiej ;)

  • Martyna

    Jestes Boska :) ja mam 3 letniego synka. Do szlu doprowadza mnie gdy: „Maaaaamoooooooo!!!!!”, „jezus maria, co sie stalo?” „Pic!!”, „no to masz pic, o to taki wrzask?”, „nie chce pic!!!!”, „no ale posiles!”, „chce jesc!” „Co mam ci zrobic?” , „kanapecke z synką”, (lece robic), „niieeeeee chce takiej kanapki!!!!! ;( „, „…. chciales z szynką”, „ale wole z.nutella!”, (lece robic), „nie chce akiej kanapki!!!!! ;(” „kufa, taka PROSILES!!!”” „Wole z synka, tylko ciepla” (ok, podgrzewam kanapke wczesniej zrobiona) „nie chce takiej, za goraca” – no I w tym momencie wychodze z glodnym dzieckiem (bo w glowie mam juz armaggedddddon) bo cale sniadanie wyrzuam do smietnika :)

    • Mamma

      To nie robic innej kanapki skoro nie chce takiej ? wytresowal Cię ? ps. Pamietaj ? Kto ma pieniądze ten rzadzi ?

  • Monika Pham

    ja też mam czasami dość moich łobuziaków,szczególnie kiedy się kłócą „mamo ona oddycha moim powietrzem ” „mamo on się na mnie patrzy „. „ała mamo ona mnie dotknęła ” ?????

  • Gosia

    Dziękuję, z czystym sumieniem zacznę dzień :)

  • Natalia

    Ulzylo mi ze nie jestem wyjatkiem.A czasmi sie wydaje ze nikt nas nie rozumie i jestesmy same sobie..Nikt tak sie nie zrozumie jak matka matki :*

  • Aga

    Piona! Uwielbiam Twoje teksty, sa takie… prawdziwe! A ten to jakbym czytała o sobie! Pozdrawiam.

  • Bata

    Pierwsza córka denerwowała mnie na każdym kroku. Ciągle coś chciała, coś psuła, marudziła. Burza emocji, wybuchy gniewu. Dziecko ma teraz siedem lat i jest nerwowe, wybuchowe. Druga nie denerwuje mnie w ogóle, a nie jest inna. Też ciągle marudzi, coś chce, coś psuje, ale jej zachowanie nie robi na mnie wrażenia. Jestem cierpliwa, nawet nie krzyknę. I żałuję, że z pierwszą mi się nie udało.

  • Ewelina Wachowiak

    Twoja forma przekazu jest oszałamiająca :-) uśmiałam się do lez. Ja tez tak mam! :-)

  • Shhhhh

    To jest zawsze takie mile przeczytac, ze nie jest sie sama w zmeczeniu dziecmi :) . Z corami jestem 24h na dobe, bo maz pracuje daleko, przyjezdza co ok 2 miesiace. Starsza ma 5 lat, mlodsza 8 m-cy i wyciagaja ze mnie wszystkie sily :( czasem wieczorem, jak pojda spac rycze ze szczescia, ze w koncu jest chwile cicho. Mlodsza jest mala maruda, co chwile sie drze. Starsza puszcza fochy. Wystrzelilabym je czasem w kosmos, mimo, ze kocham je nad zycie. Za miesiac robie sobie urlop, jade gdzies na 2 dni. Sama. Nie moge sie doczekac :) chce wypic ciepla kawe i poczytac ksiazke w spokoju. Nawet od meza slysze, ze wyrodna ze mnie kobieta, bo jak mozna chciec od rodziny odpoczac. Kurrr, mozna :)

  • Malwi

    W koncu zostala napisana cala prawda o wychowywaniu dzieci. A nie tylko jej same pozytywy, opisana w cukierkowych barwach……

  • Ela

    CZYTAM Twój blog odkąd urodzilam blizniaki, Dokladnie 2 lata temu jak moj starszak mial niecale 2 lata urodzilam ich l, dzisiaj maja skonczone 2 latka i czasami sie zastanawialam co ze mna nie tak ze czasami nie mam do nich sil fizycznych i psychicznych, ale jednak nie jestem sama, jutro jak moje smoki wstana dzien bedzie lepszy, pozdrawiam