Narodziny dziecka mogą być dla związku wielkim sprawdzianem.

napisała 25/05/2016 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

Przymierzając się do napisania tego tekstu doszłam do wniosku, że będę starała się być na wskroś sprawiedliwa. O ile tylko moja kobieca natura mi na to pozwoli ;-)

Nie będę faworyzować żadnej ze stron, o których za moment napiszę. To dla mnie bardzo istotne, aby spróbować stanąć pośrodku sytuacji, która może zaskoczyć każdego. Temat dla mnie arcyważny i niezwykle bliski. Wałkowany przeze mnie i mojego partnera dwukrotnie, przy każdej z ciąż i po każdej z nich również. Kto wie czy nie zdecydujemy się kiedyś na „powtórkę z rozrywki” ;-), o  ile tylko wyjdziemy na prostą, na której jeszcze nie do końca jesteśmy, o czym również za chwilę.

No to do dzieła.

Gdyby ktokolwiek kiedyś mnie zapytał, czy nasz związek będzie przechodził jakieś większe kryzysy, wzloty, upadki, ponowne wzloty i pia mać od nowa, to pewnie puknęłabym siebie i delikwenta zdrowo w czoło. My? Gołąbki nierozerwalne? Stające po jednej stronie życiowej drogi? Zgodne, tylko czasami różniące się opinią. Potrafiące dojść do kompromisu, szukające wspólnego mianownika. Posiadające cierpliwość i wiarę w to, że jutro dzień będzie lepszy. Szukające optymizmu, dbające o hart ducha. Z czasem na seks, wieczory przy winie, przejażdżki skuterem, off roady i inne wymyślne atrakcje. Mogłabym tak wymieniać do końca.

Ależ kiedyś w ogóle nie myślałam, że ciąża i okres po niej cokolwiek zmieni w naszym życiu! Pojawienie się nowego członka naszej rodziny, cudnego maleństwa, śpiącego w dzień i w nocy raczej kojarzyło mi się z samymi pozytywnymi zmianami. Nie sądziłam, że będziemy doświadczać jakichś większych deficytów, które jakkolwiek miałyby wpłynąć na stan naszego związku. Wiecie, jak to jest. Wizualizowałam sobie nasze życie raczej w stylu „constans” z tendencją związkową w kierunku plusów, a nie żadnych minusów. Jakiekolwiek deficyty: seksu, cierpliwości, czułości i innych -ości, były totalnie oddalone od mojej zdolności wyobrażeniowej, że tak to sobie pozwolę kosmicznie nazwać.

Przyznać jednak muszę, że ciąża dała mi w tym temacie odrobinę do myślenia. Zakiełkowało wtedy we mnie takie ziarno niepewności. Nie niepewności związanej z sensem tego, w czym biorę udział, a niepewności dotyczącej tego, czy aby na pewno to życie we trójkę, a później we czwórkę będzie takie podniecające, ciekawe, błogie, anielskie i wymarzone, jak mi się kiedyś jawiło. No więc, zaczynając to zdanie z ewidentnym błędem, już ta pierwsza ciąża dała mi odrobinę do myślenia. I całe moje szczęście! W przeciwnym razie nie ogarnęłabym mojej rzeczywistości i spadku wszystkiego, co nawiedziło mnie w okresie połogu i długo długo po nim.

Nie będę ukrywać, że ja nigdy nie należałam do niewieścich istot, które kierują się w życiu wyłącznie realizmem, racjonalizmem czy czymś w tym stylu. Wieczna idealistka, utopistka, która dopiero teraz dostając po dupie wie, że życie to nije bajka. Biję się w pierś, zanim polecą gromy na moją watłą osobę ;-) Ja wiem, że się kiedyś z tym wszystkim urwałam z księżyca. Naprawiam to urwanie teraz, serio ;-)

Jednak wrócę do tematu, aby dojść do sedna, od którego znowu się oddalam. No więc pieprznęło mną zdrowo, kolokwialnie to ujmując, kiedy po porodzie dopadł mnie baby blues, bezsenne noce, brak sił, witalności, i cholera wie czego tam jeszcze. Zderzyłam się z czołgiem, życiem zwanym, który dopadł mnie w najbardziej czułych punktach i niespecjalnie dawał nadzieję, aby szybko wszystko miało się zmienić. Tak, zmienić na lepsze. O tym cały czas piszę.

W tym wszystkim, w tej całej dziwnej [nie beznadziei, bo to byłoby fatalnym doborem słowa], ale w całym tym zgiełku związanym z przyjściem na świat cudu naszego, syna pierworodnego. Który rozmnożył w nas pokłady miłości i nadał jeszcze większego sensu w życiu. W całym tym zgiełku dwie do tej pory kochające się osoby zaczęły ze sobą walczyć. Zupełnie nie wiem po co zaczęły walczyć. To tak jakby zapytać byka: ” Ale byku, dlaczego uderzasz swoimi rogami w to czerwone prześcieradło?” Byk by pewnie odpowiedział: „Uderzam, bo muszę. Bo tak jakoś wychodzi. Czerwone działa na mnie agresywnie i tyle w temacie. Odpieprz się z tymi głupimi pytaniami, bo ja tu teraz muszę naparzać w tę tekstylną czerwień!”

Rozumiecie, o co mi chodzi? Dialog rodem z jakiejś tragikomedi, na której scenariusz nie mamy żadnego wpływu. My z moim partnerem, Mężem moim kochanym – żeby nie było, byliśmy takimi naparzającymi się bykami. I nie potrzebowaliśmy żadnej płachty! My sami działaliśmy na siebie, i poniekąd dalej tak na siebie działamy, jak płachta na tego wspomnianego byka.

Pewnie ja byłam trochę bardziej winna od mojego małżonka w tej całej niezręcznej sytuacji, bo mną rządziły hormony. Ale to hormony niebelejakie! Wystarczyło nietakie spojrzenie, reakcja inna od tej, którą sobie wymarzyłam, a ja już cała płonęłam. Spalałam się w sobie i atakowałam mojego połówka. Bywały momenty, że robiło mi się go szkoda i pasowałam z moimi walecznymi zapędami, jednak przy kolejnej okazji znowu napierdzielałam „złem”, że tak to ujmę.

Hormony. Panowie. Przeklęte hormony. Brak snu przy dziecku, wiecznie miauczącej i potrzebującej atencji istocie. To bywa tym, co często sprawia, że nie jesteśmy już sobą. Zmieniamy się. Nie, nie na zawsze. Powrócimy kiedyś do względnej normalności, gdy życiowy ocean się uspokoi. I nie, nigdy nie będziemy już takie same.

Jednak dajcie nam czas. Pomagajcie. Przytulajcie. Zamiast zostawiać nas z tym wszystkim same. Z tymi obowiązkami, myślami, agresjami. Podejdźcie bliżej do nas. Co może być nie w Waszym stylu, zupełnie. Utulcie te Wasze zlęknione kobiety. Zmęczone czarownice. Tak, bywamy czarownicami. Schowajcie swoje poroże. Wyciągnijcie ramiona. Z doświadczenia wiem, że to koi. To pomaga nam wyjść na prostą. My też się kiedyś Wam odwdzięczymy. Ja przynajmniej mam taki plan, aby wynagrodzić temu mojemu jedynemu te wszystkie walki i ataki z sierpowego.

Same byśmy chciały się na niej znaleźć, na tej prostej. Emocjonalny spokój, ogarnięta rzeczywistość. Szczęśliwe życie. Udany seks. Wieczory z dobrym kinem, winem i jadłem. Chciałybyśmy. Tak cholernie za tym tęsknimy. Nie uciekajcie od tych swoich czarownic. Jest dla nas nadzieja. Serio. Czas, cierpliwość, ciepło, bliskość, spojrzenie na wszystko z głębszej perspektywy.

Bądźmy ze sobą. Bądźmy razem, a nie przeciw sobie. Mimo wszystko i mimo tych burz. Wiemy oboje, że jest ciężko. Że bywa, że tracimy nadzieję. Przeczekajmy ten czas. Pracujmy nad sobą. Codziennie. Zatrzymujmy się razem w tych oskarżeniach, w tych niedomowieniach. Stawiajmy sprawę jasno.

Wkrótce będzie lepiej. To co, sztama?

Podobne wpisy