8 rzeczy, które zyskałam dzięki małżeństwu.

napisała 05/06/2016 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

Jeszcze 7 lat temu nie przypuszczałabym, że kiedykolwiek zakotwiczę w jakimkolwiek związku na dłużej niż klasyczne 6 miesięcy, podczas których 3 z nich będą ekstazą a kolejne trzy próbą wymiksowania się z niewygodnej relacji.

Mniej więcej tak wyglądała ta moja przeszła związkowość – pierwsze miesiące cieszyłam się z tego, że nie jestem już sama, a kolejne miesiące głowiłam się jak tu opuścić tego osobnika, aby nie złamać mu serca, nie zostawić ran na duszy i sprawić, że nie czułby się porzuconym pisklęciem pośrodku gęstego i zaptaszonego do nieprzytomności lasu. Nie starczyłoby mi palców u rąk i paliczków u stóp, aby zliczyć te niewypały.

Błądziłam. Szukałam. Aż pewnego kwietnia pamiętnego roku spotkałam mojego obecnego Męża. Jadącego na rowerze z rozwianą czupryną. I zaczęło się. Najdłuższa, najpiękniejsza, najbardziej owocna przygoda mojego życia, która trwa w najlepsze a ja czekam na kolejne odcinki, kolejne sezony i zastanawiam się czy nie napisać o tym książki ;P

Ale do rzeczy. Raz na zawsze pożegnałam się ze stanem singielskim i wkroczyłam na drogę usłaną kompromisami, rozmowami, sprzeczkami, wieczorami przy winie, porankami z ciepłą jajecznicą na stole usłaną szczypiorkiem, popołudnia upstrzone sprzątaniem po naszych dwóch szkodnikach, karmieniem głodomorów, kojeniem ich nerwów, głaskaniem do snu. O ile jesteśmy w komplecie, to fajnie się uzupełniamy zarówno w obowiązkach jak i przyjemnościach, chociaż pewnie tracimy w cholerę zbędnego czasu na to, aby czasami na siebie nawzajem ponarzekać i punktować kto, co, ile i o ile więcej od drugiego zrobił ;-)

Ostatnio siedziałam pod kocem przymroczona dniem minionym i robiłam bilans tego jaka jestem i jak niesamowicie się zmieniłam od kiedy jestem żoną i matką. Piszę to teraz z pełną odpowiedzialnością: od kiedy porzuciłam singielstwo na rzecz bycia kobietą mojego mężczyzny i matką moich chłopaków to zyskałam! A zyskałam pełną walizę! A w niej:

1. Niesamowitą a powiedziałabym nawet bezczelną pewność siebie!

Od kiedy mam przy sobie tego samca i mamy przy sobie dwóch naszych małych juniorów, to ja czuję się jak pani tego świata! Nikt mi nie podskoczy, bo to ja jestem na tym żeńskim piedestale naszej rodziny i to ja nakręcam [wspólnie z M.] ten nasz rodzinny zegarek. Nikt inny, tylko ja – Magda, Magduchą zwana. Nie żadna tam babcia Krysia. Ani ciocia Andżela spod Poznania. To ja decyduję, gram pierwsze skrzypce i uwielbiam tę swoją rolę, w której czuję się jak ryba w wodzie. I Ty też możesz być bezczelnie pewna i dumna z siebie. I nikt Ci nie podskoczy! Ot co!

2. Kobiecość!

Może odrobinę straciłam z tej dawnej figury. I piersi już nie te. Talię na siłce żyłuję, dupsko trenuję, bo grawitacja działa. Głęboko jednak wierzę, że ilu bym nie miała kilogramów w swym ciele, to ja jestem kochana nie za to jak wyglądam, ale jaka jestem. A zyskałam nie zewnętrzną kobiecość, choć kto wie, pewnie fajnie mi się rysy wyostrzyły i nie mam już dziecięcej twarzy. A zyskałam taką wewnętrzną kobiecą pewność, że jestem fajną kobietą. I że mimo tych kilogramów, które mi ciążą, ale też bez przesady, to ja nadal potrafię ubrać się tak i „podrasować” to moje zewnętrzne ego ;-), że czuję się jak rasowa lwica. Wiem, że tyle z siebie dałam przez te ostatnie lata, że moja żeńskość z roku na rok zyskuje na głębi i jakości. A nie traci. Po prostu :-)

3. Spokój ducha!

Dla niektórych to może działać na ich naturę leniwca, bo już nie muszą się [niby] starać, i nie muszą walczyć i szukać kogoś do życia, tylko już zbudowali to gniazdo i teraz tylko dokładają nowych gałązek, bez większej spiny. Ja mam jednak na myśli spokój ducha wynikający z tego, że nareszcie, po latach poszukiwań znalazłam kogoś, kto mnie rozumie. Nie udaje, że rozumie, albo udaje, że się stara. Mam przy sobie faceta, który autentycznie nadaje na tych samych falach i rozumie nasze wspólne potrzeby. Mamy obrany kierunek naszego rejsu i tak płyniemy. I dobrze nam na tych codziennych oceanach. O wiele spokojniejszych niż za czasów sprzed 7 lat :-)

4. [Paradoksalnie] w trakcie intensywnego macierzyństwa: możliwość rozwoju zyskałam!

Bardzo doceniam fakt, że mogłam w początkowym okresie bycia mamą zwolnić, nie pracować, i cieszyć się z macierzyństwa bez stresu związanym z rychłym powrotem do pracy. Nie byłoby to możliwe bez finansowego wsparcia mojego M. Teraz natomiast, gdy maluchy robią się coraz większe zawsze mogę liczyć na jego rady, doświadczenie życiowe [o wiele większe niż moje] i biznesowe również. Widzi chłopak mój, że ja aby się rozwijać potrzebuję spokoju i wsparcia psychicznego .I na to z jego strony zawsze mogłam liczyć i nadal mogę. Za to dziękuję. Często się muszę dopominać o swoje, ale taka już nasza natura ;)

5. Inteligentny i angażujący dialog. Rozmowy okołonocne. Debaty rodzinne.

Nigdy wcześniej nie trafiłam na faceta, który byłby na takim samym emocjonalnym poziomie. Zresztą nie tylko emocjonalnym. Może to zabrzmiało dla niektórych zbyt arogancko, jednak dla mnie to cholernie istotne, aby facet mojego życia nadawał na tych samych falach jednocześnie potrafiąc ze mną rozmawiać. Bycie dobrym partnerem do rozmowy to jedna ze składowych powodzenia udanego związku. Takie jest moje zdanie. Uwielbiam te nasze nocne dialogi, mimo że czasami kończą się tupnięciem nogą i zdrowym wkurzeniem ;-) Ale to często emocje i nasze charaktery biorą górę, normalka. U Was pewnie podobnie? ;-)

6. Realny wpływ nie tylko na siebie, ale na całą rodzinę!

To pierwszy raz w moim życiu kiedy jestem odpowiedzialna nie tylko za swoje dupsko, ale za przyszłość moich dzieci i męża, przyszłość całej naszej rodziny. Od paru lat cokolwiek bym nie robiła jest z myślą o nas wszystkich. Wszystkie moje ruchy są zawsze konsultowane i dbam o to, aby każdy mój ruch wpływał na to, abyśmy wypływali na szersze wody, jako całość.

7. Chęć i potrzebę dbania o siebie.

Kiedyś nie należałam do osób, które z jakąś większą dbałością interesowały się swoim ciałem, zdrowiem i ogólnym byciem „fit”. Od kiedy moje ciało „przeżyło” ;-) dwie ciąże doszło do mnie, że  …. „Magda,  już nie będzie z Tobą lepiej!” Włókna kolaganowe już nie te. Sprężystość skóry już nie ta. Jak nie zadbam o dietę i zdrowie to się sypnę jak kasza jaglana na przedwojenną kuchenkę. A ja się sypnąć nie mogę, bo muszę być na wiecznym  życiowym alercie dla nich wszystkich!

8. Zyskałam fundament! Sens życia zyskałam!

Wiecie, że ja tego sensu za singla nie miałam? Moje życie kręciło się wokół pracy, jedzenia i jakichś wakacji. Nie miało za bardzo większego sensu. Nie przyświecał mi żaden większy cel. Żadna jakaś tam górnolotna i życiowa misja. Ot, po prostu wstawałam, pracowałam, imprezowałam, czasami coś przeczytałam, zjadłam dobre penne z kruczakiem i sruuu do spania.

Teraz każdy mój dzień to wyzwanie. To walka z czasem. Wyścig o bycie lepszą, bardziej cierpliwą. To budowanie swojej marki, próba prowadzenia biznesu, który pozwoli nam na spokojne życie, w którym nie będę musiała się martwić o to, czy mam za co kupić dziecku banana. A jak będzie chciało ich zjeść 3 sztuki, to mnie na te trzy sztuki będzie zwyczajnie stać.

Każdy mój dzień to próba bycia matką, żoną, kochanką, kucharką. W każdej z tych roli chcę się spełniać i dobrze bawić. Bywa trudno. Co ja mówię. Bywa cholernie trudno, szczególnie pogodzić te rolę matki, kochanki i fajnej partnerki. Ale jest fun. Jest adrenalina. Są wyzwania. Nie ma nudy.

Warto było! Warto było porzucić bycie singlem i wejść na wyższy poziom. Na kolejny życiowy level. Dziękuję za tę możliwość :* Prawda, że było warto?

Podobne wpisy