5 błędów, jakich nie powinien popełniać żaden pediatra – czyli jak znaleźć dobrego lekarza.

napisała 20/03/2020 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

Dzisiejszy post będzie dotyczył moich doświadczeń jako mamy trójki małych dzieci. To nie są żadne wytyczne środowiska medycznego, ani przykazania czy zasady, jakie przyświecać powinny lekarzom z góry ustalone przez jakiś urząd – to opis moich doświadczeń i spis błędów, z jakimi spotkałam się w mojej 7-letniej „przygodzie” związanej z macierzyństwem i leczeniem moich dzieci.

Nie chciałabym, aby post ten był odebrany jako oczernianie zawodu lekarza – absolutnie! W ciągu ostatnich 7 lat spotkałam wielu cudownych lekarzy, na których mogłam liczyć w każdej sytuacji. Dzięki nim i ich właściwym radom moje dzieci zdrowiały, a ja czułam się bezpiecznie i wiedziałam, że jesteśmy we właściwych rękach. Niestety, oprócz tych pozytywnych doświadczeń były również i negatywne doświadczenia, które często mroziły mi krew w żyłach – nie przechodziłam z nimi do porządku dziennego – szukałam wtedy pomocy z zewnątrz i drążyłam skałę chcąc dowiedzieć się, czy aby na pewno lekarz, który się nami opiekował słusznie postępował. Do czego i Was zachęcam –  jeśli macie wątpliwości, to działajcie. Zdrowie Waszych dzieci powinno być zawsze w dobrych rękach.

Dzisiejsza lista 5 błędów popełnianych przez lekarzy, to tak naprawdę opis moich 5 doświadczeń, które moim zdaniem nie powinny mieć miejsca.

  1. Pediatra czy lekarz o innej specjalności leczący dzieci to powinien być człowiek, który wie, jak „dotrzeć” do dziecka, nie strasząc go przy tym! Lekarz to nie powinien być „żołnierz bez emocji”.

Do dzisiaj pamiętam panią pediatrę, która przyjmowała w jednej popularnej sieci prywatnych krakowskich przychodni. Była jedną z pierwszych lekarek, jakie leczyły mojego starszego syna. To nie była kobieta, która w moim przekonaniu miała dobre podejście do małego pacjenta. W porównaniu do wielu innych lekarzy, z jakimi mieliśmy styczność ani razu nie potrafiła się do dziecka uśmiechnąć. Nie mogłam liczyć również na to, aby odpowiedziała na moje „dzień dobry”, kiedy wchodziłam do gabinetu i się witałam. Na dziecko patrzyła zimnym, jakby nieobecnym wzrokiem, co powodowało, że z gabinetu niemalże zawsze słychać było wyłącznie płacz dzieci. Nie można było liczyć na cieplejszy ton głosu, personalizowane podejście czy przyjazne traktowanie. Był natomiast wojskowy ton głosu, krótkie polecenia, brak jakiejkolwiek empatii. Jako młoda matka myślałam, że tak po prostu musi być i może to ja to źle odbieram. Dopiero kiedy mój mąż któregoś razu poszedł ze mną na jedną z kontrolnych wizyt podzielił moje obawy – wg niego ta osoba również nie trafiła ze swoją specjalizacją i może powinna była ją zweryfikować? Po pierwszej takiej jego wizycie (i zarazem naszej ostatniej u tej pani) tak naprawdę zadał pani pediatrze długi zestaw pytań, po których to zadaniu wiła się z odpowiedziami i widać było, że facet jednak trafił w czuły punkt. Brzmiały one mniej więcej jak poniżej?

– Mam wrażenie, że ma Pani zły dzień. Nie odpowiedziała Pani nasze dzień dobry. Mógłbym wiedzieć, dlaczego?

– Nasz syn sprawia wrażenie, jakby się Pani bał. Czy mógłbym prosić, aby mówiła Pani do niego cieplejszym głosem? To usprawni naszą wizytę.

– Odnoszę wrażenie, że jesteśmy tutaj dla Pani intruzami a nasz problem jest bagatelizowany, chyba że się mylę. To nasze pierwsze dziecko – zależy nam na tym, aby nas Pani dokładnie poinstruowała, co należy robić w takiej sytuacji. Do tej pory usłyszeliśmy od Pani tylko dwa zdania, które nic nie wyjaśniają. Czy możemy liczyć na pomoc?

Wiecie, jak się skończyła nasza przygoda z tą panią lekarką? Po pierwsze – nie potrafiła odpowiedzieć na żadne z powyższych pytań, tylko wykręcała się. Pod koniec wizyty zaczęła nas ochrzaniać i mówić, że ona nie jest żadnym psychologiem i że traci swój czas, bo następny pacjent czeka. Z naszej strony skończyło się na skardze do kierownika placówki (okazało się, że nie jesteśmy odosobnieni w naszych spostrzeżeniach) i na zgłoszeniu tego przypadku do Izby Lekarskiej. Ta pani przestała pracować w tym miejscu a Izba Lekarska odpowiednio się nią zajęła.

Dlatego też z całym przekonaniem wiem, że nie będę przyzwalać na to, aby traktowano mnie i dziecko jako intruza – płacąc za wizytę czy to z moich składek czy idąc prywatnie oczekuję obsługi na najwyższym poziomie. I tego się trzymam. To nie ja jestem dla lekarza – to on jest dla pacjentów. Szanujmy się nawzajem i róbmy, co do nas należy.

  1. Antybiotyk – nie na tzw. „dzień dobry” –  tylko w naprawdę uzasadnionych przypadkach!

Ja i mój brat byliśmy faszerowani antybiotykami przez połowę naszego dzieciństwa. Dopiero w momencie, gdy moja mama znalazła pediatrę, który miał holistyczne podejście do pacjenta, i postawił na właściwe leczenie, posiłkując się ziołami i homeopatią, to w niecały rok wyprowadził nas raz na zawsze ze wszystkich infekcji, które przechodziliśmy bezustannie od kilku lat! Można? Można! Ja jestem zwolenniczką naturalnego wspomagania organizmu, robienia domowych syropów, stawiania baniek, ziołolecznictwa i homeopatii, które w naszym przypadku na pierwszej linii frontu z infekcjami bardzo się sprawdzają.

Nie jestem przeciwnikiem antybiotyków, żeby było jasne. Czasami one mogą uratować nasze zdrowie a nawet życie. Jednak w wielu przypadkach nie są one potrzebne – dopiero teraz to wiem, odkąd chodzę do pediatrów, którzy przepisują antybiotyk tylko wtedy, gdy jest to naprawdę konieczne. Do dzisiaj pamiętam sytuację, w której przekraczając próg gabinetu z moim Juniorem pewna pani pediatra powiedziała nam na dzień dobry coś w stylu:

– O, tutaj to bez antybiotyku to się raczej nie obędzie. Proszę go rozebrać.

Nie zbadała dziecka jeszcze! Nie zdążył się chłopiec nawet rozebrać, a ona od razu postawiła wyrok: antybiotyk! Na podstawie czego? Wróżenia z fusów? Wyszliśmy od niej oczywiście z receptą na całą armię leków, aby po dwóch godzinach cudem zapisać się do innego lekarza, który zakwestionował wszystkie poprzednie zalecenia. Poradził nam najpierw inhalacje z soli fizjologicznej, odciąganie kataru, rozgrzewanie, oklepywanie, herbatę z lipy, jakiś lek homeopatyczny i jeszcze kilka innych naturalnych specyfików w tym żucie odsklepin.

Po tygodniu nie było śladu po infekcji! Przyszliśmy do niego na kontrolę i mogliśmy sobie przybić piątkę. Antybiotyk okazał się zbędny!

  1. Ma czas dla pacjenta i jest w mocy przeznaczyć na wizytę więcej niż 5 minut!

To zresztą jest uwaga do wielu lekarzy, z którymi mam styczność. Tak jak wizyty do lekarzy w państwowej służbie zdrowia mają odgórnie ustalony zazwyczaj czas i lekarz rzeczywiście nie ma wpływu na to, ile ministerstwo zdrowia przeznacza czasu na pojedynczą wizytę (choć lekarze często i tak zostają po godzinach, aby móc obsłużyć przewidzianą na dany dzień pulę osób) tak w gabinetach, w których lekarz sam jest sobie panem i kosi niemałą pieniądze za wizytę, sytuacje w których pacjenci są zapisywani w odstępach co 10 minut to przegięcie! A zdarzają się!

Jedna z moich lekarek prowadzących ciążę zapisywała pacjentki co 15 minut. Nie było mowy, aby moja wizyta odbyła się o czasie. Co więcej każda z moich wizyt zaczynała się zamiast o 10.00 to dopiero po 12.00 dla przykładu! Dlaczego nie mogła zapisywać pacjentek co 30 minut, skoro tyle zazwyczaj czasu potrzebowała na jedną wizytę? Dlaczego dopisywała jeszcze w międzyczasie kolejne osoby na tę samą godzinę totalnie psując kolejność a większość pań w ciąży musiała po kilka godzin czekać na swoją kolej płacąc krocie?! Mam wrażenie, że u niektórych lekarzy chęć zysku (a zarazem brak szacunku do czasu pacjenta) przesłania im logiczne myślenie.

Dopiero kiedy po raz pierwszy trafiłam na pediatrę z holistycznym podejściem do pacjenta zrozumiałam, że dla przykładu pierwsza wizyta z dzieckiem nie może trwać 15 minut. Aby zebrać pełny wywiad, aby mieć pojęcie o dziecku, jego zwyczajach, zdrowiu i funkcjonowaniu potrzeba minimum 30 minut. Tak jest w przypadku wizyt homeopatycznych. Potrafią trwać nawet godzinę lub półtorej. Jest to spowodowane dogłębnym wywiadem, który pozwala lekarzowi dobrać leczenie indywidualnie do pacjenta. Na początku jednak lekarz musi dowiedzieć się wielu informacji. Jak się pacjent odżywia, jak śpi, jak wypoczywa. Lekarz pyta o cechy osobnicze np. w przypadku przeziębienia – jak do niego doszło – czy przez przewianie, zmarznięcie, a może przemęczenie? Jakie są objawy danego pacjenta? To ważne, bo każdy inaczej choruje – np. w przypadku gorączki jedna osoba może być rozpalona, czerwona, spocona, inna osoba może mieć lekką temperaturę, bez potów i bez zaczerwienionej skóry. Każda z tych osób dostanie od lekarza homeopaty inny lek na gorączkę.

Nasza pierwsza wizyta trwała wtedy 45 minut! Pani pediatra kolejnego pacjenta miała zapisanego dopiero o kolejnej, pełnej godzinie. Bardzo odpowiedzialne podejście do pacjenta i bardzo to szanuję. Tak, to był prywatny gabinet. Jednak szacunek za to, że ktoś cenił mój czas i zechciał poświęcić na wizytę tyle, ile potrzebowaliśmy.

  1. Powinien się dokształcać. Wiedza medyczna idzie do przodu z miesiąca na miesiąc!

Niestety, nie wszyscy lekarze dokształcają się, aktualizują wiedzę, o czym zresztą mówią ich koledzy po fachu. Wielka szkoda. :( Choćby w zakresie karmienia piersią! Wiecie, że jedna z pań pediatrów, poleciła mi kiedyś podawanie wody z cukrem, aby dziecko spokojniej spało? A jeszcze inna pediatra zasugerowała mi, że 6 miesięcy karmienia piersią jest wystarczające i jeśli chcę spać w nocy dobrze, to muszę pomyśleć o podawaniu mleka modyfikowanego, bo dziecko będzie szybciej rosnąć i lepiej spać. To są informacje, które przeczą wszystkim zaleceniom światowym, jednak panie lekarki nie miały o tym pojęcia.

Nie powinno to mieć miejsca. Dodatkowo fajnie, gdy lekarz jest otwarty poza klasyczną terapią na inne metody leczenia takie jak np. ziołolecznictwo, homeopatia czy medycyna chińska. Wymaga to zawsze poświęcenia z jego strony, skończenia dodatkowych kursów, ale daje mi poczucie, że ten lekarz chce się kształcić i patrzy szerzej na zdrowie człowieka.

  1. Będzie pamiętał o tym, ale zlecać dziecku okresowe badania kontrolne. Chociażby z krwi i moczu.

Kilka dni temu dostałam maila od Czytelniczki, w którym opisywała to, jak nie mogła doprosić się lekarza o skierowanie jej dziecka na dodatkowe badania. Wg lekarza nie było w ogóle wskazań, bo dziecko całkiem dobrze się czuło i „miało ładne rumieńce, które świadczą o dobrym zdrowiu”. Dzień później dziecko było już w szpitalu z podejrzeniem zapalenia płuc. Z wyników krwi przy okazji wyszła anemia i wiele braków. Dlaczego u niektórych lekarzy trzeba dopraszać się o skierowania, które powinny być wydawane z automatu? Och, w tym momencie, gdy to piszę, to aż się gotuję.

Życzę nam pediatrów i lekarzy innych specjalności z holistycznym podejściem do pacjenta, którzy z autentyczną troską dbają o zdrowie pacjenta i pamiętają o tym, że zawód lekarza wiąże się z ogromnym zaufaniem publicznym, którego nie zdobywa się tylko za lekarską pieczątkę. Dobrzy pediatrzy istnieją, bo często piszecie o nich do mnie w mailach i sama z nimi spotykam się w ostatnim czasie, za co jestem wdzięczna!

Trzeba ich tylko znaleźć, co bywa czasochłonne, zdaję sobie z tego sprawę.

Zdrowia, kochani!

P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post i jest on bliski Waszemu sercu, a także ma potencjał pomóc innym rodzicom, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu  Możecie go też udostępnić. Dziękuję! 

Podobne wpisy