Kobieta powinna mieć Plan B.

napisała 09/04/2016 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach
Kobieta powinna miec plan B

Wiem, że tym wpisem odrobinę naruszę kobiecy spokój i zasieję trochę zamętu. Długo zwlekałam z podjęciem się tego tematu. Właściwie nie wiem jaka była tego przyczyna. Prawdopodobnie jednak dopiero teraz dojrzałam do tego, aby się z nim zmierzyć. Mam jednak nadzieję, że oprócz zamętu zasieję również pewne ziarno, dobre ziarno, bo taki jest mój zamysł.

Gdy zaczynałam pisać ten post w jego tytule pojawił się znak zapytania i brzmiał on: Czy kobieta powinna mieć plan B? Zdecydowałam jednak, że teraz już wiem, że ona ten plan B zdecydowanie powinna mieć. Ba, jestem tego pewna, żeby zabrzmiało to jeszcze bardziej dosadnie. Ale o tym za chwilę.

Wiecie jak to jest. Spotykamy tę swoją drugą połowę i świat zaczyna wirować. Dochodzimy w pewnym momencie do punktu, w którym jesteśmy pewni, że to z nią bądź z nim chcemy spędzić resztę naszego żywota. Ba! My nie tylko chcemy dzielić z nim resztę naszych dni, ale chcemy założyć rodzinę! To już nie jest życie tylko we dwójkę. W tym momencie spada na nas odpowiedzialność za dziecko, a może nawet dzieci, które to pod naszymi skrzydłami wykarmimy, odchowamy i puścimy w świat.

Zanim jednak je odchowamy i damy im wolną rękę, a także pozwolimy o samodecydowaniu o swoim życiu, to minie mnóstwo czasu, podczas którego będziemy się docierać. Dopasowywać jako para. Poznawać siebie z każdym dniem, tygodniem, miesiącem. Z każdym rokiem przybędzie nam kłótni i odhaczymy kolejne ptaszki na naszej prywatnej tablicy kompromisów. Może nawet nasz związek zawiśnie na cienkiej linie. Kto wie. Od okresów błogich, przejdziemy przez te pełne napięć, kłótni, zrezygnowania, potrzeby odpoczynku, aby znów się zbliżyć do siebie, zatęsknić za dawnymi czasami, za świeżością. I tak dalej i dalej, mogłabym wymieniać bez końca. Sami doskonale wiecie, jak to bywa w związku. Zapewne im staż dłuższy, tym więcej na drodze przystanków i pętli.

To pójdźmy trochę dalej. Niektórzy mówią, że w życiu możemy być pewni tylko siebie, chociaż i z tym czasami można mieć problem. Idąc tym tropem dochodzę do punktu, w którym błyska w mojej głowie pewna myśl. Bo to jest tak, że przecież kochamy się. Może już nie tak szalenie i namiętnie, jak na początku, chociaż kto wie. Każdy związek jest przecież inny i jest on sinusoidą, na której namiętność raz jest na samym szczycie, aby później przejść w fazę uśpienia. Bo a to ciąża z komplikacjami, a to okresy połogu. A może i nawet napięte miesiące, podczas których seks i bliskość są ostatnimi sprawami, na które mamy ochotę.

Ja tę myśl, o której przed chwilą wspomniałam, zawsze odpycham i nie wypowiadam jej głośno, bo głęboko wierzę w nas. We mnie i mojego Męża. Jednak z tyłu głowy zawsze jest jakaś taka mroczna myśl, która prawdopodobnie kołacze się w Waszych głowach i zapala nam alarmujące światełko, które każe rozważać opcję: a co jeśli on/ona spotka kogoś innego? Wiecie. To takie głupkowate sygnały, które wysyła nam podświadomość i trudno się od nich odpędzić. No właśnie, co wtedy? Zostawię to pytanie otwarte.

Pohipotetyzujmy trochę. Założyliśmy rodzinę. Pojawiły się na tym świecie dzieci. Kobieta zrezygnowała ze swojej ścieżki zawodowej, aby zająć się domem. Podjęliście decyzję, że tak będzie lepiej dla wszystkich. Mężczyzna zajmie się zarabianiem na dom a kobieta zaopiekuje się domowym ogniskiem. Mijają lata, pojawiają się na świecie kolejne dzieci. Tymczasem kobieta coraz bardziej oddala się od wizji robienia kariery i poświęca ją dla rodziny. Bardzo to piękne. Podział ról, zupełnie taki jaki bywał kiedyś. I ja byłam na tym etapie kilka lat temu, pozwolę sobie wtrącić. Czułam się bezpiecznie będąc w 100% na utrzymaniu mojego Męża i nie węszyłam zmian w tym temacie. W tym czasie kobieta traci prawo do wykonywania swojego zawodu, albo na dobre dezaktualizuje się jej wiedza, umiejętności, dotychczasowe miejsce pracy już o niej zapomniało, a dla innych pracodawców nie jest w ogóle atrakcyjnym kąskiem. Życie, chciałoby się rzecz. Samo życie. Była decyzja, są i pewne jej skutki.

I w tym czasie dzieją się dziwne czary-mary. Związek się sypie, albo ktoś go sypie, bo samo-się to raczej nic nigdy się nie dzieje. Parę kiedyś zakochanych w sobie ludzi zaczyna więcej dzielić niż łączyć. Dochodzi do rozstania. Kto najbardziej traci na tym wszystkim? Rodzina traci, pisząc ogólnie. A dzieląc tę rodzinę na jednostki, to oprócz dzieci, które cierpią ogromnie, w największym potrzasku jest w moim przekonaniu kobieta. Ta do tej pory Pani domu, gospodyni, która zostaje z ręką w nocniku. No chyba, że trafi na hojnego byłego małżonka, który zechce ją wspierać chociażby do czasu wpasowania się w nowy rynek pracy, aby zacząć życie od nowa. Raczej niedoczekanie z tą hojnością, pozwolę sobie tutaj napomknąć, biorąc pod uwagę znane mi historie kobiet, które już przez to przechodziły.

Idźmy dalej. Oprócz tendencyjnych czary-mary, o których napisałam powyżej, czyli życie poszło dwojgu z małżeństwa w osobnych kierunkach, możemy mieć mniej szczęścia w tej naszej rodzinnej sielance. Z trudem to piszę, bo nikt z nas, nawet ja, nie lubi wypowiadać takich myśli głośno. Warto jednak wziąć tę odpowiedzialność na klatę i stanąć twarzą w twarz z ewentualną rzeczywistością. Otóż życie nie jest wieczne. Ono bywa czasami z różnych przyczyn skracane. Przeklęte wypadki, choroby czy inne zakończenia, o których nikt nie chce nawet myśleć. Nikt nie lubi być zaskakiwany. Co więcej. Nigdy nie możemy być w 100% przygotowani na każdą życiową ewentualność. Nagle zabraknie mężczyzny, na którym to opierał się cały ten finansowy fundament rodziny, a na kobietę spadnie to wszystko, o czym do tej pory nie miała zielonego pojęcia, bo zdawała się w 100% na niego. Przyjdzie jej zmierzyć się nie tylko z traumą sytuacji, ale jednocześnie zawiśnie nad nią coś, co może być ponad jej siły, a ma na utrzymaniu jeszcze dzieci. Nie tylko siebie.

Tak głośno sobie myślę. Czy my – kobiety powinnyśmy w 100% poświęcać się rodzinie zapominając o swoim rozwoju, w tym zawodowym? O dokładaniu naszej cegiełki, nawet śladowej, do domowego budżetu, choćby tylko po to, aby mieć tę awaryjną furtkę i pole manewru w sytuacji, która nas może zaskoczyć? Nie chciałabym dokonywać zamachu na błogie macierzyństwo. Poddaję temat dyskusji. Wiele kobiet godzi macierzyństwo z pracą pełną parą. Każdy dokonuje wyboru za siebie siebie i dla swojej rodziny.

Ponieważ w życiu lubię spadać na cztery łapy i czuję się odpowiedzialna za całą naszą gromadę, a także zdaję sobie sprawę z ulotności pewnych aspektów, od pewnego czasu zaczynam organizować dla siebie i dla rodziny awaryjną furtkę. Furtkę, z której mam nadzieję nigdy nie będę musiała korzystać. Bo kocham mojego Męża nad życie. I tak samo kocham moje dzieci. I cokolwiek będzie się działo, to chciałabym być bardziej z przodu niż z tyłu, jeśli wiecie, co mam na myśli.

Co robię w ramach tego, o czym piszę dzisiaj? Dbam o to, aby się rozwijać. Cieszy mnie to, że mogę dokładać się do domowego budżetu. Nie po to, aby udowodnić całemu światu, że ja też potrafię, bo ja wiem, że potrafię. I Ty też potrafisz. Ale po to, aby się asekurować i być jednym z ogniw rodzinnego fundamentu.

Miejmy swoje pasje. Dłubmy w rękodziele. Zaliczajmy kursy mimochodem tego absorbującego macierzyństwa. Wiem, że nie jest łatwo. Wiem, że to wymaga olbrzymiej synchronizacji, kolejnych poświęceń. Kolejnych podpunktów na naszej codziennej liście „do zrobienia”. Nie musimy zakładać od razu spółek i zarabiać milionów. Miejmy zwyczajnie z tyłu głowy myśl, że odrobina samodzielności finansowej, naprawdę chociażby ułamek, jest dla nas czymś dobrym. Czymś co zaprocentuje. To taka iskierka samodzielności. Nikomu nie chcę odbierać tego wspaniałego poczucia bycia gospodynią domową, kobiecą ostoją rodziny. Bo to piękna decyzja, to jakby pełen etat i praca chyba nieporównywalna z żadną inną, za którą nikt nam nie płaci a wynagrodzenie otrzymujemy w miłości naszych dzieci i partnera. To poświęcenie warte wszystkiego. Gdyby tylko tak odrobinę rozszerzyć je o perspektywę asekuracji? Dla każdego w innym wymiarze, dostosowanym do siebie w taki sposób, w jaki uważamy to za właściwe?

Zofia Bogusławska w „Domu w rzece” kiedyś to trafnie ujęła. Pozwoliłam sobie pożyczyć od niej te kilka poniższych zdań:

Martwię się najczęściej niepotrzebnie, ale martwienie się takie uważam za asekurację, czyli zabezpieczenie przed nagłym i niespodziewanym uderzeniem. Niby za linę uczepioną nad przepaścią. Może być niepotrzebna, ale może się przydać. 

Obyśmy nigdy nie potrzebowały tej liny.Obyśmy nigdy nie musiały spadać. A jeśli już, to zawsze na cztery łapy!

Podobne wpisy

  • Wydaje mi się, że to własnie macierzyństwo najbardziej uświadamia, że kobieta musi być samodzielna. Albo mieć wspomniany plan „B”. Zaczynamy być odpowiedzialni nie tylko za siebie, ale także dzieci, które też trzeba będzie wykarmić, ubrać, wysłać na wycieczkę. A były mąż, nawet płacący alimenty, nawet obecny dalej w naszym życiu, może okazać się niewystarczającym wsparciem.

    Zdecydowanie popieram treść postu!

  • Pola

    Zgadzam się w 100 procentach, życie jest nieprzewidywalne i każdy powinien mieć plan B,ja mam dziecko ale z pracy nie zrezygnowałam, mam swój świat i swoją niezależność i jeśli cokolwiek w życiu się stanie mam na myśli coś złego, będę w stanie zapewnić córce i sobie utrzymanie.

  • Wreszcie ktoś powiedział głośno, że bycie boginią domowego ogniska potrafi być nieporównywalne z niczym innym, te drobiazgi, dbałość o szczegóły, zapach obiadu, spacer w pełnym słońcu, codzienność. Ja uważam, ze jedno drugiego nie wyklucza, choć czasem na sukces pracuje się dłużej, ale jeśli robimy to konsekwentnie, w końcu zaskoczy. Dla własnego samopoczucia warto uczyć się tych „męskich spraw”, jak zarabianie, płacenie rachunków, zarządzanie pieniędzmi, tak jak oni przewijają, usypiają, pichcą.

  • Marzena

    Pani Magdaleno od dawna czytam Pani bloga i szczerze uwielbiam ! Za dzisiejszy post dziękuję….o takich sprawach powinno mówić się głośno bo nie zawsze w życiu jest różowo …Również jestem mamą, szczęśliwa żoną, pracuje i trzymam mocno kciuki za niezależność każdej z nas. Jesteśmy nie tylko filarem domowego ogniska…. przede wszystkim bądźmy sobą i nie bójmy się realizacji naszych marzeń ! Życzę powodzenia wszystkim kobietom!!:)

  • Monika

    Super post. Teraz wiem, że nie jestem w takim myśleniu odosobniona.

  • Obysmy nigdy nie potrzebowaly tej liny. Ale rozwijanie tej liny ratunkowej nazywa sie rozwoj i czasami najlepszej mamie na swiecie jest potrzebny czas dla siebie (na swoj rozwoj) i chwila oddechu. Pozdrawiam serdecznie Beata

  • Jestem matką pracującą, praktycznie zawsze nią byłam. Na utrzymaniu męża może z rok. Nie wyobrażam sobie nie mieć własnych pieniędzy. Praktycznie w naszym związku jest tak, że mamy dwa osobne konta. Ja swoje, do którego nikt nie ma dostępu, a mąż swoje- do którego dostęp… mam ja. Tylko przez pierwsze lata ledwo wiązaliśmy koniec z końcem, potem ja przejęłam finanse i teraz nie obawiam się, że nie będę zabezpieczona finansowo.

    • Elzbieta Petelenz-Kurdziel

      To dokąłdnie tak jak u mnie. :-)
      Nie jesteśmy same! :-)

  • Elzbieta Petelenz-Kurdziel

    Piękny wpis, owszem. Ale nie dołączę do peanów pochwalnych. Absolutnie nie chcę nikogo urazić. Po prostu powyższe postawienie sprawy jest dla mnie egzotyczne. Mój spokój, owszem, został naruszony, acz nie wiem, czy w sposób, jakiego Autorka się spodziewała. Mój spokój został naruszony, bo mam ochotę zapytać: Czy dobrze zrozumiałam? Czy naprawdę w XXI wieku ktoś jeszcze ma wątpliwości
    czy kobiecie wolno mieć swoje pasje i życie zawodowe? I nieśmiało pyta, że może jednak wolno? Że może nawet trzeba?

    Ze swojej strony odpowiem: tak, wolno! I trzeba! Tak, Droga Autorko, dla zdrowia, własnego, ale też dla własnego związku oraz dla dzieci, trzeba mieć jakieś własne życie. Warto wnosić wkład w związek nie próbując przy tym zniknąć, warto też wnosić coś do społeczeństwa nie ograniczając się tylko do własnej rodziny.

    Mój przyjaciel powiedział kiedyś, że dla niego życie opiera się na trzech filarach: rodzina, praca i przyjaciele. Oraz że stara się dzielić swoje zaangażowanie mniej więcej równo pomiędzy te trzy priorytety. Jeśli jeden z tych filarów jest chwilowo nadwątlony, zawsze można się oprzeć na dwóch pozostałych w czasie, kiedy ten trzeci wymaga wzmocnienia. Zgadzam się z nim w całej rozciągłości. Nie wyobrażam sobie oparcia się w życiu na tylko jednej z tych wartości (w tym przypadku tylko na rodzinie).

    Nie rozumiem dlaczego samo istnienie drugiego spośród tych filarów (pracy zawodowej, samorealizacji) jest w tym artykule zaznaczane tak nieśmiało, jakby z lękiem czy można. Nie rozumiem, dlaczego sama możliwość – pozadomowej pracy kobiety: samorealizacji, pracy zawodowej i zarobkowej – ukazana jako niemal rewolucyjne odkrycie. Że trzeba do tego pomysłu dochodzić latami. Serio???

    Życie nie tylko domem i rodziną – to nie jest plan B! To jest druga noga do chodzenia! Kobiety! Potrzebujecie prawej i lewej nogi! (czyli rodziny i pracy). Zresztą nie tylko kobiety: mężczyźni też potrzebują równowagi w życiu (takiej, o której mówił mój przyjaciel) – nie rozumiem, dlaczego bycie kobietą miałoby tu aż tyle zmieniać. Niezależnie od tego, co mamy między nogami, wszyscy potrzebujemy obu nóg! A najlepiej jeszcze rąk w postaci prawdziwych przyjaźni. Ze swojej strony dodałabym tu jeszcze czwarty filar względnie drugą rekę: wolontariat. Bezpłatne i bezinteresowne robienie czegoś dla innych. Czegokolwiek. Nie mówię, że często. Czasem. to też bardzo ubogaca wewnetrznie, podobnie jak rodzina, praca i przyjaźnie.

    Może żyję na innej planecie. Teskt jest ładnie napisany, widać, że przez osobę wrażliwą i myślącą. Tylko uderzyło mnie: jak inaczej myślącą. Jak inne najwyraźniej mamy nie tylko doświadczenia, ale i wychowanie. Teskt piękny, Maria Konopnicka by się nie powstydziła. Także problematyki. Czyż już Konopnicka nie pracowała zawodowo? Nie łączyła roli matki i żony (tak, wiem, że akruat małżeństwo miała nieudane) z pracą?

    Wszystkie kobiety w żeńskiej linii mojej rodziny pracowały zawodowo. Na pełnym etacie. Prababcia, Babcia, Mama – wszystkie pracowały. Od zawsze. Babcia wychowywała równocześnie sześcioro dzieci. Nic mi nie wiadomo żeby miała długie przerwy w pracy zawodowej – w latach 50. XX wieku tego nie praktykowano. Nie mam ani jednej koleżanki która pracuje wyłącznie w domu (w sensie: zajmuje się rodziną). Sama też pracuję zawodowo „od zawsze”, w pełnym wymiarze godzin.

    Mam świetnego męża i dwoje kochanych dzieci. Owszem, jesteśmy w tej dobrej sytuacji, że w kraju, w którym mieszkamy równowaga między pracą a życiem rodzinnym jest uważana za wartość. Dwa roczne urlopy rodzicielskie podzieliliśmy równo na pół (rzadkość nawet tutaj). Chodzę do pracy na 8 godzin dziennie i ani chwili dłużej. Nie biorę pracy do domu. Nie pracuję zawodowo w weekendy. Ten czas mam dla rodziny. I tyle mi wystarcza. Był w moim życiu niezbyt długi okres, kiedy zajmowałam się wyłącznie domem. Wspominam to jako koszmar, z wielu względów. Nie wyobrażam sobie swojego życia bez pracy zawodowej. Nie-wy-ob-ra-żam. Nie sądziłam, że w XXI to taka rewelacja.

    • Bozena Łępa

      W zupełności zgadzam się z Panią. Dla mnie praca zawodowa była zawsze priorytetem. No,może miałam inne doświadczenia. Wcześnie straciłam ojca,studia to było zmaganie się z nadmiarem obowiązków-pomagałam mojej macierzystej rodzinie.Wiedziałam, ze najwięcej będę zawdzięczać sobie, własnemu uporowi i wiedzy. Przepracowałam w swoim zwodzie 31 lat, obecnie jestem ma emeryturze.Model rodziny, gdzie kobieta jest zależna od mężczyzny i nie potrafi bez niego żyć i finansowo sobie radzić, jest mi zdecydowanie obcy.Tak miała moja siostra i wiele kobiet, z którymi mam kontakt. Dodam jedno: Zawsze trzeba liczyć się z tym, ze możemy w młodym wieku zostać wdowami. I co wtedy?

  • Karolina Gerlich

    Jakis czas temu temat pracujacych mam byl poruszany w Wysokich Obcasach Extra. Przerozne przyklady z zycia, wniosek jeden: pracujaca, uczaca czy rozwijajaca sie w jakis sposob matka to nie plan B tylko plan A. Jestem w stanie zrozumiec kobiety, ktore pragna pierwsze lata dziecinstwa swoich pociech posiedziec w domu, ale potem to dla mnie tylko i wylacznie forma wycofania. Trudno mi sobie tez wyobrazic ze w XXI wieku istnieje nada taki twardy podzial „ty sprzatasz i gotujesz, a ja przynosze pieniadze”. Mysle ze zarowno matka jak i ojciec maja wklad w atmosfere jaka panuje w domu, podzial obowiazkow powinien byc sprawiedliwy, tymbardziej jesli obydwoje pracuja.

  • Zgadzam się z tym, że męża może kiedyś zabraknąć – z powodu śmierci. Inna opcja nie istnieje. I tyle. I oczywiście, że trzeba mieć swoje życie – dla siebie samej, ale to niezależnie od stanu społecznego czy cywilnego. Natomiast „samodzielność finansowa” to dla mnie jakaś abstrakcja. Dwa konta mamy z przyzwyczajenia i z jakiejś tam wygodny, ale to nie neguje wspólnoty pieniężnej. Jeśli mojemu mężowi coś się stanie, poradzę sobie (choć to najgorsze nieszczęście, jakie mogłoby mnie spotkać), poradzę sobie również finansowo. Inne problemy nie istnieją, więc dlaczego miałabym się o nie martwić?

  • Poruszasz dość kontrowersyjny i trudny temat. Wszyscy chcemy wierzyć, że będziemy żyć „długo i szczęśliwie” (złe rzeczy dotykają przecież wszystkich innych, a nie nas…). I choć przez niektórych takie „planowanie kryzysów” może zostać źle odebrane… to zgadzam się z Tobą w 100%. Każdy powinien mieć plan B, bo tak jest po prostu bezpieczniej… nie mówiąc już o poduszce bezpieczeństwa i innych oszczędnościach :)

  • Ula z prostoofinansach

    Zdecydowanie się zgadzam z tytułem, choć przyznam też rację Karolinie, że to może być również plan A. Moje życie tak się potoczyło, że jestem „finansową głową rodziny” i może dlatego inaczej na to patrzę. Uważam, że oboje partnerów może pracować, oboje może wychowywać dzieci, oboje może zajmować się domem. Może i powinno, a wtedy wybór na temat życia kobiety jest łatwiejszy i może być podjęty przez nią samą. Mojej córce zawsze będę powtarzać, że nie powinna uzależniać się od swojego partnera, jak kiedyś będzie go mieć.

  • Ruda

    Oczywiście, że trzeba mieć plan B. co więcej – naiwnością jest sądzić, że życie to bajka. Wystarczy rozejrzeć się wokół – ile małżeństw się rozpada? Ile niebezpieczeństw, wypadków? Oczywiście, to nas nie dotyczy – tak myśleć może osoba, które wierzy w bajki o kopciuszku. A to jest życie i wszystko jest możliwe. Niestety kobiety same sobie nierzadko odbierają szanse, możliwości – np. sprzedając swoje mieszkanie po ślubie, rezygnując z pracy. Wiem, że zajmowanie się dzieckiem to bardzo ważna praca i dla ważnej osoby, ale wyobraźmy sobie taki scenariusz: po drodze znika ojciec (albo odchodzi, albo umiera), dziecko dorasta i zaczyna żyć własnym życiem. A kobieta zostaje sama i bez zabezpieczenia materialnego. Dziecko może, ale nie musi pomagać. Może po prostu nie móc, bo samo wiąże koniec z końcem. Wyobraźcie sobie – która z was poradziłaby sobie w wieku np. 26 lat utrzymywać nie tylko siebie, ale również rodzica?

  • Byłam kiedyś świadkiem kłótni pomiędzy moimi znajomymi, kiedy mąż powiedział żonie, że nie da jej pieniędzy na środki higieniczne, dla kobiety niezbędne, bo on ma swoje pieniądze, a ona nic. Zaznacze tylko, że kilka miesięcy wcześniej zrezygnowała z pracy, bo jak oboje ustalili, więcej oszczędza na nianiach, kiedy ona zajmie sie wychowywaniem dzieci. Tego dnia przysięgłam sobie, że nigdy nie będę zależna od męża i zawsze będę mieć swój plan B. Smutne? Może trochę, ale to kobieta zostaje po rozwodzie z dziećmi, nie śpi po nocach i obniża swoje ambicje, żeby zapewnić dzieciom byt. Duży wpływ miała na mnie też mama, która jest niezależna od taty. I babcia, swoimi opowieściami o tym , jak wyglądało życie kobiety kiedyś. I ubiegnę od razu pytania, obie są szczęśliwymi małżonkami.

    p.s. a historia mojej znajomej skończyła się dobrze. Teraz jest właścicielka małego salonu urody i zarabia dużo więcej niż jej (nadal) mąż :)

  • Wpis dla mnie (muszę podziękować Oszczędnickiej, że tu trafiłam :)). My też kiedyś z mężem postanowiliśmy, że ja wychowuję dzieci a on zarabia. Z jednej strony jest to niesamowita frajda i zawsze będę wdzięczna mężowi, że dał mi taką możliwość (uwielbiam powroty dzieciaków ze szkoły i rozmowy z nimi, gdybym pracował na etacie nie miałabym tej możliwości) ale z drugiej strony wypada się z rynku pracy (latka lecą, pracodawcy nie lubią długich przerw bez pracy). Nie ma lekko i podpisuję się obiema rękami, że kobieta musi mieć plan B, bo jak mawia moja koleżanka „zdziadzieje” siedząc w domu nie mówiąc już o kwestiach finansowych.

  • walkiria

    Po urodzeniu pierwszego dziecka poszłam na studia, , potem pojawiło się drugie i ze studiów musiałam zrezygnować. Ale wtedy wymyśliłam sobie kurs komputerowy i zdobyłam certyfikat. Potem był kurs księgowości i kolejny certyfikat. Następnie kolejny kurs, który trwa do tej pory. A wszystko to w czasie ‚siedzenia’ w domu z dziećmi. Nigdy nie chciałam być zależna od męża, jednak gdy nie pracowałam to byłam. Zawsze chciałam się rozwijać. Oczywiście w miarę możliwości finansowych i tak, by nie cierpiała na tym moja rodzina. Teraz moje dzieci mają 3 i 5 lat i mają pracującą mamę i tatę. Czasem bywa ciężko pogodzić pracę z obowiązkami domowymi, ale dajemy radę.

  • Alicja Wiśniewska

    ja jestem do bólu praktyczna, zawsze chciałam pracować i dokładać się do budżetu domowego. Znam kobiety, ktore maja juz odchowane, wrecz dorosle dzieci i nigdy nie pracowały (mąż zarabia średnia krajowa, wiec nie mają super polisy na zycie) i zawsze dziwi mnie to, ze nie uwzgledniaja tego wlasnie najgorszego scenariusza i nie mają planu B. Jest to jakis rodzaj nieodpowiedzialnosci…

  • Crea

    To tak łatwo powiedzie , kiedy ma sie wsparcie męża, babci. A jeśli matka jest sama? Ja właśnie po urlopie muszę szukać nowej pracy i jestem przerażona. Wszędzie albo praca zmianowa albo do 17, 18. A co zrobic z dzieckiem? Dziecko ma od 8 do 17 siedziec w zlobku?? NAwet doroslemu ciezko wysiedziec w pracy 9 godz. A co dopiero dziecko?? Jestem przerażona… A co weekendami?? NieZalezna finansowo spoko… Ale pod warunkiem, ze ktoś pomaga w opiece nad dzieckiem no inaczej jest bardzo cieżko…

    • Biruta Żegarska

      Wiele dzieci chodzi do żłobka i powiem więcej bardzo fajnie rozwija się :) ja wróciłam do pracy i dziecko poszło do żłobka, dodam, że nie mam pomocy ani rodziców ani teściów. Jesteśmy z mężem sami i dajemy doskonale radę! a dla mnie powrót do pracy było najlepszą decyzją, odzyskałam pewność siebie i rozwinęłam się :) teraz drugie dziecko 5 miesięcy i też będę szukała pracy ale bez obaw na pewno ją znajdę! :) bo to wszystko kwestia podejścia i naszych przekonań. jak się czegoś bardzo chcę to można, no chyba, że ktoś woli narzekać nic nie robić w tym kierunku i powtarzać, że nie da się. Oczywiście, że da się. Każda mama oprócz dbania o dzieci i dom powinna dbać o siebie dla zdrowia psychicznego. Powinna robić to co lubi i być szczęśliwą, nie ma wytłumaczenia, że z dzieckiem/ dziećmi nie da się tego czy tamtego. Wszystko da się tylko kwestia dobrej organizacji i tyle! p.s. ja z będąc z pierwszym dzieckiem skończyłam ostatni rok studiów, napisałam pracę magisterską i obroniłam w 1 terminie bez pomocy babci i dziadka, tylko i aż z pomocą męża.

  • Należę do czarnowidzów. W mojej głowie co dziennie przewija się inny scenariusz przyszłości. W każdej z tej opcji chcę być pewna, że ja i mój syn będziemy bezpieczni… Tłukę do głowy mężowi, żeby przewartościował swoje priorytety i zapewnił, naszemu synkowi spokojną przyszłość. Nie mamy nic na siebie, dom jest na teściową… firma, którą mąż prowadzi z bratem, jest na jego brata (wraz ze wszystkimi dobrami materialnymi). Gdyby, nie daj Boże jemu się coś stało… zostajemy na „łasce” u jego rodziny…
    Nie rozumiem jego podejścia?! I nie mogę mu przemówić do rozsądku. Nawet świętej pamięci teściu prosił mojego męża (swojego syna) żeby sprawy z firmą załatwił, jak najszybciej…

    Gdy się odzywam, mówi, że to nie moja sprawa, i mam się nie wtrącać. Zalatuje mi tu totalną zaściankowością, jak za dawnych lat – baba do garów! :O

    Każdy sobie rzepkę skrobie!

    ps. aż sama chyba coś w tym temacie napiszę! Dałaś mi kopa!

    • Beata

      No nie, z tą firma tylko na brata to jakieś przegięcie! Ja bym postawiła ultimatum i tak, wiem, co piszę. Dla Twojego męża najważniejsza winna być rodzina, którą stworzył z Tobą. Zycie niestety jest nieprzewidywalne, wiem o tym doskonale, odkąd 3 lata temu cudem wróciłam do świata żywych.

  • Ewa

    Bardzo dziękuję za ten wpis. Bardzo potrzebny. Nawet, jeśli jesteśmy na 100% mamami, a mąż zarabia, warto trzymać rękę na finansowym pulsie. Bo może podjąć nie takie decyzje, a gdyby miał liczący się głos z boku, mogło stać się inaczej. Bo kobiety statystycznie żyją dłużej. Bo niestety są rozwody. Bo miłość i bliskość są naprawdę możliwe dopiero wtedy, gdy obie strony są równe. Nawet jeśli tylko mąż zarabia, mamy prawo wiedzieć, co się dzieje w finansach i mamy prawne możliwości (np.choćby testament), żeby zadbać o część, która jest nam należna za nasz wkład.

  • Michelle

    Mądry wpis. Szczególnie kobiety które będąc dziećmi wychowywały się w rodzinie niepełnej, rozbitej pamiętają o tym na pewno. Moja Mama kiedyś mi powiedziała: kobieta powinna mieć własne pieniądze, na wszelki wypadek. Mam i uratowało mnie to. Dzięki Mamo! I dzięki za ten wpis.

  • Joanna

    Szkoda,że 20 lat temu nie było blogów takich jak ten. Nie miałam planu B i poniosłam konsekwencje, ale udało mi sie podnieść i wykreować swój nowy wspaniały świat….