Bycie mamą dwóch chłopców jest piękne!

napisała 08/02/2016 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

post archiwalny

W ostatnich 6 miesiącach dostałam od Was co najmniej 20 maili, w których zostałam zapytana o to, czy fakt, że jako drugi urodził nam się syn, a nie córka, nie ciąży mi na duszy.

Czułam podskórnie, że większość tych maili była pisana albo ze łzami w oczach, albo z żalem, albo z niewytłumaczalną zazdrością, której nie da się ukoić w żaden sposób. Zostałam także zapytana o to, jak ja sobie z tym radzę, że mam cholera tylko dwóch synów, a wśród nich nie ma żadnej małej różowej istotki. I jak to robię, że jeszcze żyję, nie łkam w poduszkę i mam się całkiem dobrze. W sumie to pytaliście mnie też o to, czy to, co prezentuję na blogu, nie jest przypadkiem taką ukrywana złością do świata. Bo niby wyglądam na zadowoloną, ale pewnie kłuje mnie w sercu ta myśl, że nie zakładam o poranku „luziowych lajstopek” na niczyje dziewczyńskie stópki.

Nie powiem, to było trochę bezczelne tak mnie pytać o to, podczas gdy mój cudowny drugi Syn patrzył mi właśnie głęboko w oczy i oblizywał do nieprzytomności swoje stopy [bo właśnie na takim jest etapie rozwoju ;-)]. Ale wybaczam w jego imieniu. Kiedyś się pewnie odegra ;-)

Już Wam odpowiadam jak to było ze mną, gdy dowiedziałam się, że drugi będzie „siusiak”. I będzie to trzeci już siusiak w rodzinie! A podobno siusiaków w rodzinie nigdy za mało, ale to temat na osobny post ;-)

Ale wracając do meritum. Otóż, gdy lekarz poinformował mnie, że będziemy mieli drugiego Syna, zupełnie mnie to wtedy nie obchodziło. Nie obchodziło mnie to m.in. dlatego, że dwa tygodnie wcześniej modliłam się o to, aby moje dziecko było najzwyczajniej w świecie zdrowe. Moja ciąża była bardzo, ale to bardzo stresująca na samym początku i obawialiśmy się najgorszego. I w obliczu tych faktów, w obliczu tego strachu o moje nienarodzone maleństwo, które mogłabym stracić, nie liczyło się nic więcej niż to, aby moje dziecku było po prostu: zdro-we!

Niektórzy nie zdają sobie sprawy, jakim cudem jest urodzić zdrowe dziecko. Zdrowe, sprawne dziecko, któremu kiedyś cały świat pokażemy i gwiazdkę z nieba damy. I ja wtedy zrozumiałam, że liczy się tylko to. Nic więcej, serio. Liczy się ten miarowy oddech, wpatrzone w nas oczyska, dwie rączki, dwie stópki, nosek, bródka,…

Z falbankami czy z szelkami. Nieważne! Zdrowie ponad wszystko. Wg niektórych to truizm, do bólu nudny i wyświechtany. Jednak wg mnie to właśnie zdrowie, albo jego brak, to ten moment pionizacji naszych wartości życiowych. Moment, w którym albo się obudzimy z letargu egzystencjalnego albo pogrążymy w jakichś dziwnych życiowych priorytetach.

Pamiętam, gdy niespełna rok temu na jednym z profili społecznościowych spodziewająca się dziecka mama publicznie załamała się, gdy dowiedziała się, że … jednak nie urodzi jej się druga córcia, a Syn! Była pocieszana przez grono wielbicielek i głaskana do bólu. Kurczę, mogę sobie wyobrazić jej żal, ale patrzyłam w ekran mojego telefonu wtedy i nie mogłam uwierzyć, co czytam. Nie mogłam zrozumieć, skąd bierze się ten ogromny żal do świata, bo wydawało mi się od początku, że płeć dziecka to w dużej mierze loteria. Wydawało mi się, że gdybym to ja była na miejscu tych pocieszających koleżanek, to postawiłabym dziewczę do pionu. Nikomu nie życzę strachu, który towarzyszy utracie maluszka bądź świadomości, że może on urodzić się chory, jednak czasami taki wstrząs stawia nas na równe nogi i pokazuje, co naprawdę jest ważne, albo powinno chociaż być ważne.

I stojąc na straży przyzwoitości, tego co w życiu jest istotne, ale tak naprawdę-naprawdę istotne, dochodzę do wniosku i trochę bluźnierczo apeluję: że szelki czy rajstopki, to naprawdę nie ma żadnego znaczenia! Że każdy, of kors, ma prawo do tego parcia na dziewczynkę, ale „come on”! Bądźmy normalni! Nie bądźmy stereotypowi, nie dajmy się omamić dziwnemu przekonaniu, że dopiero „posiadanie parki” jest tą pełnią rodzicielstwa, pełnią macierzyństwa czy jakąś inną tam pełnią. Chociaż teraz edytując ten post z perspektywy czasu po ponad 6 miesiącach, mam świadomość, że trochę zapędziłam się z tym. W końcu każdy ma prawo przeżywać wszystko po swojemu, czyż nie?

Stwierdzam z pełnym przekonaniem i lekką obojętnością wobec tego jakiej płci okaże się nasz trzeci potomek, jeśli w ogóle pojawi się na świecie, że bycie mamą dwóch chłopaków jest cudowna przygodną! To jak chłopaki na siebie patrzą z ogromną czułością, a później będą razem tornister w tornister chodzić ze sobą do szkoły, albo chodzić na wspólny szaber na jakieś ogródki działkowe, i dokazywać sobie. Ach…

Bycie rodzicem dla dwóch chłopców jest przygodą pewnie równie cudowną jak bycie rodzicem dwóch dziewczynek! I takim samym wyzwaniem jak bycie rodzicem przytoczonej przeze mnie „parki”!

Bo rodzicielstwo to nie zakład bukmacherski. Rodzicielstwo to wielka przygoda i równie wielka i piękna niewiadoma! :-)

Podobne wpisy