Byłam w miejscu, w którym zrozumiałam moje szczęście i zalałam się łzami.

napisała 30/11/2018 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

Jeśli śledzicie mój Instagram i oglądacie moje Instagram stories, to część mojej dzisiejszej historii jest Wam dobrze znana. Wiecie, że moja „wyprawa” wcale nie była dla mnie łatwa i wiecie również, że był moment, w którym zwyczajnie … zalałam się łzami.

Jak to wszystko się zaczęło, że wylądowałam w Berlinie? W pewien czwartkowy poranek dostałam maila po angielsku. Najpierw lekko zmieszałam się czytając go, ale dopiero po chwili zrozumiałam, że nikt w tym mailu nie żartuje, a naprawdę chcę mnie zaprosić do siebie! Napisały do mnie Elisa i Margarita, dziewczyny których wiadomość brzmiała mniej więcej:

– Magda! Wiemy, że czytają Cię tysiące kobiet. Bardzo chcemy pokazać Ci pewien film związany ze zbliżającymi się świętami, ale nie możemy go do Ciebie wysłać. Musisz do nas przyjechać, żeby móc go obejrzeć. Czujemy podskórnie, że ten film będzie dla wielu Twoich Czytelniczek ważny, ale chcemy, abyś najpierw sama się przekonała, czy chciałabyś go swoim Czytelniczkom pokazać. Nikt wcześniej tego filmu nie widział. Byłabyś jedną z pierwszych osób.

Czy możemy się zobaczyć?!

Najpierw biłam się z myślami, bo wiedziałam, że taka wyprawa do Berlina to nie 4-godzinna wycieczka, a raczej całodniowa wyprawa. Loty zupełnie się nie składały i wyglądało na to, że nie byłoby mnie w domu prawie 28 godzin! Nie byłoby to problemem, gdyby nie fakt, że Gaia ze mną w nocy śpi i jest bardzo do mnie przywiązana. Ale kiedy moje dylematy usłyszał mój M., to powiedział:

– Dziewczyno, i po co panikujesz?! Dam sobie z dziećmi radę!

O mamo, jaką poczułam ulgę! Nie chciałam mu tego sugerować, a jednocześnie czułam, że Elisa i Margarita piszą o czymś niezwykle ważnym! To są standardowe dylematy chyba każdej mamy, że czasami chciałybyśmy gdzieś pojechać, zobaczyć coś, ale wiemy, że dom nas tak mocno trzyma, że wydaje się to być niewykonalne!

Ale skoro mój M. pokazał zdecydowane zielone światło sugerujące, że zostanie z trójką dzieci, to pestka. To ja czym prędzej zarezerwowałam od razu bilety lotnicze. Miałam lot bezpośredni z Krakowa do Berlina i to za grosze, tym bardziej cieszyłam się, że wszystko jest na dobrej drodze, aby się spełnić!

Wstałam o piątej rano. Spakowana poleciałam z Krzyśkiem, który jest fotografem, aby móc Wam wszystko pokazać na zdjęciach.

I polecieeliśmy! Jak już dolecieliśmy, to udaliśmy się na szybkie śniadanie, a następnie o 15.00 miała odbyć się premiera tego wyjątkowego filmu, który stworzyła marka Lidl. Założyłam buty na obcasie, dres zamieniłam na coś bardziej eleganckiego (jak to się mówi) ;-) i przyjechałam do berlińskiego Kino Internationale! Gdzie były również inne blogujące mamy z innych krajów Europy! Byli również niemieccy celebryci i mnóstwo innych, nieznanych mi osób z niecierpliwością oczekujących filmu!

Ale wszystko było w tak ciepłej, odartej od wyniosłości atmosferze, że czułam się, jakbym siedziała sobie przy stoliku, w przytulnej kawiarni, sącząc gorącą herbatę z sokiem malinowym czekając na coś, co ma dać mi do myślenia!

W pewnym momencie, po drinkach powitalnych, zostaliśmy poproszeni o wejście do głównej sali kina, gdzie miała odbyć się premiera filmu. Usiadłam w kinie trochę jak na szpilkach patrząc badawczo na to, kiedy wszystko się zacznie. I nagle nastała cisza!

I tak jak siedziałam, tak z każdą minutą czułam, że ten film … jest przecież o mnie! Że ktoś musiał chyba podglądać mnie ukradkiem w zeszłym roku, bo zobaczył mnie i moją rodzinę, a właściwie mnie i mojego Męża, którzy pędzimy, przygotowujemy wszystko, stajemy na głowie, gotujemy, sprzątamy, kłócimy się i zupełnie zapominamy, że zabieramy tym pośpiechem, gonitwą i nadmiarem obowiązków radość naszych skarbom! Że oni czekają na te święta jak na wielkie, rodzinne, cudowne wydarzenie a dostają od nas tylko jego namiastkę, bo nerwy, pośpiech i brak dla nich czasu, to przecież przeczy temu, o co walczymy!

Zobaczcie sami ten film. Jest powyżej.  Wystarczy kliknąć „Play”. Zabierzcie ze sobą chusteczki…

A kiedy film się skończył, to popłakałam się doszczętnie. I łzy leciały również innym mamom.

Mam wrażenie, że w tamtym momencie poczułyśmy, że jesteśmy wszystkie takie same. Że musimy coś z tym fantem zrobić, aby się zatrzymać. Że tak dłużej nie można. Każda z nas ma chyba taką historię, która pokazuje, że zbliżające się święta mają być magiczne nie dlatego, że będą prezenty i dużo smacznego jedzenia, ale że będziemy mieli w końcu dla siebie czas! Po seansie filmowym wystąpili dwaj wykładowcy i profesorowie z Uniwersytetu w Nowym Jorku i Florydy, mówcy motywacyjni, i tłumaczyli nam, jak można radzić sobie ze stresem przedświątecznym, jak organizować obowiązki, aby nie dać się zwariować. Jeden z nich zorganizował na żywo sesję terapeutyczną, tzw. wizualizację, po której poczułam się gotowa do walki i lekka jak piórko! Nie wiem, jak profesor to zrobił, ale uwierzyłam, że naprawdę da się zwolnić podczas świąt. To wszystko jest w naszej głowie i mamy moc, by powiedzieć stanowcze NIE dla świątecznego pędu!

 

Kampania #WhatReallyMatters, bo pod takim hasłem ukazał się również film, to inicjatywa marki Lidl. Cieszę się, że tak wielka firma pokazuje nam wartościowy przekaz. Że uczula nas na to, co ważne w tym czasie, kiedy wszyscy gonimy a mijamy się z tym prawdziwym szczęściem. Szczęściem i sztuką bycia razem, bycia dla siebie! Cieszę się również dlatego, że mogę w tej kampanii uczestniczyć, bo zmieniła ona całą moją tegoroczną świąteczną perspektywę.

Niebawem opowiem Wam na blogu moją historię związaną ze świętami. Jest dość dla mnie krępująca, ale mam ogromną potrzebę ją z siebie wyrzucić i czuję, że to będzie bardzo dobry krok.

Kiedy seans filmowy się skończył i pożegnaliśmy się już ze wszystkimi, uścisnęłam Elisę i Margaritę, wróciłam do pokoju hotelowego nie mogąc przestać myśleć. Wiecie o czym?

Że ciąży na mnie jako rodzicu ogromna odpowiedzialność. Że to, jak pokazuję moim dzieciom świat, ma na nich ogromny wpływ. I ma przede wszystkim wpływ na ich wspomnienia, które zostają już na zawsze!

Wróciłam do Krakowa, otworzyłam drzwi do mieszkania, i wiecie co się stało? Moi dwaj chłopcy rzucili mi się na szyję! Teodor rzucił:

– Mamo, nie mode uwiezyć, że Ty wlociłaś!

Gaia, jak się przykleiła do mnie, tak nie mogła się do rana ode mnie odkleić. Czy to nie to jest właśnie szczęście? Że możemy być dla nich? <3

P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu  ❤Możecie go też udostępnić swoim znajomym. Dziękuję! :*

Partnerem przesłania jest marka Lidl.

Podobne wpisy