Kontrowersyjny, ale skuteczny sposób, jak zaangażowałam mojego faceta do sprzątania!

napisała 25/09/2017 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

Partnerem postu jest Kärcher.

Będę z Wami szczera: moje małżeństwo jest co prawda kochające i szczęśliwe (inside and out), ale przychodzą takie momenty jak ostatnio, że nóż w kieszeni mi się otwiera i mam ochotę zawyć do księżyca ;-)

Wtedy mam tylko trzy wyjścia. Albo oleję temat i zduszę go w sobie. Albo wybuchnę i wybuchnie również mój mąż. Albo obsmaruję go w internecie, co mam dzisiaj zamiar uczynić. Żeby nie było – ostrzegałam go już kilkukrotnie, że sprawiedliwości stanie się zadość! ;-)

Powiem Wam, jaki jest podział obowiązków w moim domu i to nakreśli Wam sytuację, że wcale nie jest z nami najgorzej, ale … zawsze mogłoby być lepiej.

Ponieważ oboje pracujemy zdalnie, to opieką nad dziećmi dzielimy się po równo. Sprzątaniem w domu też dzielimy się po połowie. Ja zazwyczaj sprzątam kuchnię i łazienkę, bo dochodzę do wniosku, że tylko ja potrafię to zrobić najlepiej ;-) A mojemu mężowi zostawiam resztę pomieszczeń, które on akurat ogarnia pierwszorzędnie. Cwaniak oczywiście ułatwia sobie życie na każdym kroku i czekam tylko aż po automatycznym robocie odkurzającym podłogi i mopie kupi sobie jeszcze urządzenie, które myje okna (podobno są takie) i wtedy będzie leżał i pachniał chwaląc się, jak on to wszystko zgrabnie sam ogarnia.

Ale do rzeczy. Ostatnio spięłam się w sobie (a w ciąży czasami o spięcie się jest wybitnie trudno) i doszłam do wniosku, że po miesiącu totalnego zapuszczenia łazienki, przeproszę się z nią i w końcu ją umyję (za co mnie małżonek przeklinał, wszak powinnam w ciąży leżeć i pachnieć, ale czasami się nie da, same wiecie, jak to jest.).

Kiedy mój mąż był akurat na zakupach z dziećmi, to ja pod jego nieobecność wzięłam ze sobą do łazienki całą michę detergentów, gąbek i ścierek.

Ale taką michę, że słonia byście do niej zmieścili. A to płyn do mycia tego, a to dezynfekujący żel do kibla (za przeproszeniem), a to siamto i owamto. Dwie tony pierdół. Do tego oczywiście maseczka chirurgiczna na twarz, aby oparów nie wdychać (o ile ona cokolwiek daje). Rękawiczki na dłonie, aby nie schrzanić sobie i tak już styranych rąk. I jadę z tematem! Najpierw przeklęty prysznic. Później wanna. „No większej nie mogliśmy sobie chyba kupić i w dodatku z jakiegoś tworzywa, które od wszystkiego się rysuje.” Przeklinałam to w duchu. Później leciałam z muszlą klozetową, która ma tyle zakamarków, że szlag jasny trafiał mnie co 5 minut..

Ale umyłam! Wypucowałam!

Zużyłam nie wiem, ile tego ustrojstwa, ale dokonałam tego! Spocona jak mops, śmierdząca od wszystkiego i wyglądająca jakbym dwie tony węgla przerzuciła, ogarnęłam łazienkę i … nagle słyszę dzwonek do drzwi. Patrzę: mój mąż z chłopakami wrócili z zakupów.

Otwieram drzwi. Zaciągam do łazienki całą bandę i pokazuję:

– Patrzcie, co matka zrobiła! Teraz możecie jeść z podłogi! Następnym razem to Ty będziesz na klęczkach zasuwał. Rozumiemy się? – mówię do mojego M. jakbym dopiero co wydostała się z okopów i wygrała jakąś bitwę :D

A mój Mąż na to bezczelnie i ze stoickim spokojem:

– Ty! Ale numer. Przypomniało mi się, że jakieś pół roku temu kupiłem Ci parownicę do czyszczenia łazienki i kuchni, tylko zapomniałem Ci ją dać. Czekaj… niech pomyślę, gdzie ja ją schowałem…

Miałam ochotę utłuc go na kwaśne jabłko!

I rzeczywiście! Od gwiazdki, która była prawie rok temu, mieliśmy w domu parownicę, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Co prawda niższy model niż ten, który przesłała mi do testów firma Kärcher, bo my mamy SC2 a nie SC4 (ta ma dodatkowy zbiornik na wodę, co usprawnia sprzątanie), ale mieliśmy ją w domu, a ja nic o tym nie wiedziałam!

.

Wracając jednak do meritum, bo ja właściwie to chciałam się pochwalić moim nowym odkryciem, które miałam pod swoim dachem, ale dopiero od miesiąca z niego korzystam.

Parownica to jest jedno z moich niepodważalnych odkryć 2017 roku (zaraz po drewnianym krzesełku dla dzieci, które rośnie razem z dzieckiem.) Dzięki parownicy nie tylko pozbyłam się brudnych i klejących fug w kuchni (tak, tak, nie tylko wybrałam sobie na podłogę jasny, lustrzany gres, ale również jasne fugi – bez komentarza i uczcijmy moje wybory minutą ciszy…), ale ogarnęłam również sobie palniki w kuchence gazowej, które już tak miałam zafajdane, że chyba tylko tarcie sodą dałoby radę, co doszczętnie by już je porysowało.

     

 .

Regulacja mocy pary i różne końcówki, które można dopasować do powierzchni, są strzałem w dziesiątkę. Pozbyłam się też z gresu jakiegoś kleju, który miałam skrobać nożem, a okazało się, że zszedł pod wpływem gorącej pary.

Słowem – bez chemii i smrodu, tylko z użyciem gorącej pary i bez gimnastykowania się na wszystkie sposoby w zeszły weekend ogarnęłam całą kuchnię i łazienkę razem z kabiną prysznicową, wyczyściłam silikon z łączeń, który o dziwo przywróciłam do koloru sprzed remontu! Domyłam w kuchni nawet ten tłuszcz, który miałam w największych zakamarkach, a na którego widok miałam odruch wymiotny, ale nie wiedziałam, jak mam się tego pozbyć.

    

Moje dzieci mogą nawet jeść z podłogi (wróć! one w sumie zawsze chyba i tak jadły z podłogi :D), ale oprócz niesamowitych efektów czyszczenia gorącą parą widzę też, że nie potrzebuję takiej ilości chemii jak kiedyś. W sumie próbuję od miesiąca nieśmiało przekonać się do gorącej pary, kwasku cytrynowego i sody, ale jeszcze muszę powalczyć z niektórymi przyzwyczajeniami ;-)

Ja testowałam parownicę Kärcher SC4, którą możecie znaleźć tutaj. Ten model ma blokadę, która zabezpiecza go przed dziećmi [bardzo przydatna funkcja, nie tylko przed dziećmi, ale i przed samym sobą ;-) ] Ma długi wąż, dzięki któremu dotrzecie w różne miejsca bez potrzeby podnoszenia parownicy, różne końcówki, które zmieniam w zależności od miejsca i powierzchni, którą myję. Spokojnie ogarnia klejące i zapuszczone podłogi, zatłuszczone płyty kuchenne, płytki, lustra, krany etc. i zabija 99,99% drobnoustrojów bez użycia chemii.

Dlatego też idąc w ostatni weekend za ciosem mówię do mojego M.:

– Słuchaj, w następnym tygodniu łazienka jest Twoja. Ja odpadam, bo kręgosłup mi już pomału wysiada. Tylko nie zapomnij o oknie.

– A luz. Kupiłem wczoraj urządzenie do mycia okien, także się nie spinaj.

:D Spoko! Teraz tylko zastanawiam się, jakim sposobem mam mu „sprzedać” do sprzątania jeszcze kuchnię i będę „leżeć i pachnieć” :D

Partnerem tego postu oraz skutecznym partnerem w angażowaniu mężczyzny do sprzątania domostwa jest Kärcher :-)

Podobne wpisy