5 genialnych i niedrogich kosmetyków, które KAŻDA kobieta powinna mieć w swojej łazience❗

napisała 05/11/2018 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

Dzisiaj przychodzę do Was z genialnymi, kosmetycznymi konkretami, bo przyznam bez bicia, że przez ostatnie pół roku moje łazienkowe zasoby kosmetyków przeszły totalną rewolucją! Z niektórymi kosmetykami pożegnałam się bez żalu, do innych pewnie jeszcze wrócę.

Ale co dla mnie najlepsze w tym całym kosmetycznym przewrocie to to, że znalazłam też perełki, które na pewno będę gościć w mojej łazience w najbliższych miesiącach! To, że mam manię testowania kosmetyków na sobie to pewnie już wiecie obserwując moje Instastories ;-), ale co jakiś czas postaram się zbierać dla Was moje odkrycia w jednym zbiorczym poście. Oprócz kosmetyków będą też przydatne akcesoria, które idą w parze z kosmetykami i bez nich trudno mi się obejść. Dlatego zaczynam moją listę!

1. Gąbeczka do nakładania fluidu (podkładu)!

Dziewczyny! Przyznaję bez bicia, że byłam ogromną przeciwniczką tego typu rozwiązań i długo się przed tym wzbraniałam dopóki nie dostałam taką gąbeczkę od mojego brata na urodziny! Nie wiedziałam na początku z czym to się je i jak ja mam się nią posługiwać, aż do momentu w którym dostałam instrukcję od jego dziewczyny, która zajmuje się zawodowo makijażami :-) Mówi się na te gąbki „blender”, a moja to akurat „beauty blender”. Jak się je używa? Należy ją najpierw w ciepłej wodzie zmoczyć i lekko odcisnąć, aby pozbyć się z niej nadmiaru wody. Następnie ja na nadgarstek nakładam kilka kropel podkładu i moczę beauty blender w podkładzie i wklepuję go w skórę twarzy aż do momentu, w którym pokryję całą twarz.

O mamo! Jaka różnica w wyglądzie skóry! Raz, że dzięki takiemu nałożeniu podkład stapia się ze skórą i wygląda mega naturalnie a jednocześnie ma o wiele lepsze krycie niż przy nałożeniu opuszkami palców! Dwa, że dłużej utrzymuje się na skórze i nie ma żadnych smug. Uwielbiam!

Ważne jest też to, aby pamiętać o jednym – nie nakładamy podkładu bez nałożenia wcześniej kremu. Ja po nałożeniu kremu odczekuję 2-3 minuty i dopiero wtedy nakładam podkład. Ostatnio pod podkład nakładam odżywczy krem myWONDERBALM I Love Me od Miya Cosmetics. Bardzo polubił się z moją skórą, nie waży się pod podkładem i cudownie pachnie. Cała seria kremów od Miya Cosmetics jest warta uwagi. Ja teraz zamiennie stosuję żółty Hello Yellow i różowy I Love Me i uzupełniam je o serum myPowerElixir. Kocham je za zapach, ponadto są wegańskie, a co może być ważne dla wrażliwych cer – są również bez parabenów, silikonów, olejów mineralnych, parafiny, PEG-ów, sztucznych barwników oraz glikolu propylenowego. Kupicie je tutaj. A jeśli zależy Wam na dodatkowym nawilżeniu i odświeżeniu skóry przed nałożeniem kremu albo przed spaniem czy w ciągu dnia, kiedy nie macie makijażu, to aktywna esencja w lekkiej mgiełce to majstersztyk dla Was. Ja ją mam cały czas w torebce i ratuje mnie szczególnie wtedy kiedy podróżuję. W środę lecę do Berlina i bez tej esencji już się nie ruszam, szczególnie wtedy, kiedy jestem w miejscach turbo-klimatyzowanych, a samoloty działają na skórę mojego ciała „masakrycznie”.

Teraz w ogóle jest promo na stronie Miya Cosmetics i z kodem: listopad15 dostaje się aż 15% zniżki na ich kosmetyki do końca tego tygodnia, także aż żal nie skorzystać! Stacjonarnie dostaniecie Miya w drogeriach HEBE, Superpharm, Kontigo oraz wybranych sklepach Rossmann i Natura. Ja mam akurat najbliżej do HEBE.

Partnerem postu jest marka Miya Cosmetics.

2. Rozświetlacz do twarzy!

Pisałam Wam niedawno, że rozświetlacz to produkt, który powinien być w kosmetyczce każdej kobiety, chcącej dodać swojej skórze blasku. Ja przyznaję bez bicia, że to punkt obowiązkowy mojego makijażu, żeby dodać skórze blasku rozświetlaczem właśnie. Gdzie nakładam rozświetlacz, pewnie zapytacie. I słusznie!

Zaznaczam nimi skośnie kości policzkowe, wzdłuż nosa i czubek nosa a także miejsce tuż nad górną wargą. Dzięki nałożeniu rozświetlacza w tej linii nasza skóra od razu promienieje! Ja ostatnio bywam non stop pytana przez znajomych: „A co masz na buzi, że skóra tak ładnie wygląda?!”. Ja myślę, że po pierwsze dokładne oczyszczanie robi swoje, a dwa jak już skóra jest dobrze przygotowana do nałożenia makijażu to później tylko muśnięcie jej rozświetlaczem i jest efekt WOW! Ostatnio na potęgę przyglądam się naszym polskim markom i powiem szczerze, że mamy z czego wybierać! I tutaj też postawię na rozświetlacz od Miya Cosmetics. Skład do mnie bardzo przemawia, ale i naturalny efekt, na który stawiam. Ja nie chcę się cała świecić. Ja chcę tylko podkreślić pewne elementy twarzy, dlatego rozświetlacz w kremie zrobi tutaj genialną robotę. Ja używam na codzień odcienia Moonlight Gold. To ten beżowo – złocity. Najlepiej komponuje się z moją skórą. Idealnie też służy za cień do powiek i rozświetlam nim nawet górną powiekę i kącik oka. Produkt zdecydowanie o wielu zastosowaniach. Rozświetlacz kupicie tutaj. A w zestawie z balsamem rozświetlająco-nawilżającym to jest moc do potęgi!

Partnerem postu jest marka Miya Cosmetics.

3. Zalotka do rzęs + mieszanka oleju rycynowego z arganowym na wieczór

Przyznaję bez bicia, że jestem wielką fanką robienia sobie „liftingu rzęs”, „botoxu rzęs”, czy jak to tam zwać ;-) To jest zabieg wykonywany w wielu salonach kosmetycznych, gdzie wykwalifikowana osoba podkręca nasze rzęsy i nakłada preparat wypełniający włókno rzęs, dzięki czemu są one grubsze, podkręcone i genialnie się prezentują. Jako posiadaczka rzęs prostych, wręcz „ściętych w dół”, mogę powiedzieć, że dzięki takiemu zabiegowi, którego efekt utrzymuje się u mnie 3-5 tygodni, oko jest niemalże 2 razy większe!

Ale bardzo krucho u mnie z czasem na tego typu zabiegi, nie będę ukrywać. Bywają tygodnie, kiedy wyjście z domu bez dzieci naprawdę graniczy z cudem. Trzeba też się liczyć z kosztem takiego zabiegu, który średnio wynosi 100-150 PLN. Ale ja się wzięłam ostatnio na sposób i w przerwach między zabiegami rzęsy podkręcam zalotką! :-) I wiecie, że efekt po pomalowaniu rzęs jest prawie taki sam! A koszt jednorazowy zalotki do rzęs to jakieś 30-40 złotych. Warto! Warto, bo skoro nawet mój Mąż mi ostatnio wypalił tekst: „A Tobie rzęsy urosły czy jak?!” to znaczy, że efekt zalotki ma sens :D A 2 miesiące temu zrobiłam sobie też mieszankę oleju rycynowego z olejem arganowym i wieczorem nakładam je na rzęsy przed spaniem – dziewczyny! Jest moc! Rzęsy są grubsze, mocniejsze i jakby dłuższe. Polecam!

4. Suchy szampon (ewentualnie odrobina skrobi ziemniaczanej) i czepek pod prysznic

Od kiedy mam dzieci jestem baaardzo pragmatyczną osobą :D Zresztą, brak czasu na wszystko wymusił na mnie to, że skracam i upraszczam wszystko na każdym kroku. I śmiejcie się ze mnie, ale bywają dni, podczas których ja naprawdę nie mam czasu umyć głowy. Może z umyciem czas by się jeszcze znalazł, ale porowatość moich włosów sprawia, że suszę je kwadrans! Dramat!

Dlatego w sytuacjach awaryjnych, czyli średnio raz na tydzień stosuję suchy szampon, którym spryskuję głowę, chwilę odczekuję i dokładnie rozczesuję włosy. Szampon zawiera skrobię, która pochłania wilgoć i nadmiar sebum, dzięki czemu włosy są świeższe i bardziej puszyste. A niedawno miałam sytuację podbramkową i oczywiście, że jak na złość okazało się, że ten „dinks” od spray’u jest zepsuty! :D Dlatego czym prędzej udałam się go kuchni, wzięłam 1/5 łyżeczki mąki ziemniaczanej i nakładałam ją na grzebieniu. Włosy były jak nowe! ;-)

Dodam tylko, że odkąd pod prysznic czy do wanny zakładam na głowę czepek, który włosy chroni przed wilgocią, to fryzura o wiele dłużej utrzymuje się w ryzach! Z moimi włosami jest tak, że jak mają kontakt z wilgocią, to jest już dramat. Szopa na głowie gwarantowana! ;-)

5.  Peeling do ciała!

Ja jestem maniaczką peelingowania ciała. Jest to uważam jeden z najważniejszych rytuałów, dzięki któremu pobudzamy naszą skórę do odnowy naskórka, co ma realny wpływ na to jak ta nasza skóra wygląda. Pisałam Wam już o szczotkowaniu ciała na sucho. Szczególnie zabieram się za to jesienią i zimą, bo moja skóra na ciele wymaga wtedy reanimacji! Ale autentycznie wymaga reanimacji, bo zmiana temperatury powietrza i moja niedoczynność tarczycy nie idą w parze i moja skóra wygląda wtedy fatalnie. Dlatego na ile czas pozwala przy trójce szkrabów, robię co mogę i nie tylko szczotkuję ciało na sucho, ale również bardzo dokładnie je peelinguję. Twarz traktuję zazwyczaj peelingami enzymatycznymi, bo mam skórą wrażliwą, dlatego mechaniczne ścieranie jej nie służy, ale już do ciała śmiało mogę używać kosmetyków z grubymi drobinkami. Zdarza mi się zaszaleć i zrobić domowy peeling z cukru, oliwy i np. fusów kawy, ale skubany tak mi brudzi wannę i prysznic, że później przeklinam, że się na to porwałam! Ale znalazłam zamiennik, który nie tylko genialnie ściera naskórek, ale robi to lepiej niż dotychczasowe moje mieszanki. Może sekret tkwi w rodzaju drobinek i składników towarzyszących? Pewnie tak! Skoro jesteśmy przy faworyzowaniu polskich marek, co mi bardzo się podoba, to obczajcie ekspresowy peeling do ciała od Miya, który nadaje się też dla kobiet w ciąży, bo ma bardzo bezpieczny skład. Zawiera: różowej glinkę, kryształki cukru i soli, olejki z owoców dzikiej róży, kokosa i ze słodkich migdałów. Kupicie go tutaj.

Partnerem postu jest marka Miya Cosmetics.

On ratuje też moje kolana, pięty i łokcie. Na dłonie też jest idealny. To po nich najszybciej widać jak bardzo suchą mam skórę.

Kochane, podrzućcie koniecznie Wasze ostatnie kosmetyczne odkrycia! A ja pędzę do moich szkrabów, które ostatnio podczas swoich harców w wannie dorwały się do mojego koszyka z kosmetykami. Tata ich pilnował, żeby nie było! Wiecie co po ich ataku zostało? Koszyk tylko :D

P. S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu  Możecie też go podać dalej. Dziękuję! :*

Podobne wpisy