Przywilej, z którego może korzystać KAŻDA mama i nie powinna się tego wstydzić❗

napisała 02/11/2018 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

Pamiętacie pierwsze tygodnie Waszej pierwszej ciąży? Ja je doskonale pamiętam. Kiedy na teście ciążowym zobaczyłam drugą kreskę, nogi miałam jak z waty! Najpierw było niedowierzanie i ponowne czytanie instrukcji, którą trzymałam w trzęsących się dłoniach. Kiedy zorientowałam się, że dobrze ją interpretuję, zaczęłam zastanawiać się, czy ta druga kreska, aby na pewno jest właściwie wybarwiona ;-)

Dopiero po pewnym czasie ochłonęłam i wiedziałam już, że to wszystko prawda. Że moje życie wkracza na kolejny pułap i muszę się do niego odpowiednio przygotować!

Po pierwszych minutach niedowierzania radości mojej nie było końca!

Miałam ochotę rzucić się mojemu Mężowi na szyję, ale jak na totalnego świeżaka przystało, nie wiedziałam nawet, czy … mogę skakać! Nie czytałam poradników dotyczących ciąży. Nie czułam wtedy takiej potrzeby, dlatego pierwszy trymestr ciąży był dla mnie wielką niewiadomą. Krok po kroku zapoznawałam się na nowo z moim ciałem. Jego potrzebami, które cały czas się zmieniały. Hormonami, które zaczęły we mnie buzować.

Kiedy udałam się na pierwsze badanie USG moją radość nagle przysłonił strach. Ogromny, zaciskający gardło, sprawiający, że dłonie lekko się pocą a serce wali jak szalone. Pamiętacie Wasze pierwsze emocje towarzyszące Wam przed pierwszym badaniem USG?

Ja pamiętam, że bardzo się bałam. Strach mnie dosłownie paraliżował. Zapytacie:

– Ale Szczęśliva! O co się niby bałaś, zamiast się cieszyć, skoro na teście zobaczyłaś dwie kreski?!

A ja bałam się o to, czy na pewno zobaczę bijące serduszko tego małego człowieka. Bałam się o to, czy jest zdrowe. Czy wystarczająco dbałam o siebie przed ciążą i w pierwszych jej tygodniach. Już podczas każdego kolejnego badania starałam się okiełznać moją nadwrażliwość i spróbować skierować moje myśli na pozytywne tony. Często mi się udawało, ale przyznam, że wieczorami miewałam różne myśli. Przepełniała mnie ogromna miłość do jeszcze nienarodzonego dziecka a jednocześnie nie wiedziałam, co nas czeka. A przecież tyle się mówi o wszelakich nieszczęściach…

Kiedy mój pierworodny Syn się urodził, poczułam ulgę. Radość wielką przede wszystkim, ale poczułam w końcu, że zszedł ze mnie ten ciężar, którym był dla mnie sam poród. Mój pierwszy, stresujący, podczas którego trzęsłam się na stole operacyjnym jak galareta.

Te pierwsze sekundy, gdy czułam ciepło policzka mojego Syna i miałam jego maleńkie ciałko w moich objęciach, były jednym z najcudowniejszych momentów, jakie czuje chyba każda mama.

Pamiętacie Wasze pierwsze wspólne chwile już te „po drugiej stronie” brzucha? Na samą myśl o nich mam łzy w oczach <3 Czekałam na jego pierwszy krzyk z przejęciem, a kiedy pani położna powiedziała, że jest dobrze, to odetchnęłam z ulgą.

Nie za długo trwała moja pełnia szczęścia, bo później zaczęły się wizyty lekarzy i po każdej z nich miałam coraz większe oczy. Moje dziecko było w 100% zdrowe, a jednak miałam wrażenie, że atmosfera, którą otaczał mnie personel, zamiast mnie uspokoić, to coraz bardziej gęstniała! Nieudane próby dostawiania małego do piersi i niektóre panie położne, które wywracały oczami twierdząc, że „mam tak okazałe piersi, a nie chcę z nimi współpracować”, sprawiały tylko, że zaczęłam się autentycznie bać, czy jestem w stanie wykarmić moje dziecko! Jedna z wizyt z neonatologiem i sugestie sugerujące, że pani neonatolog dawno nie widziała dziecka z takim wzmożonym napięciem mięśniowym, tylko powiększyła mój strach o to, co będzie po wyjściu ze szpitala.

Dopiero po powrocie do domu zaczęłam rozumieć, że to nie tędy droga!

Że zarówno ja jak i dziecko mamy czas na to, aby się rozumieć i dostrzegać nasze potrzeby. Wszak wszystkiego trzeba się nauczyć i nie ma potrzeby wymagać od siebie znajomości wszystkiego już na samym początku. Z tamtego okresu pamiętam jednak ciągłą troskę. Ciągle pojawiające się pytania, czy aby wszystko robię dobrze. Czy dbam o zdrowie mojego dziecka, tak jak się ode mnie oczekuje.

Kiedy zaczęłam spotykać się z innymi mamami i wyszłam z domu, w którym czułam się najbezpieczniej, zrozumiałam, że każda mama tak ma – każda mama czuje strach. I ja go czuję, przecież nie jestem żadnym wyjątkiem…

Każdy z naszych strachów jest inny, choć w pewnym sensie wspólny i zmienia się jak w kalejdoskopie. Moimi największymi strachami są teraz te związane ze zdrowiem moich szkrabów. Ile ja bym dała, abyśmy cieszyli się wszyscy zdrowiem! By moje dzieci omijały przeziębiania i choroby, które wytrącają nas wszystkich z rytmu! Każdy pobyt moich dzieci w szpitalu był okraszony moimi łzami i martwieniem się o to, kto z nimi zostanie, kiedy mój Mąż byłby na jednym ze swoich wyjazdów :(

Pewnie doskonale wiecie, co mam na myśli i domyślacie się, co czuje każda mama, która widzi nad dzieckiem widmo szpitalnego łóżka :( Jeden z naszych pobytów w szpitalu spędziłam na podłodze, pod szpitalnym łóżkiem mojego Syna opierając głowę o moją torbę próbując przykryć się dziecięcym kocykiem, który dostałam od pan pielęgniarek. Nawet nie marzyłam o łóżku, bo karimata byłaby wtedy dla mnie szczytem marzeń moich…

Każdy upadek mojego Juniora przywodzi na myśl złe wspomnienia, gdy przez przypadek popchnięty przez Starszaka wylądował na drzwiach tarasowych, i dopiero po chwili się zorientowaliśmy, że jego głowa jest cała we krwi i jedynym słusznym wyjściem będzie jak najszybszy telefon po pogotowie. Wszystko na szczęście dobrze się skończyło, a jednak ogromna blizna na jego małej główce przypomina mi o tym, że to nasze zdrowie i życie są takie kruche…

Dlatego tym bardziej do dzisiaj pamiętam jedną z aluzji, którą ktoś zupełnie bezmyślnie rzucił niedawno mimochodem w moją stronę:

– Czego się tak boisz? Masz trójkę dzieci. To masz zapas w razie czego. Bać to się mogą mamy jedynaków a nie Ty!

A wtedy osunął się grunt pod moimi nogami i nie szczędziłam słów w mojej dosadnej ripoście!

Dziewczyny, wiem jedno! Mamy pełne prawo bać się o nasze skarby. Nie musimy się tego wstydzić! Naturalnym jest, że każda kobieta troszczy się o swoje dzieci. Każda z nas drży na myśl o tym, że mogłoby się coś stać tym, których kochamy tak mocno.

Pamiętajmy jednak o jednym:

Nasza w tym rola, aby te nasze strachy oswajać.

Ja też staram się je trzymać moje strachy w ryzach i dbam o to, aby nie przesłoniły mi rzeczywistości. Nie jest łatwo, ja to wiem. Ubezpieczenie LINK4 Mama pomaga mi oswoić niektóre moje strachy i niepokoje, które codziennie mnie odwiedzają. One zmieniają się jak w kalejdoskopie! Chciałabym, aby moje dzieci zawsze widziały mnie uśmiechniętą, gotową do działania, a nie zatroskaną. To dla nich i dla siebie również dbam o to, aby przeć do przodu, nie poddawać mimo przeciwności. 

LINK4 Mama, aby oswoić nasze macierzyńskie strachy, przygotowało dla dzieci specjalny pakiet ubezpieczeń LINK4 Dziecko, które daje wsparcie i zapewniają nam i naszym dzieciom więcej spokoju. Znajduje się w nich ubezpieczenie NNW (Następstw Nieszczęśliwych Wypadków) dla dziecka, Assistance Zdrowie zapewniający konsultacje telefoniczne z pediatrą, gdzie można zadzwonić pod dedykowany numer telefonu i będzie czuwał pod nim pediatra mający dyżur 24/7. Organizowane są również wizyty ze specjalistami w dogodnym dla nas miejscu i terminie, a LINK4 Mama pokrywa aż 50% kosztu takiej wizyty.

Assistance Szybka Pomoc w pakiecie LINK 4 Dziecko umożliwia dostarczenie leków po nieszczęśliwym wypadku lub nagłym zachorowaniu dziecka, a nawet dostarczenie sprzętu rehabilitacyjnego po nieszczęśliwym wypadku. A gdy dziecko nagle zachoruje i nie będziemy mogły iść do apteki – to wystarczy, że zadzwonimy na dedykowany numer i dedykowany opiekun przyjedzie do nas po recepty, wykupi leki, pokryje ich koszt (do 250 zł) i dostarczy je nam do domu. Dotyczy to również sprzętu rehabilitacyjnego – opiekun dostarczy i pokryje koszty do 1 tys zł. W ramach Assistance Szybka Pomoc są nawet organizowane korepetycje dla dziecka i pokrywany jest ich koszt w przypadku jego zachorowania, trwającego dłużej niż 7 dni lub nieszczęśliwego wypadku Co dla mnie ważne LINK4 Dziecko pomaga również w organizacji i pokryciu kosztu łóżka szpitalnego dla rodzica, o co teraz tak trudno wiem z własnego doświadczenia…

Nie wiem, jak Was, ale mnie kwestie ubezpieczeniowe zawsze na początku przerastają, bo ja z tych osób, dla których słowo „ubezpieczenia” wiąże się z papierologią i mnóstwem „kruczków”, dlatego bardzo się ucieszyłam, że mogłam skorzystać z intuicyjnego kalkulatora, dzięki któremu wybrałam interesujące mnie opcje i „uszyłam” dla nas wszystkich optymalny pakiet, który odpowiada naszym potrzebom. Z kalkulatora możecie skorzystać tutaj.

Mogę się domyślać, że każda z nas matek czuje strach, jednak życzyłabym nam wszystkim, abyśmy tych strachów miały jak najmniej.

By udawało nam się je odpychać od siebie i oswajać! Nie bójmy się bać, to żaden wstyd. To nasze prawo, jednak  postarajmy się cieszyć naszym macierzyństwem, które jest jedną z najpiękniejszych a zarazem najtrudniejszym dróg, jakie może przygotować dla nas życie! <3

#NieBojSieBac Partnerem postu jest LINK4 Dziecko.

A co u Was budzi Wasze największe strachy? O co drżycie najmocniej, co spędza Wam sen z powiek i sprawia, że policzki macie mokre? Podzielcie się ze mną Waszymi doświadczeniami w komentarzu na blogu, tuż pod tym wpisem. Wasze najbardziej wzruszające matczyne strachy chcemy ukoić razem z LINK4 Mama świetnymi nagrodami, m.in. walizkami i ramkami na zdjęcia, w których zatrzymacie Wasze niezapomniane chwile.

Czekam na Wasze komentarze :* Regulamin tutaj.

Kochane, strach jest nieodłącznym elementem naszego zatroskanego, matczynego życia. Jednak starajmy się  te nasze strachy oswajać, nie pozwalać im przytłoczyć nas swoim ciężarem. Cieszmy się naszym macierzyństwem i dzieciństwem naszych szkrabów <3

P. S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu   Możecie też go podać dalej. Dziękuję! :*

Partnerem postu jest marka Link4.

Podobne wpisy