7 rzeczy, jakie robię dla zdrowia, dzięki którym ja i dzieci mniej chorujemy!

napisała 21/02/2020 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

Wiele z Was w ostatnich tygodniach pisze do mnie w temacie zdrowia przy okazji dzieląc się ze mną Waszymi świetnymi patentami i zmianami, jakie wprowadziliście, dzięki którym lepiej się czujecie, mniej chorujecie a Wasze dzieci szybciej wychodzą z przeziębień. Duża piąteczka! Tak trzymajcie!

I u nas w ostatnim roku nastąpił wielki progres! Oczywiście, że jak to się mówi: „Nie od razu Rzym zbudowano!”. Małymi krokami wprowadzałam drobne zmiany, które doprowadziły nas do punktu, w jakim jesteśmy obecnie. Nie wszystkie były łatwe do „zaimplementowania”, jak to się mówi w języku technicznym. ;-) Część z nich wymaga większych poświęceń, ale może o tym później. Ciekawa jestem, czy któreś z tych zmian Wy też wprowadziliście? Koniecznie podzielcie się ze mną Waszymi odkryciami i decyzjami dotyczącymi zdrowia :-)

No to lecimy z tą moją listą MAŁYCH-WIELKICH zmian!

1. Duuuuuża dawka ruchu!

Nasz ostatni wypad w Bieszczady to była jedna wielka spacerowa wyprawa :D. Ja myślałam, że pospaceruję sobie pomalutku po bieszczadzkich szlakach z dziećmi grzecznie idącymi przy mnie :D, a tu się okazało, że oni wolą się tarzać po śniegu, biegać pomiędzy drzewami i eksplorować każdy zagajnik! :D Matko! Ja byłam padnięta po każdym naszym spacerze :D. Ferie zimowe nie były pod kątem odpoczynku dla mnie łaskawe, oj nie :D

Ale to duży plus dla zdrowia moich dzieci – potrenowali te swoje małe organizmy! Wróciliśmy wszyscy zdrowi i w świetnych humorach.

P.S. Ja wraz z M. byliśmy przy tym totalnie padnięci! :D

2. Ograniczyłam mięso, a mięso dla dzieci staram się pozyskiwać z dobrych źródeł.

Wiem, że dla niektórych z Was ograniczenie mięsa w diecie to fanaberia. Ja też kiedyś byłam w punkcie, w którym wydawało mi się, że dieta bez mięsa nie ma smaku, jest nijaka, wybrakowana, a ludzie niejedzący mięso na siłę szukają problemu tam, gdzie go nie ma. Ja z moim mężem nie jemy mięsa od ponad dwóch tygodni. Nie z powodów ideologicznych a zdrowotnych. Po obejrzeniu kilku wartych uwagi filmów (jak np. The Game Changers) i zapoznaniu się z badaniami naukowymi podjęliśmy decyzję, aby wykluczyć mięso z naszego menu. Ale bez zbędnej ideologii i bez zarzekania się, że jak nasz znajomy poda steka argentyńskiego, to nim pogardzimy :-) Wiecie, że już po 5 dniach ciśnienie krwi mojego M. spadło z wartości ok. 150/90 a nawet 160/90 do 120/80?! Zmiana była ogromna i stała się wielką dla niego motywacją, aby utrzymać ten stan.

Z kolei w temacie moich dzieci – moje dzieci są bardzo wybiórcze w temacie jedzenia i tutaj zmiany będziemy wprowadzać bardzo stopniowo, najpierw zachęcając ich m.in. do roślin strączkowych. Gdybym Starszakowi zabrała nagle „kanapeczkę z szyneczką”, to byłby to dla niego kataklizm. A mojemu Juniorowi „kurczaczka ze skórką” to by się chyba na mnie obraził do końca świata ;-). Dlatego dzieci te zmiany na razie nie dotyczą. Jedyne czego się trzymam, to mięso pozyskuję dla nich o dobrym składzie i z dobrych źródeł. Tyle akurat mogę i tyle robię.

3. Znalezienie pediatry, który patrzy na dziecko holistycznie!

Ja wiem, że łatwo jest przepisać dziecku syrop na kaszel, kiedy kaszle, ale pytanie, czy przepisując syrop na kaszel znajdziemy prawdziwą przyczynę takiego stanu, czy tylko na jakiś czas uspokoimy kaszel? Wszak np. przewlekły kaszel może być przyczyną alergii np. na roztocza albo … pasożytów! Jedna z moich znajomych, odkąd pamiętam miała problemy ze swoim synkiem, który notorycznie chorował. Niemalże za każdym razem, gdy do niej dzwoniłam, to była z Adasiem u lekarza albo się do tego lekarza wybierała. Żaden lekarz nie mógł znaleźć przyczyny uporczywego kaszlu dziecka i kiepskiego samopoczucia. Albo jak to powiedziała do mnie Monika niedawno: „Albo po prostu nie zależało lekarzom, aby znaleźć tego przyczynę.”

Odkąd przeprowadziła się do Niemiec niespełna rok temu i został jej polecony pewien pediatra, odtąd wszelkie problemy zdrowotne jej synka zostały rozwiązane! Pediatra, który zajmował się Adasiem był również homeopatą i osteopatą. Nie tylko rozprawił się z jego kaszlem (okazało się, że przyczyną były pasożyty właśnie!), ale również unormowały mu się stolce (dziecko miało „od zawsze” problemy z wypróżnianiem) i przestał moczyć się w nocy i budzić co godzinę.

Przypadek? Myślę, że nareszcie lekarz popatrzył na dziecko jak na całość, a nie próbował leczyć jeden organ.

Tak często piszecie mi w mailach, że już nie macie siły do „tego chorowania” Waszych dzieci, jak to określacie. Nie dziwię się Wam! Życzyłabym nam wszystkim, abyśmy trafiali na pediatrów, którzy są lekarzami z powołania, doszkalają się, szukają nowych dróg, nie zamykają się na naturalne metody wspomagania naszego organizmu jak np. ziołolecznictwo czy homeopatia. Tacy lekarze mają szersze spojrzenie na pacjenta, każdy przypadek traktują indywidualnie. Ważne są dla nich różne aspekty zdrowia takie jak dieta, emocje dziecka, sen, codzienna aktywność. Głębsza znajomość pacjenta pozwala lepiej postawić właściwą diagnozę, po prostu znaleźć przyczynę choroby. Dobrze jest mieć lekarza, który ma dla nas więcej niż 3 minuty szybkiego wywiadu i znajdzie czas, aby na nasze dziecko spojrzeć całościowo.

4. Miód manuka!

Mój M. twierdził, że „cały ten mój miód manuka może i działa, ale na nim nie muszę jego próbować” :D, aż pewnego dnia przestał radzić sobie z pękającymi skórkami wokół paznokci. Skórki zaczęły mu w grudniu pękać do tego stopnia, że robiły się takie „kratery”, wgłębienia w skórze i nie mógł już nic w dłoni trzymać, bo tak go te uszczerbki w skórze bolały. W końcu wzięłam go na stronę pewnego wieczoru, zaaplikowałam grubą warstwę miodu manuka na zmienione miejsca i nakleiłam plaster, aby zabezpieczył warstwę miodu. Następnie nałożyłam bawełniane rękawiczki. Wiecie, że następnego dnia mógł już normalnie funkcjonować? A po kolejnych dwóch dniach po tych ranach nie było żadnego śladu?! Miód manuka to złoto!

5. Kąpiele solne!

W te kąpiele solne mój M. też nie dowierzał :D Właściwie to za każdym razem, gdy dzieci brało przeziębienie, a ja im fundowałam kąpiele solne, to patrzył na mnie jak na UFO! :D A ja doskonale wiedziałam, co robię. Dopiero kiedy w ostatnią sobotę zaczęły go łamać kości tak jakby na grypę i zaczął mi majaczyć, że chyba go „rozbiera choroba”, a ja wlałam do wanny ciepłą wodę i wysłałam go na 20 minut do wanny, to uwierzył mi, że to jednak … „działa”!

Do wanny ciepłej wody (nie więcej jak 38-40 stopni, bo następnie woda się samoczynnie schładza) wsypałam 1 kg soli (czasami wsypuję 2 kg, kiedy wody jest więcej) i kazałam mu się moczyć. Po takim seansie w wannie nasmarowałam go maścią rozgrzewającą, kazałam się ciepło ubrać i wskoczyć pod kołdrę. W międzyczasie dostał szklankę ciepłego mleka z miodem i czosnkiem, a później herbatę z ekstraktem z imbiru. Wiecie, że rano nie było śladu po jakiejkolwiek grypie czy przeziębieniu?!

Dzieci kąpię w takiej samej ilości soli, tj. 1 kg soli a pół wanny i trzymam ich maksymalnie w wodzie 15-20 minut. A następnie ciepło ubieram i daję coś rozgrzewającego do jedzenia i picia. :-)

Polecam Wam poszukać soli jodowo-bromowej z okolic Iwonicza, Bochni czy Dębowca. Są genialne! A ta z okolic Dębowca wyglądaj jak lody waniliowe na poniższym zdjęciu, prawda? ;-)

6. Bakterie probiotyczne

Chyba wszyscy już wiedzą, że nasze jelita odgrywają dużą rolę w kwestii naszej odporności. To tam wg wielu naukowców jest centrum dowodzenia naszym zdrowiem i to właśnie poprzez odpowiednią dietę wiele możemy zmienić. Jeśli za Wami trudny czas związany z chorowaniem i np. antybiotykoterapią, to koniecznie zadbajcie o odbudowę flory bakteryjnej Waszych jelit. Najlepszym sposobem uzupełniania flory bakteryjnej o bakterie probiotyczne jest jedzenie np. kefiru czy kiszonek. A jeśli Waszym dzieciom z tym nie po drodze, to rozejrzyjcie się za odpowiednim probiotykiem.

Ogórki kiszone od Babci Marysi wygrywają! ;-) Szkoda tylko, że moje dzieci ostatnio trochę w temacie kiszonek grymaszą. ;-) Jednak nie poddaję się, oj nie!

7. Naturalne syropy

Czasami trudno obejść się bez aptecznych syropów. Wiem coś o tym, bo sama z nich korzystam. Jednak staram się wybierać syropy naturalne, homeopatyczne. W przypadku, gdy infekcja nie rozwija się gwałtownie albo jest bardzo delikatna, to staram się robić domowe syropy. Moje dzieci uwielbiają syrop z cebuli i cytryny, z dodatkiem miodu (polecam Wam cząbrowy i np. fenkułowy), dosypuję zawsze odrobinę cukru, aby cebula szybciej puściła soki, oraz syrop z buraka z dodatkiem miodu, który stosujemy na kaszel. Tutaj znajdziecie mój na niego przepis. Ja właśnie pisząc ten post czekam na mojego M., który zobowiązał się do pokrojenia dla mnie kilku cebul. Ja za bardzo przy tym całym krojeniu ostatnio płaczę. :D Albo trafiłam na jakąś zabójczą cebulę, swoją drogą kupowaną lokalnie u Pana Staszka. :-)

P.S. A co Wy robicie ostatnio w temacie zdrowia Waszych dzieci? Koniecznie dajcie znać, co się u Was sprawdza!

P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post i jest on bliski Waszemu sercu, a także ma potencjał pomóc innym rodzicom, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu   Możecie go też udostępnić. Dziękuję! 

Podobne wpisy