8 ważnych rzeczy, które robię dla zdrowia moich dzieci (na przekór innym!)

napisała 13/11/2019 Varia

Niedawno usłyszałam, że kilka osób uważa mnie za odrobinę ekscentryczną mamę. ;-) Podobno moje podejście do macierzyństwa nie jest standardowe, cokolwiek to miało znaczyć. ;-)

Zupełnie nie przejmuję się tego typu osądami. Dlaczego? Ponieważ wszystkie moje decyzje podejmuję zgodnie z moim sumieniem i zawsze staram się myśleć racjonalnie podpierając się również niepodważalnymi faktami. Nie zgadniecie, jakie kwestie uczyniły mnie podobno ekscentryczną mamą przez te kilka osób. Ciekawa jestem, czy poniższe punkty, które robię dla zdrowia moich dzieci, są zbieżne z Waszymi decyzjami :-)

Dlatego też dzisiaj postanowiłam zbiorczo, a jednocześnie bardzo wyraźnie, powiedzieć Wam punkt po punkcie, co robię dla zdrowia – a często również i życia – MOICH dzieci i co podobno czyni mnie „inną”, „dziwną” i tak dalej! :-) A ja myślę, że te sprawy czynią mnie właśnie całkiem normalną mamą, która twardo stąpa po ziemi i wie, co robi :P

 1. Przewożę moje dzieci w foteliku samochodowym i nie robię od tego odstępstw!

Kilka tygodni temu Czytelniczka Asia napisała do mnie mail z pytaniem, jak ma wytłumaczyć swoim teściom, którzy odwożą jej syna codziennie do przedszkola, że dziecko nie tylko należy posadzić w foteliku samochodowym, lecz także konieczne trzeba je w nim właściwie zapiąć!

Niestety, teściowie Asi uważają, że dystans do przedszkola wnuka jest tak mały (ok. 5 km), a trasa tak prosta, że nic nie ma prawa się w trakcie drogi dziecku stać.  W tym właśnie momencie gotuję się na twardo i kipię ze złości! Dokładnie rok temu, bo jesienią 2018 roku, dostałam wiadomość od Czytelniczki, której imię chciałabym pozostawić do mojej wiadomości. Opisała w niej swój ostatni pocałunek w policzek z synkiem, któremu jednego dnia odpuściła zapinanie pasów w foteliku samochodowym, bo cały dzień marudził i nie chciała przechodzić z nim kolejnej awantury. Kilka minut później podczas wyjazdu na drogę główną samochód ciężarowy zahaczył o tył jej samochodu. Synek wypadł przez boczną szybę. Sytuacja skończyła się tragicznie. :(

Dlatego ja zawsze przewożę moje dzieci w fotelikach samochodowych – zapięte, bez grubych okryć wierzchnich, z dobrze napiętymi pasami! Dopóki mieszczą się w foteliku tyłem do kierunku jazdy, tzw. RWF-ie, dopóty w nim jeżdżą. Czteroletni Junior jeździł w RWF-ie do 3. roku życia. Starszak, który ma 6 lat, do tej pory jeździ w foteliku samochodowym, a niektórzy zaczęli mnie pouczać:

„Oj, taki duży i jeszcze w foteliku? Daj mu poddupnik, to więcej za szybą zobaczy!”.

Tzw. „podpupników” nie uznaję dla dzieci, które mogą śmiało jeździć jeszcze w fotelikach samochodowych. O tzw. „beltach”, czyli przełączkach do normalnych pasów, nawet nie chcę słyszeć, a są sprzedawane np. w placówkach pocztowych z informacją, że zastępują fotelik. Zupełne nieporozumienie, bo producent nie wytłumaczył jasno, kiedy można o takim awaryjnym wyjściu pomyśleć, tylko sugeruje, że to świetne rozwiązanie dla wszystkich.

KOCHAM = ZAPINAM! Tylko tyle i aż tyle!

2. Podaję do picia moim dzieciom wodę, której NIE słodzę.

Jestem wręcz dumna z tego, że udało mi się przekonać moje dzieci do picia wody, którą uzupełniają płyny w organizmie i gaszą pragnienie. Odkąd piją wodę, a soki są tylko dodatkiem, nareszcie zaczęły lepiej jadać posiłki i apetyt im wzrósł. Moje dzieci doskonale znają smak soków i piją je również (żeby nie było, że im zabieram smak soków, jak niektórzy sądzili :D), ale to woda jest głównym źródłem płynów, jakie dostają każdego dnia.

Teksty typu:

„Dodaj mu troszkę syropu malinowego do tej wody!”

albo:

„Daj mu coś normalnego do picia, a nie tylko wodę, jakby w domu pieniędzy nie było i jakbyś nic innego do picia nie miała!”

były mi dobrze znane. Ale robiłam swoje, a teksty w rezultacie pojawiać się przestały. ;-)

3. Nie zmuszam moich dzieci do jedzenia.

Nie jestem typem rodzica, który będzie stał nad dzieckiem z łyżką czy widelcem, czekając, aż coś łaskawie weźmie ono do ust. Jestem bardzo cierpliwa w tej kwestii i w przypadku „jedzeniowego buntu” z uporem maniaka czekam, aż moi młodzi obywatele zgłodnieją. Nie podaję im też nic pomiędzy posiłkami.

Głód najlepszą przyprawą, dlatego działa u nas najlepiej.

Kiedy piszę ten post, jesteśmy całą rodziną w Bieszczadach, a sytuacja, którą Wam opiszę, miała miejsce nie dalej jak wczoraj. Starszak nie zjadł śniadania. Co prawda miał do wyboru cały bufet, ale postanowił marudzić i finalnie nic sobie na talerz nie nałożył. Ostrzegłam go raz, że to jest jego decyzja, ale obiad będzie dopiero za 5 godzin i będzie mu wybitnie trudno wytrwać do tej godziny. Był nieustępliwy. Musielibyście zobaczyć, jak mu się uszy trzęsły o godzinie trzynastej z minutami, kiedy na stół wjechała pomidorówka, za którą średnio przepada, i filet z kurczaka, który nie należy do jego ulubionych. Kolację zjadł równie szybko, co obiad. :D

W naszym przypadku zasada dotycząca niezmuszania dzieci do jedzenia sprawdza się idealnie. Wiem, że niektóre dzieci to trudniejsze przypadki niż nasze, przez co macie bardziej pod górkę, dlatego chylę czoła. U nas na szczęście głód okazuje się najlepszą przyprawą.

4. Szczepię moje dzieci.

To temat, którego nie unikam i nie czuję potrzeby jego unikania. Przy okazji nie wnikam w wybory innych, choć przyznam, że z moim charakterem bardzo trudno mi powstrzymać się od tego „niewnikania”, jednak staram się. W temacie szczepień jestem zdania, że wolę zapobiegać niż leczyć, i trwam w tym moim przekonaniu. Każde z moich dzieci było szczepione. Z całą moją trójką jesteśmy pod opieką Wojewódzkiej Poradni Szczepień i opiekują się nami cudowni lekarze, którym ufam i w porozumieniu z nimi szczepię moje dzieci.

Teraz dla przykładu moja Gaia jest ponad tydzień po dawce szczepienia na meningokoki. Dla mnie sprawa szczepienia na meningokoki była oczywista, gdyż z bliskiego otoczenia znam przypadek sepsy meningokokowej i nigdy nie chciałabym, aby spotkało to moje dzieci. Dla tych z Was, którzy rozważają szczepienie na meningokoki, ale nie wiedzą, czym one są, to tylko pokrótce napiszę, że meningokoki to nic innego jak bakterie. To właśnie one powodują groźną i niestety inwazyjną chorobę meningokokową, która przebiega najczęściej jako sepsa meningokokowa albo zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych. Sepsa meningokokowa to nic innego jak zakażenie krwi z ciężkimi objawami ze strony wielu narządów. Jej śmiertelność wynosi nawet 30%. Niestety, najbardziej narażone na zachorowanie są dzieci do lat 5  i młodzież w wieku licealnym. :(

Jeśli chcecie się dowiedzieć więcej o szczepieniach na meningokoki, to odwiedźcie stronę PZHwww.wyprzedzmeningokoki.pl. Tam też sprawdzicie, jakie są objawy zakażenia meningokami, aby móc ewentualnie rozpoznać jego objawy. Warto wiedzieć, że przebiega ono niezwykle szybko i jeśli właściwie nie rozpoznamy pierwszych objawów i nie udamy się do szpitala, to finał może być tragiczny. Warto również wiedzieć o tym, że przenoszenie meningokoków odbywa się drogą kropelkową (podczas kaszlu albo kichania) lub przez bezpośredni kontakt (np. pocałunek), dlatego też m.in. przedszkola to miejsca, w których często do zarażenia dochodzi. Dziecko może się zarazić w wyniku kontaktu z bezobjawowym nosicielem meningokoków, rzadziej z osobą chorą, o czym wiele osób nie wie.

5. Pozwalam moim dzieciom się ubrudzić.

Jasne, że w idealnym świecie nasze dzieci chodziłyby całymi dniami czyściusieńkie i pralki nasze w rezultacie musielibyśmy odsprzedawać, bo tylko wadziłyby nam i zajmowały niepotrzebnie powierzchnię płaską. ;-) Ale może zejdźmy na ziemię! :D Prawda jest taka, że w naszym domu pralka chodzi niemalże non stop. Nie ma dnia, żebym jej nie włączyła. Dlaczego?

Może dlatego, że mam małe dzieci w domu? :D A może również dlatego, że jestem zdania, że brudne dziecko to szczęśliwe dziecko. Czyli nie rozliczam moich dzieci za to, jak wyglądają po przedszkolu czy po spacerze. One mają się tam po prostu dobrze bawić, a moja w tym rola, aby nie zakładać im na „poligon” ciuchów wyjściowych, tylko takie, których nie będzie żal później zszywać albo wyrzucać… ;-) Żeby było jasne – moje dzieci nie chodzą brudne na co dzień. One bywają brudne, a ja nie robię im z tego tytułu awantur. :-)

A przy tym nabywają naturalnej odporności poprzez kontakt z różnymi rzeczami, które napotykają po drodze podczas swojej przedniej zabawy. Czy może być lepiej? Nie sądzę! :P

6. Oszczędzam moim dzieciom stresu, nerwów i sytuacji kryzysowych.

Nie jestem typem rodzica, który „piłuje” dzieci i za wszelką cenę zawsze stawia na swoim, pokazując im, kto tutaj rządzi. Choć czasami mogłabym mieć ochotę postawić na swoim. ;-)

Dlaczego ten punkt przyporządkowałam do zdrowia dzieci? Ano dlatego, że to również od zdrowia emocjonalnego i dawki stresu na co dzień zależy to, jak nasze dzieci będą odpierały ataki patogenów i nowotworzenia, które zewsząd je bombardują. Czy to przypadek, że nowotwory u członków mojej rodziny pojawiały się w najbardziej stresujących okresach ich życia? Jest już naukowo udowodnione, że kortyzol (czyli hormon stresu) hamuje zdolności obronne naszego organizmu, który każdego dnia musi mierzyć się z nowotworzeniem i patogenami. Zazwyczaj na co dzień świetnie sobie radzi podczas przeciwdziałania nowotworzeniu, ale w sytuacjach, gdy kortyzol produkowany jest nieustannie, to te zdolności obronne są znacznie mniejsze. Jestem przykładem osoby, u której guz ślinianki powstał wtedy, gdy w moim życiu były zawirowania, które kosztowały mnie wiele nerwów. Między innymi z tego powodu staram się ograniczać moim dzieciom sytuacji stresujących i pozwalam im podejmować niektóre decyzje samodzielnie.

Wiecie, że najwięcej infekcji przechodziłam właśnie wtedy, gdy miałam najbardziej stresujący okres w życiu? To nie może być przypadek. Przechodziłam infekcję za infekcją i nie było widać końca tej sytuacji. Moja internistka kiedyś podsumowała to całkiem trafnie:

„Przestanie pani chorować, jak pani trochę odpuści w życiu”.

I miała rację!

Pozwalam moim dzieciom być sobą, po prostu. Nie zmieniam ich na siłę! :-)

Mogę śmiało podać Wam wiele przykładów. Pierwszym byłoby to, że sami zdecydowali mieć długie włosy i nie chcą ich ścinać na krótko. Rodzina oczywiście oponowała. Niektórzy Czytelnicy nie rozumieli również, dając wyraz swojej dezaprobaty w komentarzach. ;-) A ja, jako ich matka, mówię jedno – a niech oni wszyscy pilnują swoich włosów! Mam nadzieję, że to już jasne jak słońce dla wszystkich, że żyjemy w czasach, w których uprzedzenia, ocenianie na podstawie wyglądu czy szufladkowanie są całkowicie nie na miejscu. :-)

7. Hartuję ich, co spotyka się wśród niektórych z powątpiewającym wzrokiem ;-)

Od niedawna kończymy kąpiel prysznicem z zimną wodą, która doskonale pobudza krążenie i przyzwyczaja organizm do zmiennych warunków. Gdy temperatura za oknem jest niska, to mój M. robi moim chłopcom hartowanie na tarasie. Wypuszcza ich w krótkim rękawku i spodenkach na taras i deleguje ich do 5 minut intensywnych ćwiczeń na zimnie. Są to przysiady, podskoki, „pajacyki”, a następnie wpuszcza ponownie do domu i rozgrzewa. A następnie ponownie robi im taką rundkę ćwiczeń.

Musielibyście zobaczyć minę kilku osób, które zobaczyły moje dzieci w takiej akcji. ;-) Patrzyli na nas, jakbyśmy celowo robili chłopcom jakąś krzywdę. Tymczasem cel jest zupełnie odwrotny! My chcemy im pomóc w tym, by ich organizmy dobrze radziły sobie w zmiennych warunkach, o które nietrudno jesienią i zimą w szczególności. ;-)

8. Stawiam moim dzieciom bańki.

Stawiam je im i mojemu mężowi nie tylko profilaktycznie (robiąc je wieczorem przez 2 tygodnie co drugi dzień), ale również wtedy, gdy obserwuję pierwsze objawy przeziębienia. Używam baniek bezogniowych (szklanych i plastykowych). Początki stawiania baniek były wyzwaniem, bo dzieci na początku się ich bały, jednak kiedy przemieniłam stawianie baniek w zabawę i anonsowałam temat zdaniem:

– No dobra, kochani! To który chce pierwszy poczuć, czy jak dotknę bańką jego pleców, to zacznie ona unosić jego ciało?!

Wiecie, tego typu teksty, które zaciekawiają dziecko i przestaje ono skupiać się na samym stawianiu baniek, a próbuje wyczuć, czy np. jego ciało w tym czasie unosi się ;)

W jaki sposób stawianie baniek pomaga? Wśród lekarzy stosujących z powodzeniem tę metodę, spotkałam się z wyjaśnieniem, że postawienie baniek powoduje przekrwienie skóry w miejscu ich postawienia, czego następstwem jest zwiększony dopływ krwi, a co za tym idzie – napływ komórek immunologicznych i wzmożone działanie układu odpornościowego.

Ciekawa jestem, czy działacie podobnie do mnie w temacie zdrowia dzieci, a może dorzucilibyście do tej puli coś jeszcze, co się u Was sprawdza?

I może tak na koniec, a wiem, że wielu z Was zapewne przybiłoby mi piąteczkę w tej kwestii: gdyby każdy z nas robił to, co do niego należy, nie interesując się nadto tym, na co wpływu nie ma (jak np. życie innych ludzi), to jakże piękny byłby ten świat, prawda? :D ;-)

P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu  ❤ Możecie go też udostępnić, jeśli utożsamiacie się z moimi wyborami :-) Dziękuję! :*

Podobne wpisy