Pamiętam jedynie 6 zachodów słońca …

napisała 11/11/2013 Szczesliva po godzinach
zachód 4

Uwielbiam ten moment, gdy Słońce chowa się za horyzontem. Nie ma znaczenia czy jest to nad morzem, w górach, w mieście, czy też ostatnie promienie słońca przedzierają się przez gęsto posadzone pnie drzew w lesie.

Jednak tylko kilka zachodów Słońca utkwiło mi w pamięci, i gdy próbuję je sobie odtworzyć, pamiętam dokładnie każdy szczegół: z kim byłam, jak byliśmy wtedy ubrani, jakie emocje temu towarzyszyły, tęczę kolorów mam dokładnie rozrysowaną przed oczami.

Lato 1995 Jarosławiec – moi rodzice, mój brat i ja – taras widokowy, stalowe zielone barierki, schody betonowe, kilka muszelek w prawym rogu podestu. Mój Tata miał wtedy na sobie biało-niebieski dres z trzema paskami, jakże wtedy modny ;-) Moja Mama włos rozpuściła i mówiła cały czas o tym, żebym nie zaczepiała Mateusza i dała mu spokój. Ja miałam na głowie boską opaskę, trzymającą w ryzach moją rozjaśnioną lwią grzywę.  Ahh, te nasze twarze spalone od słońca, i moje prawe ucho spalone najbardziej ze wszystkiego co się rusza po Ziemi, zresztą odstające bardziej od lewego – co denerwowało mnie przez całe dzieciństwo :-D Oglądaliśmy ten zachód Słońca i co chwilę ktoś wchodził w kadr aparatu – miałam ochotę ich wtedy wszystkich kopnąć – takie miałam potrzeby w tym wieku… Niezapomniane wakacje, zresztą między innymi dlatego, że mewa zrobiła ładne kuku na mojej mamy głowie. P.S. Tato, gdzie są foty z tamtego okresu! Ten zachód słońca był fioletowo-niebieski, a morze było tak granatowe, że aż nierealne!

Wrzesień 2008 Porto, Portugalia – postanowiłam wybrać się na plażę sama. Niestety po portugalsku ani słowa nie pamiętałam, oprócz obrigada, czyli dziękuję. Portugalczycy z angielskim są na bakier, przynajmniej Ci, których miałam okazje mijać na ulicy. Wsiadłam w pierwszy lepszy autobus, który obierał kierunek w stronę zachodzącego słońca. Postanowiłam zakupić bilet u kierowcy. Kierowca potrafił tylko ładnie się uśmiechać – łamaną angielszczyzną powiedział, że pojadę za friko, bo on drobnych nie ma aby wydać resztę z dziesięciu euraczy. Dojechałam na pętlę, która była przy samej plaży – plaża zupełnie pusta, z widokiem na ocean, of kors. Usiadłam na największym kamieniu w okolicy i zaczęłam marzyć. Chwilo trwaj, pomyślałam. Następnego dnia leciałam do Paryża, układałam sobie w głowie plan zwiedzania. O, spadł mi aparat na piasek – paskudne drobinki były wszędzie! Zachód słońca był żółto-granatowy, gdzieniegdzie pojawiały się pomarańczowe akcenty. Wyczyściłam aparat i poszłam piechotą do domu. Udało mi się znaleźć zdjęcie z tego wieczoru, niestety tylko jedno [aparat nadawał się do generalnego czyszczenia] w dodatku niewyraźne. O zdolnościach fotografa pomilczmy wspólnie ;-) 

Porto

Styczeń 2010 Faro, Portugalia – tak, znowu Portugalia! Muszę chyba porozmawiać z moim M. abyśmy tam się wybrali. Tam nas jeszcze razem nie było, prawda? Faro w styczniu to średni pomysł, ale kto by nie poleciał w dwie strony za 2 brytyjskie funciaki? Są takie linie lotnicze, których nazwy nie trzeba wymawiać, co to udają, że nie chcą na nas zarobić. I tym razem na mnie nie zarobiły. Przyleciałam do Faro o 20.45 a wyleciałam z niego 7 godzin później, w sam raz by zobaczyć zachód słońca :-) Godzina 20 z minutami, a ja leeecę sobie i obserwuję niebo. A tam czerwień, fiolet, trochę błękitu jeszcze zostało, i granat! Przejmujący granat nieba… Cabin crew, we are ready for landing! Ja jeszcze zdążyłam na szybko cyknąć fotę nieba, zresztą wbrew przepisom, i zamknęłam oczy – jak to zwykle robię przy lądowaniu.

Faro

Marzec 2011, Palma de Mallorca, Hiszpania – linie, o których wspomniałam wyżej, postanowiły zabrać mnie na swój pokład w podobnej cenie, i jak tu nie skorzystać? Dzień wylotu, walizka spakowana, jeszcze 3 godziny do odlotu. I co tu robić? Jak to co! Morze 2 km od lotniska, jedziemy! Tuż przy morzu stalowa ławeczka, deski niestety albo porwało morze albo ktoś postanowił z nich zbudować tratwę. Statki w oddali i ciiisza, którą raz po raz przerywał szum fal.

Palma

Październik 2011  Mykonos, Grecja – przyjechaliśmy z moim Mężem do Hory, aby popatrzeć na zachód Słońca. Dzielny, stary skuter, dowiózł nas całych i zdrowych. Już wiało chłodem – nad morzem te chłodne podmuchy wiatru są bardziej odczuwalne.  Ach te szesnastowieczne wiatraki! To jest mykonoski trademark ;-) Cudownie wspominam tamten wieczór, po wspólnej kolacji złożonej z greckich specjałów zachód słońca był idealnym uwieńczeniem dnia.

Mykonos

Listopad 2013, Kraków – wybrałyśmy się z moją siostrą na krótki spacer. Niedobra agentka nie chciała wyściubić nosa z domu, ale udało mi się ją przekonać;-) Uff. Wiecie czym? Lizakiem! A nie mówiłam, że to glukoza pcha nas do wyjścia z domu? Musi być jakiś króliczek, którego trzeba gonić, inaczej marne szanse na powodzenie ;-) Wybrałyśmy trasę wzdłuż Plant, w stronę Wisły. Tak, i to był ten moment! Zza wysokich traw [tak, są takie w środku miasta!] przedzierało się słońce, jakby chciało nas przebić swoimi promieniami! Młody spał w nosidle a my podniecałyśmy się pięknem tego momentu. Okay, no dobra, to głównie ja byłam podekscytowana. Moja siostra tylko patrzyła na mnie z niedowierzaniem i ganiała z aparatem na moją komendę ;-)

zachód 2

6 zachodów słońca, sześć silnych wspomnień. Wiecie co? Chcę więcej takich zachodów, które będę pamiętać!

Podobne wpisy

  • pierwsze i ostatnie zdjęcie przebija wszystkie :) cudowne, słoneczne i ciepłe wspomnienia :D

    • gdybym musiała wybierać to też byłoby to pierwsze i ostatnie zdjęcie! :-)

  • Kobieta w eleganckim wieku

    Wspaniale jest czytac o zachodach slonca wspominanych przez swoje dzieci, gdy wsrod zapamietanych jest chociaz jeden ogladany wspolnie z Nimi.
    Dziekuje moim dzieciom za kazdy,ktory spedzilam z Nimi i za kazdy, ktory pamietaja ze mna