5 rzeczy dla zdrowia dziecka, które każdy rodzic powinien mieć w domu.

napisała 15/01/2019 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach, Varia

Jako mama trójki już dzieci mam wrażenie, że lista niezbędnych rzeczy, które zawsze mam w domu, czy to w apteczce domowej czy podróżnej, jest już stała! Uff ;-)

Całkiem dobrze pamiętam jeszcze czasy, w których domowa lub podróżna apteczka naszego pierworodnego syna była tak opasła, że w końcu przestała się dopinać a w rezultacie zamiast apteczki zorganizowałam sobie całą torbę „niezbędnych” rzeczy, których i tak nigdy nie używałam ;-) To najprawdopodobniej wynikało z niepotrzebnego panikowania i dmuchania na zimne. Ale same wiecie, jak to może być na początku naszej rodzicielskiej drogi ;-) Zanim nabędziemy doświadczenie, to minie trochę czasu ;-) Mi to zajęło hmmm… jakieś 5 lat ;-)

Na szczęście teraz już tak nie panikuję, ale zawsze mam w domu żelazny zestaw, który ratuje mnie i dzieci z wielu opresji! Bardzo jestem ciekawa Waszych apteczkowych niezbędników dla maluchów i bardzo chętnie zrobię z nich szerszą listę, także śmiało możecie podrzucać w komentarzach Wasze typy! Nie napiszę dzisiaj o takich oczywistościach, jak np. paracetamol czy ibuprofenum, które chyba każdy rodzic ma w apteczce, ale raczej o rzeczach mniej oczywistych, bez których ja nie wyobrażam sobie funkcjonowania/chorowania moich brzdąców!

No to lecimy z tym koksem! ;-)

1. Odciągacz do nosa!

To jest urządzenie na miarę jakiejś nagrody! Też macie takie wrażenie? Czasy gruszek do nosa trudnych w czyszczeniu chyba już bezpowrotnie minęły. I w sumie dobrze. Od jakiegoś czasu mamy czasy odciągaczy do nosa – takich do odkurzacza lub z ustnikiem. Majstersztyk! Jestem zwolenniczką zarówno jednej jak i drugiej opcji. W domu najchętniej używam odciągacza z końcówką do odkurzacza, ale bardzo dbam o to, aby nie przesadzić z za częstym i za mocnym odciąganiem kataru. Można się zagalopować w tym oczyszczaniu odkurzaczem i np. uszkodzić śluzówkę nosa maluszka, jeśli końcówkę przyłożymy za blisko śluzówki i damy za dużą moc odkurzacza [tak kiedyś załatwiłam mojego Starszaka … :( ] Można też doprowadzić do nadprodukcji wydzieliny, jeśli zbyt często będziemy odciągać katar. Tutaj trzeba rozważnie podejść do tematu.

Z kolei na wyjeździe preferuję odciągacz z ustnikiem, bo rzadko kiedy ktoś ma na podorędziu zbędny odkurzacz, który zostawi nam w hotelowym pokoju na wypadek konieczności oczyszczania nosa ;-)

A odciągacz w połączeniu z wodą morską lub wodą termalną to jest coś, co mam w domu zawsze na wierzchu a w apteczce podróżnej jest obowiązkowo! Nie zliczę, ile razy byliśmy na jakimś odludziu, na drugim końcu świata, gdzie nagle w środku nocy zalała jedno z moich dzieci fala kataru. Byłam wtedy uratowana!

Plus do tego maść majerankowa i bywa, że katar znika po 3 dniach, o ile nie jest to jakaś grubsza sprawa… Też używacie odciągaczy do kataru? Też musicie natrudzić się i stosować tysiące sztuczek, aby uniknąć dziecięcego płaczu? ;-) Matko, bywa, że to dla moich dzieci tragedia! Tylko Gaia podchodzi do tematu ze stoickim spokojem ;-)

2. Synbiotyk w kroplach

Ilość sytuacji w 2018 roku u moich dzieci, gdy niestety musiał wejść do użycia antybiotyk, wcale nie była taka mała, jak prognozowałam w połowie zeszłego roku :( Chyba za szybko pochwaliłam te moje brzdące, bo listopad i grudzień 2018 u nas to była jakaś masakra. A grudzień tak nam dał do wiwatu tuż przed samiuchnymi świętami, że calusieńka nasza piątka … skończyła z antybiotykiem i ledwo powłóczyliśmy kończynami … :(  Ale było – minęło!

Tylko starszaka (i to też nie zawsze …) udaje mi się przekonać do kiszonek, które uzupełniają florę jelitową o dobre probiotyczne bakterie, szczególnie po antybiotykoterapii. Niestety Junior i Gaia nie chcą nawet na kiszonki patrzeć, dlatego u nas synbiotyk w kroplach to apteczkowy must-have, który uzupełnia brzuszki o te dobre bakterie. Ja stawiam na szczepy bakteryjne Lactobacillus rhamnosus GG a z dodatkiem fruktooligosacharydów stanowiących źródło energii dla tych żywych kultur bakterii, dodatkowo umożliwiających tym kulturom bakterii lepszą adaptację w jelitach i szybsze namnażanie, to jest komplet idealny.

Multilac Baby w kroplach mam nie tylko w domowej apteczce i tej podróżnej, ale mam też w mojej torebce. Jest to jedyny znany mi synbiotyk w kroplach, który nie musi być przechowywany w lodówce. A ja jak schowam coś do lodówki, to bywa, że zapominam o tym na amen. Ponadto krople nie zawierają konserwantów, laktozy czy kazeiny, co może być ważną informacją dla wielu rodziców.

Też używacie Multilac Baby w kroplach? Jak brzdące go u Was tolerują? Zbieram opinie i każda jest na wagę złota! Ja go lubię przede wszystkim za to, że ma neutralny smak i dzieciaki mają z nim dobre skojarzenia, dlatego nie muszę stawać na głowie, aby go im podać. To chyba zrozumie tylko rodzic :D ;-)

Piszcie do mnie w sprawie Multilac Baby w kroplach na mojego maila: szczesliva (małpa) gmail.com i dajcie znać, jak się u Was sprawdza!

3. Krem na odparzenia!

Mam w domu 2 żelazne produkty, które nie tylko służą moim dzieciom, ale ja im je również bezczelnie podkradam ;-) Jeden to maść na odparzenia, którą stosuję o każdej porze roku. Nie tylko na miejsca newralgiczne u maluchów pieluszkowych, ale również na ich twarz, gdy jest zimno (nie ma w składzie wody i na to bardzo zwracam uwagę przy produktach na mróz i niepogodę, aby wody nie było lub było jej jak najmniej). Ale stosuję ją również szczególnie zimą na moje usta (bo suche mam wybitnie!), łokcie i kolana! Działa cuda!

Dzieciaki nie przepadają za maścią, gdy stosuję im ją na twarz, bo wiadomo – jest dość tłusta i się klei. Ale ostatnio wzięłam się na sposób i na ich buzie daję im sztyft z masłem shea, innymi olejami i substancjami pielęgnującymi i oni sobie tę twarz sami już tym sztyftem smarują przed wyjściem na spacer! Jak przed maścią czy kremem uciekali, tak przy sztyfcie nareszcie „nie dają w długą” :D Tylko całkiem chętnie sami sobie buziale smarują. W zeszłym roku miałam nie lada zagwozdkę, bo Junior nabawił się pewnego rodzaju odmrożeń twarzy, bo histerycznie reagował na smarowanie twarzy kremem czy maścią. W tym roku mamy z tym spokój! Dostaje sztyft do łapy i sam sobie mizia nim obficie po buzi. Uff! Ba! Nawet podczas spaceru proszą czasami o „dokładkę sztyftu” i nie zdziwię się, jak jestem jedyną matką, której dzieci proszą o smarowanie buzi kremem w trakcie spaceru :D

Czym smarujecie buzie jak wychodzicie na niepogodę, wiatr albo mróz? Też Wasze brzdące niechętne do smarowania jak moje kiedyś? ;-)

4. Olejek sosnowy i eukaliptusowy!

Jeśli nie macie na podorędziu aromaplastrów (to chyba jednak najwygodniejsza opcja i ja się skłaniam ku niej, gdy katar zalewa moje dzieci szczególnie w nocy), to zawsze, ale to zawsze mam w apteczce olejek sosnowy i eukaliptusowy, który stosuję im wtedy na kołnierzyk piżamy. Nie tylko ułatwiają oddychanie, ale również działają bakteriobójczo/antyseptycznie.

Z olejkami należy uważać, szczególnie jeśli dziecko ma mniej niż rok i ich stosowanie warto wtedy skonsultować z pediatrą. Moje dzieci nie mają inklinacji w stronę np. astmy, dlatego ja mam od pediatry zielone światło na powyższe olejki. Sama też ich chętnie używam i często dolewam kilka kropel do naszego nawilżacza powietrza. Sezon grzewczy w pełni i gdyby nie nawilżacz, to nasze nosy byłyby suche na wiór, a jak wiadomo niestety – im bardziej sucha śluzówka tym podatność na infekcje większa :( Jeśli nie profesjonalny nawilżacz powietrza, to warto chociażby rozważyć pojemniki z wodą na kaloryfery albo rozwieszanie mokrego prania w pokojach. To też pomoże, aby wilgotność powietrza była większa.

Jak dbacie o odpowiednią wilgotność powietrza w domu? Macie jakieś Wasze tajne sposoby?

5. Tran

Ja jestem 100% zwolenniczką tranu. Nie tylko uzupełnia dietę dziecka w kwasy omega, ale również pomaga w tym, aby poziom witaminy D w organizmie był odpowiedni. Co prawda dostałam od naszej pani neurolog ochrzan za to, że podawałam dzieciom tran w środku zeszłego lata, gdy słońca było pod dostatkiem, ale dostałam zalecenie podawania tranu w miesiącach jesienno-zimowych, co zresztą czynię. Patrzę jednak na skład tranu i jak widzę tysiące dziwnie brzmiących substancji z barwnikami, dosładzaczami i aromatami na czele, to omijam je szerokim łukiem. Wybierajmy tran, który ma dobry skład a nie tysiące substancji.

Zdrówka, kochani! Pięknych zimowych tygodni, bez chorowania! Dajcie też znać na mojego maila: szczesliva (małpa) gmail.com, jak u was sprawdzają się powyższe opcje! :-)

P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu   Możecie go też udostępnić swoim znajomym. Dziękuję! :)

Podobne wpisy