7 mitów dotyczących zdrowia dzieci, których nie warto powielać❗️(szczególnie jesienią🍂 i zimą❄️)

napisała 02/11/2020 Varia

Opowiem Wam sytuację sprzed kilku dni. Jest wtorkowe popołudnie, przyprowadzam Starszaka ze szkoły. Na zewnątrz jest dość chłodno, ale bez przesady, bo ok. 12 stopni Celsjusza. Pada deszcz i wieje wiatr. Nic tylko się pod kocem schować i pić gorącą herbatę. ;-)

Już mamy wchodzić do naszego budynku, muszę jeszcze tylko złożyć nasz parasol, co idzie mi opornie, i w drzwiach wejściowych zatrzymuje nas sąsiad, mieszkający bramę obok. Rzuca mimochodem:

– A młody tak licho ubrany?

– Mój „młody”? – dopytuję, bo pytanie totalnie zbiło mnie z tropu.

– No pani młody. Co on taki licho ubrany? (swoją drogą tekst „licho ubrany” muszę zapamiętać :P)

– Panie W. (tutaj padło pełne imię mojego sąsiada). Krótki rękaw, na to bluza polarowa i kurtka softshellowa. Mam go w zimową kurtkę ubierać, jak jest ponad 10 stopni na plusie? Ciepło mu jest, na cebulkę ubrany. Ochroniony od wiatru, polar go grzeje. Lepiej być nie może.

– Wnusia moja szła dzisiaj na spacerek w kombinezonie zimowym i A. się zastanawiała, czy nie przykryć jej jeszcze w wózku owczą kołderką. W końcu ją przykryła.

– Panie W., nie moja sprawa. Ale co A., założy malutkiej, jak będzie -10 stopni zimą?

I tutaj nastąpiło wymowne milczenie. Ciekawe, dlaczego? ;-) Dzisiejszy post piszę z myślą m.in. o tych dzieciach, które przy 10 stopniach muszą w kombinezonach zimowych bałwanka Buli udawać. ;)

Czas zatem na 7 mitów dotyczących zdrowia dzieci, których nie warto powielać jesienią i zimą!

Dlaczego nie warto? Po one zwyczajnie mogą naszym brzdącom przynieść o wiele więcej szkody niż pożytku. Koniecznie nie zapomnijcie w komentarzu dorzucić innych mitów, które już dawno powinny wypaść z obiegu. Tego jest całe mnóstwo, podobno!

MIT NR 1: „Przeziębienie oznacza „piecuchowanie w domu” i leżenie „plackiem pod puchową kołdrą”.

Wiecie, że jako dziecko za każdym razem, gdy jakieś przeziębienie mnie brało (tylko przeziębienie, słuchajcie!! :P), to ja byłam pakowana pod puchową kołdrę (czasami nawet pod dwie kołdry u jednej z moich babć :D) i w ten oto sposób w głównym pokoju, czyli tzw. salonie, rodzice rozkładali dla mnie sofę i przez kilka dni leżałam plackiem pod tą kołdrą, tylko z tym drobnym katarkiem. Donoszone mi były tylko herbatki z sokiem malinowym (o nim też coś będzie w drugiej części postu :P) i jedzenie, a ja tylko czytałam książki na zmianę oglądając telewizję. Po takim „zdrowieniu” przez kilka dni czułam się o jakieś 10 kilogramów cięższa i jakaś taka … słaba? Osłabiona byłam nie tym przeziębieniem, bo czułam się przecież całkiem dobrze ( i starałam się komunikować to rodzinie, ale bezskutecznie :P) tylko tym leżeniem, brakiem ruchu! A że chodziłam w szkole podstawowej do klasy sportowej, to zanim doszłam po tym cały wylegiwaniu się do formy, to mijały tygodnie. :D Nie wiem, dlaczego rodzice i dziadkowie kazali mi leżeć w łożku przy przeziębieniu. O wyjściu z domu przy przeziębieniu choćby na spacer z psem nie było nawet mowy! Dlatego każdy katar był dla mnie koszmarem.

Kiedy moje dzieci mają katar i czują się dobrze, to co prawda nie posyłam ich wtedy do przedszkola i szkoły (taką mam zasadę i ten komfort, że pracuję „u siebie” i to daje mi pewnego rodzaju elastyczność), ale zaliczamy spacery do parku czy do lasu. Odpowiednio ubrani mają odrobinę ruchu i mogą oddychać świeżym powietrzem! Nie widzę sensu, aby przy zwykłym katarze kłaść dziecko do łóżka i ograniczać mu ruch na świeżym powietrzu. U nas sprawdza się wtedy ubranie na cebulkę, do tego kurtka przeciwwiatrowa, softshellowa, i lecimy zdobywać parki! :D

Chociaż powiem Wam, że ubieranie mojej trójki na spacer to czasami jest totalny hardcore! :D Marudzenia przy tym mnóstwo… Zdarza się i u Was? Pocieszcie mnie, że tak. :D

MIT NR 2: „Środki przeciwgorączkowe dodają dziecku sił.”

Kilka tygodni temu jedna z mam zostawiła komentarz pod jednym z postów na mojej „mamowej grupie”, w którym stwierdziła:

„Ja mojej Niuni daję paracetamol profilaktycznie, nawet jak zaczyna jej się katar. On zawsze dodaje jej sił.”

Komentarz taki uważam za szkodliwy, bo jest dezinformujący innych rodziców, dlatego został usunięty ku niepocieszeniu jego autorki. Nie wiem, dlaczego w głowach niektórych osób „paracetamol może dodawać dziecku sił.” Warto zweryfikować swoje poglądy dot. tego rodzaju substancji i warto skonsultować się w tej kwestii z lekarzem.

MIT NR 3: „Probiotyki stosujemy tylko w czasie antybiotykoterapii.”

Nikomu z nas nie życzę, aby nasze dziecko musiało przyjąć antybiotyk. Są jednak sytuacje, w których jest to nieuniknione. Spotkałam się jednak z twierdzeniem [i to niestety z ust osoby, którą bardzo dobrze znam :( ] , że pierwsze dawki probiotyku przy przyjmowaniu antybiotyków są istotne, ale w kolejne dni można już sobie ten probiotyk darować. To duży błąd. Probiotyki powinno się stosować nie tylko w czasie antybiotykoterapii (i to nie wtedy, gdy nam się przypomni, ale codziennie), ale również jakiś czas po zakończeniu przyjmowania antybiotyku w celu wsparcia mikroflory jelitowej.

Jeśli Wasze dzieci mają bardzo wybiórczą dietę, ubogą w probiotyki, a jesteście w trakcie lub już po antybiotykoterapii to rozważcie zaopatrzenie się w synbiotyk, który uzupełni te małe brzuszki o dobre bakterie. Czym jest synbiotyk? Dla mnie to słowo też było obcobrzmiące kiedyś. :-) Synbiotyk to po prostu połączenie probiotyku z prebiotykiem, czyli połączenie tych dobrych bakterii ze składnikiem odżywczym, dzięki któremu te dobre bakterie mogą się rozwijać, aby uzupełnić osłabioną florę jelitową o dobre bakterie.

Od kilku lat w sytuacjach awaryjnych ratują nas krople Multilac Baby, na pewno znacie je w moich postów. Mam je zawsze na wierzchu, moje dzieci akceptują je i nie grymaszą przy podawaniu. O czym warto pamiętać – jeśli Wasze dzieci są „oporne” na przyjmowanie bakterii probiotycznych wraz z jedzeniem, a z Waszych maili wiem, że niektóre dzieci nie przepadają za kiszonkami czy kefirami, to zaopatrzcie się w synbiotyk w kroplach i miejcie go na widoku. Od trzech lat sprawdza się u nas Multilac Baby w kroplach, który wg mojej wiedzy jest pierwszym synbiotykiem w kroplach na rynku. Co dla mnie ważne – nie trzeba trzymać go w lodówce, dlatego ja mam go cały czas na wierzchu i dzięki temu nie zapominam o jego podawaniu. Wystarczy 6 kropli bakterii Lactobacillus rhamnosus GG raz dziennie.

Ja podaję go albo bezpośrednio do buzi dziecka albo na łyżeczce.

MIT NR 4: „Gdy temperatura spada poniżej 20 stopni Celsjusza to jest to moment, gdy koniecznie należy dziecku założyć czapkę, ponieważ dziecko „przewieje” i infekcja gwarantowana!”

Jasne, gdy jesteśmy nad morzem, szaleje wiatr i urywa wszystkim głowy, to można rozważyć okrycie głowy. Jednak kiedy jest słonecznie, temperatura jest wiosenno-letnia, to nie widzę potrzeby zakładania jesiennej czapki. ;-) Tymczasem otoczenie na siłę próbuje nam wmówić, że „czapeczka jest wskazana.” ;-) Któraś z Was ostatnio podesłała świetny tekst, jaki warto rzucić jako ripostę na tego typu uwagę w stronę naszego dziecka. Tym bardziej, że często owa uwaga rzucana jest przez osoby nie posiadające nakrycia głowy w momencie komentowania. :D

Ale za nic nie mogę sobie tego tekstu przypomnieć! Liczę, że mi go przypomnicie w komentarzu, bo był naprawdę dobry! :D

MIT NR 5: „Krople do nosa obkurczające śluzówkę to wynalazek na miarę Nagrody Nobla, dlatego stosuję u dziecka cały dzień, gdy ma katar.”

I przy tym „cały dzień”, czyli często i bez chwili refleksji, bym się właśnie zatrzymała. Wg wielu rodziców krople obkurczające śluzówkę nosa dziecka to zbawienie i podają je dziecku jak najczęściej, aby ułatwić dziecku oddychanie i sen. Tymczasem długotrwałe i bardzo częste stosowanie kropli czy sprayów obkurczających śluzówkę nosa może sprawić, że śluzówka niejako „uzależni” się od substancji obkurczających. Doodatkowo, takie preparaty mogą powodować nadmierne wysuszanie śluzówki nosa. Koniecznie przy tych preparatach poradźcie się lekarza i/lub przeczytajcie dokładnie ulotkę. Tam możecie znaleźć wiele wskazówek.

MIT NR 6: „Podczas infekcji najlepiej polepszają humor dzieciom ciasteczka!”

Nadal pokutuje twierdzenie wśród wielu rodziców, że „cukier krzepi” i sprawia, że dzieci w czasie infekcji są mniej marudne, kiedy dostaną batonika, ciasteczko, bo to zastrzyk energii. Pytanie tylko – jakiej energii jest to zastrzyk? Niektórzy jeszcze twierdzą, że:

„Moje dziecko jest niejadkiem i jak dam mu ciasteczko, to przynajmniej wiem, że coś zje.”

Pytanie tylko, czy to nie jest błędne koło? Bo jest już potwierdzone naukowo, że nasza dieta wpływa na nasze zdrowie, a cukier dodawany do produktów może sprawić, że krwinki białe nie są tak aktywne w walce z patogenami. Zatem, czy warto podawać dzieciom słodycze codziennie i czy mogą one stanowić podstawę diety? Odpowiedź nasuwa się sama.

MIT NR 7: „Gorąca herbata z sokiem malinowym – to panaceum na wszystko. Sok malinowy leczy!”

Wg wielu rodziców podawanie herbatki z sokiem z malin to najszybsza droga do wyzdrowienia. Pytanie tylko z jakim sokiem z malin. ;-) Bo gdy spojrzymy na skład sklepowych soków z malin, to te maliny stanowią tam jakiś niewielki procent. Ja stawiałabym na soki malin z własnej produkcji, dodawane do nie za gorącej herbaty, z dodatkiem domowej roboty esencji z imbiru. Super wygrzewa! :-) Te sklepowe specyfiki często zawierają śladowe ilości soku z malin, natomiast w składzie takich soko-syropów dominuje syrop glukozowo-fruktozowy. :(

Ciekawa jestem jeszcze innych mitów dotyczących zdrowia dzieci, z którymi się spotkaliście! :-) Koniecznie napiszcie o nich w komentarzu. :-)

P.S. Mam nadzieję, że udało mi się Was odrobinę zainspirować dzisiejszym wpisem. Będzie mi bardzo miło, jeśli podzielicie się nim z innymi. Dziękuję! :-)

 

Materiał powstał przy współpracy z USP Zdrowie.

Podobne wpisy