Pod koniec czerwca dostałam wiadomość od Klaudyny. Wiernej Czytelniczki, która sama się tak nazwała i przy okazji przyznała, że czyta mój blog już 8 rok odkąd zaszła w ciążę z córką. Klaudyna czasami pisze do mnie, gdy jej się uleje. No i tego 20 czerwca chyba jej się ulało. :-) Czytałam i płakałam ze śmiechu. Ale też trochę ze zgryzoty. Bo temat jest gruby. Klaudyna zgodziła się, żebym Wam go podrzuciła. Lecimy.
Cześć, Szczęśliva!
Znasz mnie – zawsze z ukrycia, z cienia, bez flesza. Ale nie mogłam już wytrzymać i muszę się wyżalić.Bo mam wrażenie, że niektórzy rodzice w klasie mojego dziecka to… sztywniacy poziom NASA.
I nie chodzi mi o to, że noszą garniaki na zebrania. Chodzi o to, że oni się tak bardzo spinają tym rodzicielstwem, że zniknęła im gdzieś zwykła ludzka interakcja. A dialog? Zapomnij. Jakbyśmy mieli wszyscy podpisany NDA, że żadnych uczuć, żadnych emocji, żadnych propozycji poza emoji „👍”.Przykład?
GRUPA WHATSAPP – 1C
Ja: Hej! Może zrzutka po 15 zł na prezent dla pani z okazji Dnia Edukacji?”
🔇 Cisza.
Ja: Albo może wspólny rysunek od dzieci?
🔇 Cisza 2.0.
Ja: (3 godz. później): „Halo? Jesteście tu? Bo widzę, że wiadomości czytacie, ale nie widzę jakiejkolwiek odpowiedzi.
Rodzic X (na privie): „Wiesz, lepiej żeby wychowawczyni nie czuła się zobowiązana…”
Ja: ZOBOWIĄZANA DO CZEGO? Do posiadania kubka z napisem SUPER PANI?WhatsApp, królestwo szeptanych rewolucji.
Zamiast normalnej rozmowy – szeptanki na klasowych czatach. Zamiast dialogu – emoji. Albo milczenie. Czasem zastanawiam się, czy przypadkiem nie przenieśliśmy wszystkich frustracji świata dorosłych na poziom klasy 1C. I jeszcze zrobiliśmy z tego reality show.
A przecież można inaczej. Można pogadać. Można się różnić. Można nawet się nie zgadzać – byle bez focha, cichych dni i „tego się nie da przegłosować, bo ja nie wiem, kto to zaproponował.”
I jeszcze jedno: zebrania.
Ja wiem, że są potrzebne. Ale poziom napięcia tam można by ciąć tasakiem.
Pytasz o coś? Patrzą na Ciebie jak na kosmitę. Proponujesz coś? Zerkają na siebie z podejrzliwością.Mam jedno dziecko w klasie pierwszej.
Ale czuję się, jakbym weszła na forum dorosłych ludzi, którzy grają w grę „kto się odezwie – ten przegra”.I wiesz co? Mam dość.
Bo dzieci uczą się przez obserwację.
A jak my, dorośli, nie umiemy ze sobą normalnie pogadać – to one też nie będą umiały.Więc mam apel, prosto z serca matki, która nie chce już gryźć się w język:
LUZUJMY GUMKI.
Mówmy, co myślimy, ale z szacunkiem.
Nie wszystko trzeba rozkminiać jak budżet państwa. Czasem wystarczy po prostu napisać „ok, dobry pomysł, wchodzę”.
I może, jak kogoś coś uwiera – to nie trzeba pisać o tym do dwóch innych osób, tylko po prostu odpowiedzieć na wiadomość?Nie jesteśmy w sejmie. Nie jesteśmy w korpo.
Jesteśmy rodzicami dzieci, które mają 7 lat i chcą po prostu przynieść pani laurkę.
Nie róbmy z tego mission impossible.Luzujmy gumki, Rodzice.
Serio. Będzie nam wszystkim lżej. Dzieci to widzą, czują i kopiują. Jeśli my nie umiemy rozmawiać ze sobą – to jak one mają się tego nauczyć?Nie musimy się kochać. Nie musimy się spotykać na winie po zebraniach. Ale możemy się po prostu traktować po ludzku.
Bo to tylko szkoła. To tylko nasze dzieci.
To aż nasze dzieci.Pozdrawiam z dystansem i kubkiem herbaty –
Klaudyna (matka Jedynaczki z klasy 1C, co się uczy, jak nie być mamą-sierżantem).”
PS. Klaudyno – dziękuję! Ten tekst to złoto. :D A wszystkim rodzicom (i sobie!) życzę… więcej luzu. I mniej WhatsAppowej dyplomacji. I jak nie wiesz, jak zareagować – napisz po prostu: „To jak się dzielimy? Ja mogę ogarnąć kartkę.” Tyle wystarczy. A jak nie podoba Ci się jakiś pomysł, to zamiast milczeć, zwyczajnie napisz, że średnio z tym pomysłem rezonujesz. Lepszy taki feedback niż żaden.
PP.S. Jeśli Facebook pokazał Wam dzisiejszy post – zostawcie pod nim proszę kciuk w górę albo serducho. ![]()
To dla mnie znak, że mnie widzicie i że nie znikam Wam z fejsbukowej tablicy.



