Kiedy pojawiła się na świecie nasza Gaia, dostałam od Was kilka maili z pytaniem o to, jak sobie radzę jako mama trójki już dzieci i czy możliwe w ogóle jest załatwianie swoim potrzeb, kiedy ma się na głowie noworodka i na dodatek jeszcze dwóch chłopców w wieku niespełna 5 i 2,5 roku.
Dziewczyny, które zadały to pytanie, były mamami dwójki brzdąców i pewnie marzyło im się trzecie, ale nie wiedzą, czy ryzykować ;-)
Przyznam, że musiałam się głęboko nad odpowiedzią zastanowić. Zastanowić nie po to, aby ubrać w słowa to, co dzieje się u nas na codzień. Ale bardziej ogarnąć, czy właściwie jest tak dobrze, jak to było w ostatnią sobotę, gdzie każdy był w genialnym humorze, Młoda przespała cały dzień a chłopcy oszczędzili swoich rodziców i postanowili z przerwami pobawić się w pokoju bez kłótni i wrzasków. Czy może jest jednak częściej tak, jak to było wczoraj, gdy postanowiliśmy całą piątką wyjechać z domu i załatwić dwie sprawy niecierpiące zwłoki, gdzie samo przygotowanie dzieciaków, karmienie, przewijanie i uspokajanie sporów zanim opuściliśmy chatę trwało półtorej godziny :-D
Jeszcze nie wyszłam z domu a już byłam zmęczona, serio! :D
Prawda jest jednak taka, że kiedy mam na głowie wyłącznie dzieciaki a nie muszę nigdzie jechać, niczego załatwiać, nie mam w skrzynce mailowej tysiąca maili i nie biorę udziału w żadnych nagraniach, to ogarniam dzień z palcem w tyłku! No w miarę, powiedzmy. Natomiast kiedy do zwykłego dnia dochodzą jakieś dodatkowe wyjazdy, wizyty u lekarza, telefony, spotkania, to ja wysiadam! :D
Jak wyglądał nasz ostatni piątek dla przykładu?
Obudziłam się o 8.00 z minutami (nie licząc pobudek w nocy, których zaliczam kilka) i pierwsze co, to biorę Młodą na ręce z sypialni, przewijam małego smrodka, karmię w międzyczasie będąc szturchaną przez Juniora, który Już-Teraz chce kaszki! Ale on nie może poczekać! On będzie wiercił matce dziurę w brzuchu wiedząc, że nie rzucę wszystkiego w cholerę i nie zamieszam mu ulubionej kaszki dopóki nie ogarnę najpierw młodej.
A ponieważ ma chłopaczyna charakterystyczny dla chłopców w swoim wieku wyrzut hormonów, to męczydupa z niego straszna i już od rana potrafi dawać w tyłek. Kiedy w końcu zje kaszkę będzie marudził, że nie może znaleźć swojego ulubionego ZygZaka. Za moment wstanie jego starszy brat, którego będę przekonywać do tego, że śniadanie to rzecz ważna i nie można sobie tego odpuszczać. Kiedy po raz n-ty zacznę tłumaczyć, w końcu ulegnie i zje odrobinę trzymając się po aktorsku na brzuch twierdząc, że ma „boleści” z przejedzenia :D
Zaczną się chłopcy bawić, mój M. zrobi śniadanie, albo śniadanie zrobię ja i zaczyna się klasyczny dzień. Najpierw zadzwoni sąsiad (z prośbą o ratunek), któremu spieprzy się coś w komputerze. Za moment zadzwoni ktoś z rodziny z informacją, że wysiadło mu auto 50 km od Krakowa i trzeba go podholować. Za chwilę dostanę telefon, że nie dostarczyłam księgowej wszystkich faktur. Z wywalonym cyckiem na wierzchu otworzę drzwi kurierowi, który już od dawna sam z siebie ogarnął, że do naszych drzwi się nie dzwoni dzwonkiem tylko cicho puka, aby nie obudzić dzieci.;-) Za moment zapuka kolejny kurier.
W międzyczasie zorientuję się, że Junior wparował do łazienki i zaczął bawić się w Strażaka Sama, który gasi pożar rozniecony na łazienkowych kafelkach, co znaczy że wylał jakieś 5 litrów wody i zrobił sobie z posadzki ślizgawkę. Starszak chciał go powstrzymać przed tym procederem, ale ponieważ sam zaczął się dobrze przy tym bawić, to dołączył do brata :D Cali mokrzy udają, że zbawiają świat.
Kiedy już posprzątam łazienkę, na raty oczywiście, bo młoda zdąży dwa razy zrobić kupsko i trzy razy zaskomleć (chociaż zazwyczaj dobra z niej dziewucha, tylko przylepa straszna) to zacznę obierać warzywa na rosół. Spróbuję zająć chłopców jakimiś przeplatankami albo kolorowankami, ale Junior (tak, on to jest destruktor) znajdzie moją pomadkę wazelinową i z ciekawości wgniecie ją w sofę. A na pytanie: „kto to zrobił?!” odpowie niewinne:
– Ja to zlobiłem, chcesz powąchać?
:D Powąchawszy ochrzanię małego obywatela i spiszę tę naszą sofę na straty. Zresztą ściany też już spisałam. Nic tylko trzeba będzie po dzieciach zrobić gruntowny remont, tynkowanie i wymianę mebli. O frontach kuchennych nie wspominając, bo niedawno chłopcy bawili się w kuchni w zderzanie samochodami. Matka Polka wybrała sobie fronty z połyskiem :D Durna baba :D
I tak ten dzień mija nam jakoś do wieczora. Czy ja się żalę? Absolutnie! Tak naprawdę w ciągu dnia jest mnóstwo radochy! Co prawda przeplatanej z traceniem cierpliwości, sprzątaniem w kółko tego samego, łagodzeniem sporów i przyklejaniem plastrów na rozwalone kolana i wargi, ale nie zamieniłabym tego na nic innego!
Nawet padając na twarz w nocy o 2 z minutami, mam wrażenie, że mamy z moim M. poczucie, że choć zmęczeni, a momentami przeczołgani przez nasze dzieci i siebie nawzajem, będziemy mieli co wspominać. Tak jak wczoraj, gdy mojemu Juniorowi niewyraźnie się powiedziało jedną kwestię. Przybiegł do mnie do kuchni i krzyknął z radością:
– Mamo, zlobiłem kupę i ją śchowałem!
O mało nie dostałam zawału szykując się na śmierdzącą robotę! Zaczęłam jak durna szukać miejsca, w którym chłopak klocka schował. Po czym okazało się, że on chciał powiedzieć, że ją spłukał, a nie „śchował”, tylko mu się pomyliło :D
Także – urlopuję się dziewczyny! Odpoczywam normalnie ;-) Survival bez trzymanki ;-)







