Nie wiem, jak Wy, ale ja jestem typem kobiety, która często spala się sama w sobie. Niby jestem szczęśliwa, niby wszystko gra i buczy, ale są momenty, w których codzienność zaczyna mnie przerażać i każdy drobiazg urasta do rangi mega problemu.
Bardzo łatwo wytrącić mnie z takiej mojej równowagi, o którą walczę jak lwica. Lubię codzienną jednostajność i wręcz nie znoszę sytuacji, w których jestem zaskakiwana i ta cała moja układanka zaczyna się walić. Bo a to dziecko choruje, a to spada nam na głowę jakiś nieplanowany wydatek, a to dostanę wiadomość od rodziny, która zaczyna mnie niepokoić. Taki ze mnie właśnie wrażliwiec, który za wszelką cenę chce pokazać światu, że wrażliwcem nie jest ;-)
Dlaczego o tym wszystkim w ogóle piszę? Jakiś czas temu dostałam wiadomość od jednej z Was (niestety za cholerę nie mogę jej znaleźć w mailowym archiwum, aby ją zacytować), w której Czytelniczka zadała mi pytanie, które mniej więcej brzmiało tak:
„Jak być lepszą mamą? Jak być mamą, która cieszy się macierzyństwem i jest jedną z tych, które śmieją się szeroko na zdjęciach i wyskakują z rożnych portali całe radosne, cieszące się chwilą z maluchami, nie rywalizujące”.
Czytelniczka napisała też, że macierzyństwo zaczyna ją przytłaczać. Codzienne obowiązki, koleżanki awansujące w pracy i wychowujące czwórkę dzieci, a ona ze swoją dwójką ledwo daje radę. Zapytała mnie, co ma robić, aby ogarniać jak reszta kobiet i co robię ja, że niby to ogarniam.
A ja wtedy cholernie się zamyśliłam, bo miałam wrażenie, że czytałam maila, którego sama do siebie bym zaadresowała jeszcze 2-3 lata temu, kiedy na świecie był mój pierworodny tylko. Styrana, zestresowana, ciągle porównująca się do innych, mająca wrażenie, że jestem we wszystkim gorsza i powinnam ogarniać a wcale nie ogarniam.
Zorientowałam się jednak, że z biegiem czasu, aby mi się szczęśliwiej żyło jako matka moich dzieci i kobieta mojego męża, stworzyłam sobie taki mój mały dekalog, którym kieruję się, aby nie ocipieć.
Oto i on:
1. Chrzanić ciągłe porównywanie się do innych!
Czy to do innych kobiet, czy to innych rodzin – nie ma to znaczenia. Nie obchodzi mnie, gdzie inni latają na wakacje. Na ile zajęć dodatkowych chodzą czyjeś dzieci. W dupie mam to, czy koleżanka przyszła do mnie z torebką za 10 koła, czy kupiła ją w second handzie i nie obchodzi mnie to, kiedy ktoś się buduje, co w sumie również jest moim marzeniem, na które jeszcze sobie poczekam.
Nie ścigam się w umiejętnościach, jakie posiadły moje dzieci. Nie jestem tą, która zaczyna recytować wszystkie skille moich chłopców, którymi mogą przewyższyć rówieśników. Zupełnie obce jest mi jakiekolwiek porównywanie czy chwalenie się czymkolwiek.
Co prawda zauważam gdzieś tam w otoczeniu fakt, że ludzie lubią pokazywać swoje piórka, ja raczej nie posiadam takiego charakteru i nie mam potrzeby rywalizować z nikim i w żadnej dziedzinie. To naprawdę wychodzi mi na zdrowie!
Niech sobie inni rzepkę skrobią a ja buduję mój własny pałac szczęściem zwany. I to mi wystarcza ;-)
2. Wyluzowałam!
Och, jak ja cholernie skutecznie od jakiegoś czasu wyluzowałam! Oczywiście, że spinam tyłek kiedy trzeba i często jadę na 200% mocy. Zdzieram się i ścieram, ale kiedy czuję, że czas spasować i nie zarzynać mojego prywatnego świniaka, to po prostu zwalniam! Bezczelnie zwalniam :-)
I cieszę się, że moje otoczenie to rozumie. Jeszcze w pierwszej ciąży nadskakiwałabym wszystkim naszym gościom czując lekki ucisk w podbrzuszu i czując mdłości, podając a to sałatki, a to kotleciki, a to jeszcze jakieś inne rarytasy.
Teraz, w trzeciej ciąży, kiedy czuję, że fizycznie wysiadam, po prostu wysiadam. Proszę gości, aby sami się obsłużyli i mam nadzieję, że nie czują z tego powodu skrępowania :-)
Dobrze jest ustalać pewne granice naszej wytrzymałości i ta umiejętność, którą nabyłam całkiem niedawno, bardzo mi się przydaje! Nie spalam się w sobie i nie robię za wół pociągowy. Liczę, że towarzystwo i rodzina potrafią to skumać :-)
3. Daję sobie czas!
Jeszcze kiedyś widząc laskę, która po ciąży w ciągu trzech tygodni zrzuciła wszystkie swoje kilogramy i zaczęła na turbopetardzie ćwiczyć z Ewką Ch. czy inną Mel B., to spalałabym się w sobie wkurfiając się na to, że ja jeszcze nie mogę i w ogóle jestem do dupy.
Teraz? Teraz wiem, że pośpiech w moim przypadku nie jest wskazany. Kilogramy muszę tracić krok po kroku, a nie na hurrrra, ćwiczenia muszę wdrażać stopniowo a nie porywać się na bieganie, którego nie cierpię. Zaczęłam rozumieć, że moje ciało już nigdy nie będzie takie jak 20 lat temu a ja mogę dbać o siebie nie czyniąc z tego „dbania” jakiejś religii, która przesłania mi codzienność.
Zaufałam sobie w tym, że nie wszystkich świat rządzi się wyglądam jak z reklamy. Mój świat jest moim światem, który ma służyć mi i mojej rodzinie a nie poklaskowi obcych :-)
4. Pozwalam sobie na pierwiastek zdrowego egoizmu!
Potrzebuję czasu dla siebie. Potrzebuję go i informuję o tej potrzebie innych. Mój mąż wie, że jak raz na jakiś czas nie zostanę w domu sama, to rozniosę siebie, jego i dzieci. Już chyba wie również, że mój samotny wypad gdzieś-tam, nie służy temu, aby odizolować się od obowiązków, a służy mojej zdrowej psychice, o której równowagę muszę dbać, aby nie skrzeczeć do dzieciaków a z nimi rozmawiać.
Pierwiastek zdrowego egoizmu jest potrzebny każdej z nas uważam. Tylko jedne z nas się go wypierają (jak kiedyś np. moja babcia, która dopiero teraz stwierdza, że robiła kuku samej sobie udając, że w sumie to potrzeb to ona nie ma), a drugie z niego korzystają.
Ja jestem tą, która musi z tego korzystać, aby nie zwariować.
5. Zbudować wokół siebie wioskę!
To chyba najtrudniejsze zadanie, które albo dostaje się w pakiecie (jak niektórzy moi znajomi, którzy są rodzicami), albo trzeba o nie powalczyć. Co mam na myśli? Część moich znajomych ma babcie, dziadków i ciocie na podorędziu. Nie muszą nawet prosić o ich pomoc. To naturalne dla ich rodziny, że z przyjemnością wspiera rodziców, którzy czasami wyglądają jak zombie.
Ja z kolei nie mam na wyciągnięcie ręki takiej pomocy. Moi rodzice mieszkają daleko i pracują, a teściowie mają swoje lata i też mieszkają daleko. Zawsze chętnie pomagają, gdy ich odwiedzamy, jednak jeśli na miejscu chcemy mieć chwilę oddechu, to musieliśmy zbudować sobie „wioskę”, czyli postarać się o ludzi, którzy w sytuacjach awaryjnych nam pomagają. Część wioski, to wioska „płatna”, czyli osoby, które dorywczo opiekują się naszymi dziećmi, a część wioski, jak np. nasz sąsiad, to życzliwe dusze, które nie raz już nasz tyłek uratowały! A to w chwili, gdy z jednym z dzieci musiałam jechać na pogotowie, a to, gdy zaczęłam w drugiej ciąży mieć późnym wieczorem bóle porodowe, a mój M. był wtedy w Asutralii i nie było z kim starszaka zostawić.
Tak, zbudowanie małej wioski ludzi, którzy pomagają wtedy, gdy tej nagłej pomocy potrzeba, to jeden z tych kroków, do których trudno było mi się przełamać, ale wiem, że było warto, bo jestem (jeszcze) przy zdrowych zmysłach! :-)
Teraz wiem, że macierzyństwo zdecydowanie może mniej dawać w kość. O ile tylko o to same powalczymy. Grunt to tak organizować sobie przestrzeń i życie, by nie zgrywać umęczonej a robić częściej za tą „spryciulę”, która cudem wyszła z tego wszystkiego cało! Już wiem, że wiele zależy od naszego nastawienia. Nie ma co się projektować na to, że przed nami lata ciągłej tyrki przy dzieciach. niech ta „tyrka” będzie upstrzona naszym wyluzowaniem i drobnymi przyjemnościami. A co, i nam się należy! :-)
Myślimy podobnie? ;-)
Uściski!







