6 BŁĘDÓW popełnianych (nieświadomie 😱) przez rodziców, gdy ich dzieci CHORUJĄ❗🤒 😱

napisała 16/02/2021 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

Od połowy stycznia co chwilę wychwytuję w Waszych komentarzach, że okres infekcyjny przybiera na sile szczególnie u tych z Was mających smyki chodzące do przedszkola i klas 1-3. Moja Gaia też niedawno spędziła kilka dni w domu, bo złapała katar, ale wybitnie szybko jej minął. Już po dwóch dniach nie było po nim śladu, co naprawdę dało mi do myślenia, że poprzez wielotorowe budowanie odporności u naszych dzieci jesteśmy w mocy wzmocnić ich odporność bardzo mocno i niezwykle szybko mogą się wtedy uporać z infekcjami.

Dzisiejszy post piszę z perspektywy osoby, która w pierwszych latach mojego macierzyństwa nie była wcale bezbłędna w swoich poczynaniach w temacie wspierania odporności dzieci i postępowania w trakcie ich choroby. ;-) Och, nazbierało się trochę tych błędów i chcę się z Wami nimi podzielić. Z Waszych maili wiem, że nie tylko ja popełniałam te błędy, co jest odrobinę krzepiące. ;-) Grunt, że jesteśmy już po tej „lepszej stronie mocy”, prawda?! Zawsze przy postach dotyczących zdrowia liczę na to, że jest szansa, że przeczytają je ci rodzice, którzy stawiają dopiero pierwsze kroki w rodzicielstwie i potrzebują słów wsparcia szczególnie wtedy, gdy infekcja u ich dzieci goni infekcję, a oni chcą zobaczyć światełko w tunelu. To światełko się pojawia, serio! Naszym zadaniem jako rodziców jest nie przeszkadzać naszym dzieciom na tej drodze do zdrowia, dlatego też napiszę o błędach, które w tym wspieraniu zdrowia przeszkadzają. :-) Śmiało możecie do tej listy dopisać inne kwestie, które znacie ze swojego doświadczenia. Bardzo liczę na Wasze komentarze. :-)

Oto subiektywna lista 6 błędów popełnianych przez rodziców, gdy ich dzieci chorują.

I nie tylko gdy chorują, bo często jest również tak, że popełniamy te błędy właśnie wtedy, gdy nasze dzieci są zdrowe, ale przez owe błędy możemy obniżyć odporność naszych dzieci i trudniej będzie ich organizmowi walczyć z chorobą.

  1. Przegrzewanie dzieci zarówno poprzez zbyt ciepłe ich ubieranie jak i utrzymywanie zbyt wysokiej temperatury powietrza w pomieszczeniach.

Ja miałam w zwyczaju przegrzewać mojego Starszaka, gdy był mały. Niestety, biję się w pierś. Rajtuzy, na rajtuzy dresy ocieplane, na dresy jeszcze kombinezon. Na górę bezrękawnik, następnie koszulka z krótkim rękawem, na to koszulka z długim rękawem, a na to jeszcze (wszak tak mało tych warstw miał na sobie :P) sweterek, a żeby chłopaka „ugotować” to jeszcze oczywiście na to kurtka ocieplana. A na zewnątrz były tylko 2-3 stopnie powyżej 0, a on ledwo się poruszał, bo umówmy się – był owinięty jak mumia niemalże. Już nie pamiętam, kto mi wtedy przemówił do rozsądku, albo to była moja mama albo mój M. Powiedzieli, żebym samą siebie spróbowała tak ubrać, to zobaczę czy dam radę się w tym poruszać i czy nie będzie mi przypadkiem zbyt ciepło. ;-) Było zbyt ciepło… Niewiele jest dzieci z problemem termoregulacji, którego przyczynę warto sprawdzić u pediatry. Większość dzieci, szczególnie jeśli są w ruchu i mają odpowiednie ubranie, nie potrzebują 10 warstw. Ubieranie na cebulkę też ma pewnego rodzaju granice. :-)

Jeszcze jedno w temacie przegrzewania – utrzymywanie w domu temperatury w okolicach 24-27 stopni, jaką niektórzy lubią, niekoniecznie jest dobrym rozwiązaniem. Często wzrost temperatury w pomieszczeniach wiąże się z niską wilgotnością powietrza, a właściwie z suchością powietrza, a ona nie jest wskazana. Suche powietrze w pomieszczeniach przyczynia się do wysuszania śluzówki, która wtedy jest bardziej podatna na wszelkiego rodzaju patogeny.

Kiedyś nie wierzyłam, że można funkcjonować w domu w temperaturze niższej niż 24 stopnie. Od kilku dobrych lat utrzymujemy temperaturę 20-21 stopni Celsjusza i wtedy czujemy się najlepiej. Na noc zmniejszamy ją do ok. 19 stopni. Zauważyłam ogromną różnicę w wysypianiu się, odkąd zmniejszyliśmy temperaturę pomieszczeń na noc. Dzieci też śpią jakby spokojniej i … dłużej!

  1. Zbyt szybkie zbijanie temperatury.

Byłam kiedyś wielką panikarą i gdy tylko widziałam u mojego Starszaka podwyższoną temperaturę, to wydawało mi się, że właśnie w tym oto momencie muszę mu ją jak najszybciej zbić. Dopytajcie w tej kwestii Waszego pediatry, kiedy jest właściwy moment na zbijanie temperatury, jeśli macie wątpliwości. Moja pani pediatra kiedyś zrobiła mi w tej kwestii wykład i od tamtej pory trzymam się jej wytycznych.

Ja zbijam temperaturę moim dzieciom, gdy zaczyna ona przekraczać ok. 38,5. I to wg wielu pediatrów jest właściwy moment. Niestety, zbijanie temperatury, gdy oscyluje ona wokół 37,5 – 37,8 niekoniecznie jest dobrym pomysłem. Nie bez przyczyny nasz organizm podwyższa sobie temperaturę w stanach infekcyjnych – to jest jego reakcja obronna, dzięki której pozbywa walczy z patogenami. Jeśli mu tę temperaturę niepotrzebnie i za szybko obniżymy, to zmniejszymy również zdolności obronne naszego organizmu.

Wiele kwestii związanych ze zdrowiem dzieci i postępowaniem przy infekcjach uświadomiła mi nasza pediatra, do której mam zaufanie. Zawsze mogę do niej zadzwonić, gdy zachodzi taka potrzeba, i temat skonsultować. Każdą podwyższoną temperaturę monitoruję i zasięgam jej opinii.

To ona nauczyła mnie również wspierać organizm w trakcie gorączki np. preparatami homeopatycznymi. Musiałam przy tym nauczyć się obserwować moje dzieci dlatego, że w homeopatii lek dobiera się do objawów. Dla przykładu – kiedy moje dzieci mają lekką gorączkę, na stałym poziomie podaję im Ferrum phosphoricum, cały czas pamiętając o podawaniu im płynów. Czasami bywa tak, że moje dzieci są zdrowe i nie wiadomo skąd pojawia się wysoka gorączka, jak tydzień temu u mojego Teośka, i zaczyna się nam infekcja, to wtedy stosuję Aconitum napellus. Co ciekawe – w piątek wieczorem pojawiła się u niego gorączka, a już w niedzielę rano, po lekkim sobotnim osłabieniu, był już zdrowy jak ryba…

Natomiast gdy gorączka jest wysoka, dzieci się pocą, są zaczerwionione na twarzy, to podaję Belladonne cały czas pamiętając o tym, że nie wolno dopuszczać do naprawdę wysokiej gorączki u dzieci i we właściwym dla każdego dziecka momencie należy taką gorączkę zbijać.  To jest temat, który zawsze warto skonsultować z lekarzem.

Pamiętajcie też o tym, że nikt Wam nie może odmówić wizyty stacjonarnej u lekarza z dzieckiem do 2 r.ż. W przypadku starszych dzieci niebawem również wchodzi przepis, który mówi o tym, że teleporada jest tylko ostatecznością. Jeśli macie jakiekolwiek zdrowotne wątpliwości u Waszych dzieci, to domagajcie się wizyty stacjonarnej u lekarza.

Warto również pamiętać o tym, że niektóre dzieci borykają się z drgawkami gorączkowymi i wtedy ich rodzice bardzo szybko zbijają temperaturę, aby do tych drgawek nie doprowadzić. Ja przeżyłam jeden taki atak u mojego Juniora i powiem Wam, że nigdy więcej… Na szczęście od tamtej pory to się nigdy nie powtórzyło, ale zawsze jestem podwójnie ostrożna, gdy zbyt szybko rośnie mu temperatura.

Kolejny błąd popełniany przez niektórych rodziców to…

  1. Proszenie pediatrę o antybiotyk, gdy niekoniecznie jest on potrzebny.

Kiedyś wypowiedziała się pod jednym z moich postów pani pediatra, która zasygnalizowała pewien problem. Nie miałam o nim wcześniej pojęcia. Otóż są rodzice, którzy nadal myślą, że antybiotyk jest najlepszym i najszybszym rozwiązaniem na każdą infekcję ich dziecka i mimo że lekarz go nie przepisuje, to oni go wręcz o ten antybiotyk proszą, aby dziecko mogło szybciej wyzdrowieć, a by oni mogli szybciej wrócić do pracy. To jednak jest błędne koło. Trzeba pamiętać, że antybiotyk „zabija” również te dobre bakterie, co nie jest pożądane, dlatego lekarze przepisują go w ostateczności. Poza tym nie wszystkie infekcje leczymy antybiotykiem. To lekarz powinien ocenić i /lub zrobić odpowiednie badania, by móc stwierdzić, że w danym przypadku najbardziej optymalnym rozwiązaniem będzie podanie antybiotyku.

Na szczęście ja już nie spotykam się z lekarzami, którzy przepisują antybiotyki z błahych powodów, choć z Waszych maili wiem, że różnie z tym bywa. Oby jak najrzadziej. Dobre bakterie są nam potrzebne, dlatego tak ważne jest dbanie o florę bakteryjną naszych jelit. Antybiotyki w tym dbaniu przeszkadzają, niestety.

Kolejny błąd to…

  1. Niepodawanie dziecku odpowiedniej ilości płynów, gdy gorączkuje.

To jest wybitnie istotne. Przez to, że kiedyś mój Starszak był oporny i nie chciał przyjmować płynów, gdy gorączkował, wylądowaliśmy pewnego razu w szpitalu, gdyż istniało ryzyko odwodnienia. Dopiero kroplówki nawadniające mu pomogły. Po tamtej sytuacji, która miała miejsce jakieś 4 lata temu, na cel wzięłam sobie nauczenie go regularnego i częstego picia wody. Wodę rozstawiałam wszędzie po mieszkaniu. Po roku moich usilnych prób w celu zaspokojenia pragnienia sięga właśnie po wodę, ale nie ma już również problemu by szklankę wody wypić w ciągu kilku chwil. Śpię spokojniej, serio.

Odpowiednie nawodnienie organizmu ma ogromny wpływ na to, jak organizm radzi sobie z infekcją, szczególnie gdy towarzyszy temu podwyższona temperatura.

Kolejny błąd to….

  1. Nieznajomość naturalnych metod.

Budowanie odporności można porównać do budowy domu. Najważniejsze są fundamenty. Dom zbudowany na  solidnej konstrukcji, przetrwa nawet największy huragan. Identycznie jest ze zdrowiem. Jestem zdania, że dopiero gdy zadbamy o fundamenty naszego zdrowia, to mamy szansę się nim cieszyć przez długi czas.

Dlatego na co dzień staram się wspierać odporność i zdrowie naszej rodziny w naturalny sposób korzystając z tego, co daje nam natura, plus zdrowa dieta i ruch, meeega ważne!

Jak tylko czuję, że łapie mnie infekcja, to zaparzam sobie herbatę z lipy, a gdy odrobinę ostygnie, to dodaję do niej własnoręcznie tłoczony sok z malin. Lipa ma działanie rozgrzewające, napotne, a dzięki temu, że podnosi się nam temperatura ciała, to pocimy się, tym samym schładzamy ciało i wydalamy z niego toksyny.

Przygotowuję również syrop z cebuli i cytryny, dodaję ząbki czosnku, ścieram imbir i zalewam wszystko miodem, a kiedy puści soki, to podaję na łyżeczce w trakcie infekcji.

Z kolei, gdy tylko u moich dzieci pojawia się suchy kaszel to w ruch idzie sprawdzenie, czy wilgotność w mieszkaniu jest odpowiednia. Dodatkowo ostatnio przy suchym kaszlu stosowałam u mojej Gai Drosere, a na katarek podawałam jej Kalium iodatum razem z Allium cepa.

Stosuję homeopatię u nas od dawna, jej działanie stymulujące organizm jest u nas wybitne. Niedawno miałam przyjemność pisać na mailu z jedną z moich Czytelniczek, która mieszka we Francji pod Lyon. Pisała mi o tym, jak wiele zmieniło się w temacie zdrowia jej rodziny, odkąd przenieśli się do Francji i są pod opieką lekarza internisty i homeopaty, który holistycznie patrzy na ich zdrowie i jest bardzo ostrożny w temacie nadmiernej antybiotykoterapii i podawania niezliczonej ilości medykamentów przy każdej infekcji. Monika napisała, że tak jak kiedyś w Polsce chorowali całą rodziną jesienią i zimą właściwie bez przerwy, tak od 4 lat ani razu nie byli nawet przeziębieni, odkąd trafiła po raz pierwszy do tego lekarza ze swoimi chorymi zatokami. Myślę, że wpływ na poprawę jej zdrowia oprócz homeopatii, która ewidentnie zastymulowała jej zdrowie, jak twierdzi, wpływ również mogła mieć zmiana miejsca zamieszkania (vide: np. lepsza jakość powietrza i bliskość morza) i mniej stresów na co dzień. Czasami nie zdajemy sobie sprawy, jak pozytywny wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie może mieć mniejsza ilość stresów i umiejętność radzenia sobie z nimi. Powiem Wam, że odkąd wgłębiam się w temat treningu uważności, czyli mindfulness, odtąd moje życie i stresy z nim związane nie przytłaczają mnie jak kiedyś.

Jeszcze w temacie kataru, bo teraz co dzwonię do rodziny, to słyszę, że prawie każdy zakatarzony! :( Przy katarze polecam Wam również inhalacje z majerankiem! Prawie każdy ma go w kuchni. :-) A jeśli macie dostęp do suszonych młodych szyszek sosny, to warto dorzucić do mikstury również 1-2 łyżeczki szyszek. Zalać gorącą wodą i wdychać :-)

  1. Niedoleczanie infekcji.

To jest niestety duży błąd, jeśli nie udaje nam się doleczyć jakiejś infekcji i już wypuszczamy w świat nasze dzieci bądź samych siebie, z jej „resztkami” tej choroby. To jest to, co pół roku temu zasygnalizowała mi pani internistka podczas tele-porady. Powiedziała to jasno i dobitnie:

Jeśli nie wyleczy tego pani w domu i nie poczeka pani aż objawy miną i zacznie pani podbijać świat na nowo, to niech się pani nie zdziwi jak za tydzień wróci pani do mnie z kolejną infekcją i to wszystko będzie trwało o wiele dłużej.

To prawda. Jeśli nie damy naszemu organizmowi wyzdrowieć i zderzymy go z kolejnymi patogenami w trakcie trwania infekcji (a jest wtedy osłabiony i bardziej na nie podatny…) to jest duże ryzyko, że złapiemy kolejną infekcję. I kółko się zamyka. Nie ma co zgrywać super bohatera. Wiem, że czasami rzeczywistość wymaga od nas pełnej mobilizacji i powrotu do pracy, ale trzeba sprawę przemyśleć, czy nie będzie to skutkowało tym, że w rezultacie rozłoży nas ponownie i dwa razy mocniej, a przy okazji zarazimy również inne osoby…

Konkludując już, kochani, zdrowie mamy tylko jedno, dlatego dbajmy o nie, jak tylko możemy. Niedawno przeczytałam niesamowitą książkę „Zdrowie Doskonałe” – Deepak Chopra, niestety książka jest właściwie nie do zdobycia, ale może gdzieś znajdziecie ją w bibliotekach? Tam zdrowie nasze ujęte jest jeszcze od drugiej strony, często ignorowanej przez klasyczną medycynę. Ale nie chciałabym zdradzać Wam zbyt wiele. Wiem jedno – jeśli będziemy traktować nasze zdrowie jakbyśmy dbali o kolejne nasze dziecko, a nie tylko „przy okazji”, to wiele dobrego się w tym temacie zmieni. :-)

Ściskam!

M.

P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu.  ❤Możecie go też udostępnić swoim znajomym. Dziękuję! :*

Podobne wpisy