6 niezwykle ważnych umiejętności, które powinniśmy pozwolić dziecku zdobyć.

napisała 22/07/2019 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

Nigdy nie zapomnę sytuacji, której byłam świadkiem kilka lat temu. To było upalne lato, ja w zaawansowanej ciąży z moim Teośkiem. Ledwo dysząca i ledwo poruszająca się, jak to często bywa w ostatnim trymestrze ciąży. ;-)

Impreza rodzinna. Gospodyni domu już w bardzo eleganckim wieku, też wybitnie zmęczona upałami, razem ze mną zakończyła rundę dogadzania gościom. Zasugerowałam jej, aby w końcu usiadła i odpoczęła. Przystała na moją prośbę z ulgą. Nie minęła minuta i wchodzi do pomieszczenia jej syn, człowiek w młodym wieku, siada na krzesło, zakłada nogę na nogę i wygłasza wszem i wobec:

– Ach, napiłbym się może herbatki!

Ja zrobiłam wielkie oczy, ale nim zdążyłam się zdziwić tym jego dziwnym obwieszczeniem, jego mama, jak wspomniałam – osoba w bardzo eleganckim już wieku, wstała z krzesła jak torpeda i ruszyła w stronę kuchni z pytaniem:

– Czarnej, zielonej? A może napijesz się yerby?

Syn jej zaczął się głośno zastanawiać, niczym hrabia, który nie może zdecydować, co nakazać swojej służbie, aby mu podano. W końcu zdecydował się na yerba mate. A ja nie mogłam uwierzyć, że to działo się naprawdę. Dorosły facet, który zamiast podejść do kuchni i nastawić sobie wodę w czajniku, wszak zna ten dom jak swój własny, gdyż mieszkał w nim całe swoje dzieciństwo, obwieszcza wszem i wobec, że jest spragniony i czeka, aż ktoś to jego pragnienie ugasi. :D Pamiętam, że zaśmiałam się wtedy głośno i skomentowałam jego zachowanie, na co się trochę obruszył, ale ja dzisiaj nie o tym.

Bo obiecałam sobie wtedy, że NIGDY, przenigdy nie dopuszczę do sytuacji, w której moje dzieci zamiast być samodzielne i „ogarnięte”, jak to się teraz kolokwialnie mówi, to będą czekały, aż ja im przyniosę, podam i pozamiatam. :D

Dlatego też przychodzę dzisiaj do Was z postem, w którym wymieniam 6 niezwykle ważnych umiejętności, które powinniśmy naszym dzieciom pozwolić zdobyć, aby w przyszłości nie tylko one miały łatwiej, ale byśmy również my mieli łatwiej i byśmy mogli być dumni z tego, że nasze maluchy świetnie odnajdują się w tym zmieniającym się świecie!

No, to lecimy z tą listą 6 arcyważnych umiejętności, a partneruje mojemu postowi marka Żywiec Zdrój, która przybija mi piątkę w tej kwestii i dopinguje każdego rodzica.

  1. Umiejętność bycia samodzielnym!

Uważam, że jest to jedna z najważniejszych umiejętności, jakie może dziecko nabyć w dzieciństwie. Ona naprawdę zaprocentuje w przyszłości. Nie do końca rozumiem rodziców, którzy ograniczają dziecku tę możliwość i zamiast uczyć je radzenia sobie samodzielnie w codziennych sytuacjach, to wyręczają je na każdym kroku. Znam rodzinę, w której dzieci nie muszą nic robić. Wystarczy, że będą siedzieć, a mama, babcia, dziadek i tata podadzą do stołu, pozbierają po nich, posprzątają wszystkie okruchy po bitwie ze spaghetti w roli głównej, a gdy dzieciom zachce się pić, to w te pędy biegną ze słomeczką i pytaniem, czy soczek aby na pewno nie jest za ciepły lub za zimny. Przy każdej wizycie w toalecie będą im towarzyszyć, mimo że dzieciaki już szkolne, a przed snem mama z babcią zawsze posprzątają im pokój i poukładają do pudeł porozwalane zabawki. Litości! Czy do łazienki będą chodzić z mamą aż do ukończenia osiemnastego roku życia?! Przecież to zbrodnia w biały dzień na tych dzieciach, które w przyszłości zamiast być samodzielne, to będą miały problemy z najprostszymi czynnościami. ;-)

Jeszcze dwa lata temu sama biegałam na każde życzenie mojego starszaka, ale doszłam do wniosku, że nie tędy droga. Teraz już nie słyszę:

– Mamoooo, woooodyyyy!

A kiedyś to było standardowy okrzyk mojego starszaka, kiedy chciało mu się pić. Teraz sam sięga po wodę i w ślad za nim to samo robi prawie czteroletni Teosiek. Wiedzą już, gdzie znajdą wodę w naszej kuchni. Zawsze mam ją na wierzchu, bo wiem, jak to wszystko ułatwia. Przy trójce małych dzieci mateczka musi sobie usprawniać codzienność, a nie ją utrudniać. Pewnie wiecie, co mam na myśli. ;-) Gaia ma swoją wodę też zawsze w zasięgu ręki i kilka razy w ciągu godziny podchodzi i bierze sobie po łyczku. Kiedy jesteśmy na wyjeździe (a pisząc ten post jesteśmy właśnie na krótkich wakacjach w górach) też mam zawsze trzy osobne wody dla dzieciaków, aby były zawsze na wierzchu i by oszczędzić sobie nerwów z powodu kłótni, że „to moja woda!”, „nie, bo to moja!”, „Mamo, on wziął moją wodę!”. I tak dalej. :D

Co ważne – warto dziecku pozwolić pić wodę samodzielnie. Przecież można oddać mu kontrolę nad łykaniem, nie trzeba tej butelki trzymać kurczowo, aby żadna kropelka nie wydostała się z buzi. ;-) To nic, że się na początku trochę obleje. Nabierze w końcu wprawy!

Chłopcy wizyty w toalecie też już zaliczają samodzielnie. Od dawna potrafią się również już samodzielnie ubrać, choć czasami Teosiek twierdzi przy zakładaniu skarpetek, że nie ma na to siły. :D Gaia ma opanowanie zakładanie sukienek pierwszorzędnie, a ja mam wtedy dodatkowych kilka sekund na wypicie kawy. :D ;-) Tak, picie kawy w ciszy liczę w sekundach. Jeszcze… ;-)

  1. Umiejętność mówienia „NIE” i bycia asertywnym.

Wiem z opowieści mojej mamy, że kiedyś rodzice nie za bardzo przyjmowali do wiadomości fakt, że dziecko może nie podzielać ich zdania. Ba! Często nawet nie chcieli dziecka wysłuchać. Wypowiedzenie przez dziecko słowa „nie” było często jednoznaczne z byciem nieposłusznym, krnąbrnym, niewychowanym. I tym oto sposobem rosło pokolenie dzieci, które bały się często wychylić lub nie zgodzić z czymś. Zabierano im prawo do dyskutowania, analizowania. Kiepsko, prawda?

Mój Mąż jest świetnym przykładem rodzica, który potrafi prowadzić bardzo długie dysputy z naszymi synami. Ja tej sztuki się wciąż uczę, bo jestem typem niecierpliwca. Nie będę ściemniać, że jest inaczej, bo do idealności brakuje mi dość sporo. ;-) Mój M. zawsze wysłuchuje chłopców do końca i zadaje mnóstwo pytań:

– A dlaczego nie chcesz iść do przedszkola?

– A wczoraj mówiłeś, że było świetnie i bawiłeś się z Witkiem. Dzisiaj nie masz ochoty bawić się z Witkiem?

– Wczoraj przyniosłeś dla mnie z przedszkola rysunek robota. Bardzo się starałeś, wiem. Ten jego kask był niesamowity!

I tak od słowa do słowa Ivo i Teodor przekonują się, że jednak chcą iść do tego przedszkola. ;-) Ten sposób delikatnej perswazji świetnie się sprawdza. Ja pewnie wzięłabym jednego na ręce, drugiego na barana i zaprowadziłabym do przedszkola, niecierpliwiąc się i denerwując, że oni mają czelność marudzić. ;-)

Idąc dalej tym tokiem – Mój Ivo nie lubi na przykład szpinaku. Czy ma prawo do tego? Oczywiście, że tak! :-) Ja nie lubię wątróbki, gotowanej marchewki, gotowanego kalafiora. Mam wymieniać dalej? Każdy człowiek ma prawo czegoś NIE lubić, z czymś się NIE zgadzać. Pozwalajmy na to i dziecku, aby miało świadomość, że ma prawo mieć swoje zdanie, choć nie zawsze jest ono słuszne. A to już nasze zadanie, aby mu to wytłumaczyć. :-)

Bycie asertywnym to niezwykle ważna umiejętność, która pozwoli dziecku odnaleźć się w świecie przy jednoczesnym byciu wiernym własnym wartościom. Dla przykładu – dziecko może podzielić się zabawką z innym dzieckiem w piaskownicy, ale przecież nie ma takiego obowiązku. Jako rodzice musimy dziecko uczyć umiejętności dzielenia się, jednak ważne jest, abyśmy wspierali je, gdy ono nie ma ochoty dzielić się ulubionym przedmiotem, którym akurat się bawi. ;-) Ja też nie każdemu pożyczam moje książki. Mam wśród moich znajomych czarną listę osób, które nigdy ich nie oddawały albo oddawały po licznych upomnieniach, i oficjalnie bez skrupułów skreśliłam je z mojej listy do pożyczania. ;-)

 

  1. Nawyk picia wody zamiast słodkich napojów!

To jedna z ważniejszych umiejętności, a właściwie to nawyków, które warto wdrożyć u dzieci. Spokojnie! Ja też byłam kiedyś rodzicem, który w desperacji podawał dziecku soki, bo wydawało mi się, że samej wody to nigdy nie będzie chciało pić. Bzdura! Świetną strategię podrzuciła mi kiedyś znajoma, która przeszła podobną drogę do mojej. Jej córa też kiedyś piła tylko słodkie nektary. Ale każdego dnia Ania rozcieńczała sok dodatkiem wody. Co dwa-trzy dni dodawała tej wody więcej, i więcej. Aż po dwóch miesiącach jej Wiktoria zaczęła pić tylko wodę. Co ciekawe – i apetyt się jej poprawił, a była kiedyś uznawana za totalnego niejadka. Jakim cudem się poprawił apetyt? Ano takim, że kiedy podajemy dziecku słodkie napoje, to cukier zaburza często uczucie głodu i daje dziecku iluzję, że nie jest ono głodne. Tymczasem pijąc samą wodę, nie dostarczamy dziecku niepotrzebnych kalorii, nawadniamy jego organizm, a „potrzebne” kalorie możemy dostarczyć z pożywieniem. :-)

Ja jestem zagorzałą zwolenniczką wody i tego się trzymam przy moich dzieciach. Teraz na wyjeździe Gaia namiętnie pije Zdrojka, który świetnie mieści się w jej małych rączkach, bo jest specjalnie do nich dopasowany. Zamknięcie bardzo łatwo się otwiera i co dla mnie ogromnie ważne – Zdrojek posiada dziubek typu sport-cup :D To jest rozwiązanie z serii „life-saving”, bo nie wiem, czy Wasze dzieci mają tak jak moja Gaia, ale każda okazja do rozlania wody jest dla niej idealna, a ja do pewnego momentu tylko chodziłam z ręcznikiem i wycierałam ślady po niej! :D Woda ma ograniczony strumień, dzięki czemu dziecko bez wysiłku, ale też bez szczególnego ryzyka zachłyśnięcia się może pić samo. Woda Żywiec Zdrój, która jest w Zdrojku, m.in. z racji jej optymalnego balansu składników mineralnych to jedyna woda polecana przez Instytut Matki i Dziecka nawet dla niemowląt i pamiętam, że Ivo i Teosiek, którzy byli karmieni mieszanką na początku, dostawali ode mnie mleko modyfikowane właśnie na niegazowanej Żywiec Zdrój.

Co to były za czasy i kiedy to było! ;-) Początki macierzyństwa z racji moich problemów z karmieniem naturalnym w pierwszych tygodniach wspominam z dreszczem, który właśnie po moim ciele przeszedł, gdy napisałam to zdanie. ;-) Każdy, kto to ma to za sobą, raczej wie, co mam na myśli. ;-)

 

  1. Umiejętność wytyczania granic w kontaktach z bliskimi i nieznajomymi.

To jest coś, czego bardzo intensywnie uczę od jakiegoś czasu moich chłopców, Starszaka i Juniora. Nie tylko uczę ich tego, że ważne jest, aby witać się z rodziną, znajomymi, sąsiadami poprzez standardowe „Dzień dobry” czy „Cześć”, czy aby przepraszali lub dziękowali, gdy sytuacja tego wymaga.

Uczę ich również tego, że nie mają obowiązku całowania cioci czy babci na powitanie, jeśli na to nie mają ochoty.

Dzieci bardzo często są niechętne do obściskiwania, kiedy są zjazdy rodzinne czy imprezy okolicznościowe. Zresztą – kto jest chętny? ;-) Jak najbardziej mogą się przywitać, jednak kiedy nieznana im ciocia biegnie do nich z otwartymi ramionami i ma ochotę złapać ich za policzek w tej całej „miłości”, to ja stoję na straży i próbuję sytuację grzecznie unormować. Dlaczego? Ano dlatego, aby dziecko wiedziało, że na dotyk innych osób trzeba wyrazić zgodę, bez której absolutnie nie może mieć on miejsca. Uczę ich również tego, że istnieje zarówno coś takiego jak „dobry dotyk”, kiedy ja głaszczę ich na dobranoc, całuję w czółko, jak również „zły dotyk”. Żaden rodzic nie dopuszcza myśli, że jego dziecku mogłoby stać się coś niedobrego, jednak pamiętajmy, że jeśli maluchowi nie wytłumaczymy pewnych rzeczy, to nie możemy mieć pewności, że będzie wiedział, jak się zachować czy obronić.

  1. Umiejętność zwierzania się ze swoich problemów i mówienia o nich swoim rodzicom.

Wiem, niektórzy powiedzą, że nie jest to „umiejętność”, ale ja uparcie będę twierdziła, że jednak nią jest, a nawet więcej – że to umiejętność, której warto nauczyć dziecko poprzez budowanie zaufania i świadomości tego, że zawsze będzie wysłuchiwane.

Poruszę tutaj temat, który budzi w Internecie dość duże emocje, ale spróbuję pokazać w nim mój punkt widzenia, a każdy wyniesie z niego, co uzna za stosowne (albo nie wyniesie nic, bo i taka jest opcja). Któregoś razu przyszedł Teodor z przedszkola bardzo markotny. Był płaczliwy, marudny. I taki był przez kilka kolejnych dni. Próbując dojść do sedna problemu, zaczęłam go wypytywać, jak było w przedszkolu. Czy mu się podobało, kto jest jego dobrym kolegą, czy był zdenerwowany, smutny, a może był szczęśliwy. W końcu Teosiek powiedział między słowami, że jest chłopiec, który go w przedszkolu bije i jest od niego silniejszy. Następnego dnia, kiedy mój Mąż zaprowadził Teośka do przedszkola poprosił go o to, aby powiedział, który to jest chłopiec. Teosiek z lekkim zmieszaniem wskazał chłopca, a mój Mąż pozwolił sobie poprosić chłopca, aby więcej nie bił jego Syna. Zdaje się, że mały łobuz zrozumiał, bo sytuacja nie miała więcej miejsca. Mam wrażenie, że Teosiek nie podzieliłby się tą informacją, gdyby nie fakt, że nam ufa. Kiedyś moja znajoma powiedziała ciekawą rzecz:

– Wiesz Magda, dlaczego nigdy nie mówiłam moim rodzicom, że w klasie się ze mnie wyśmiewali? Bo zawsze miałam wrażenie, że jeszcze dostanę od nich jak zwykle „wciry” (tj. lanie), bo to była ich jedyna metoda na to, aby pokazać mi moje miejsce w szeregu. Nigdy nie potrafiłam im zaufać i powstał między nami mur, który istnieje do dziś i trudno go pokonać.

Moje dzieci nie dostają ode mnie klapsów. Nie tylko dlatego, że z zasady nie biję nikogo i niczego za wyjątkiem komarów, much i moli spożywczych ;-), lecz także dlatego, że chciałabym, aby dla moich dzieci rodzice byli pierwszymi osobami, którym mogą zaufać, powiedzieć o problemach czy poradzić się.

Ostatnią już umiejętnością, o której chciałabym Wam dzisiaj powiedzieć (choć jest ich jeszcze sporo!), jest…

  1. Budowanie świadomości, że rodzic nie jest sędzią ani katem, a partnerem dzieciństwa!

Do dzisiaj pamiętam jeszcze jedną sytuację, której kiedyś byłam świadkiem. Dziewczynka dzwoniła do swojej mamy ze łzami w oczach, przepraszając ją za to, że nie udało jej się dostać szóstki ze sprawdzianu i dostała tylko piątkę. Pomyślałam sobie wtedy, jak to możliwe, że kilkunastoletnia dziewczynka musi przepraszać swojego rodzica za to, że dostała piątkę – swoją drogą bardzo wysoką ocenę! Ja nie jestem typem rodzica perfekcjonisty, chociaż mogłabym mieć takie zapędy, bo wobec siebie jestem wybitnie krytyczna. Pamiętam jednak, że moja mama zawsze cieszyła się z każdej mojej czwórki i piątki. Trójka z kolei nie była dla niej powodem do nadmiernej radości i ja też jakoś niespecjalnie się tą trójką chwaliłam, ale zawsze przed sprawdzianem moja mama powtarzała coś w stylu:

– Sama wiesz, ile się nauczyłaś.

I ja doskonale wiedziałam, że zazwyczaj trójka to był efekt mojego lenistwa. :-) A piątka z kolei była efektem albo mojej ciężkiej pracy, albo szczęścia. ;-) Jednak moi rodzice zawsze cieszyli się z moich sukcesów. A niepowodzenia traktowali zupełnie na luzie, to znaczy nikt mi nigdy nie suszył głowy o to, że w liceum nie mam już średniej 5.0, którą z kolei w szkole podstawowej miałam na zupełnym luzie. Dostawałam tyle, na ile sobie zapracowałam.

Wiedziałam tylko tyle, że cokolwiek by się działo, rodzice moi nie będą katami, a raczej będą mnie dopingować do walki o to, aby kolejnym razem było lepiej. ;-)

Ciekawa jestem, czy zgadzacie się z powyższą listą? :-) A może do puli ważnych umiejętności dorzucilibyście coś jeszcze? Koniecznie dajcie znać w komentarzach! :-)

P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post i jest on Wam bliski, to zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu   Jeśli macie ochotę puścić go dalej w świat, ku przestrodze – z góry dziękuję! :*

Partnerem mojego postu, a także dzieciństwa, w którym zdobywanie samodzielności jest naturalną koleją rzeczy, jest marka Żywiec Zdrój. 

#ad

Podobne wpisy