6 rzeczy, które może robić każda mama bez żadnych wyrzutów sumienia!

napisała 23/09/2019 Moim zdaniem, Reklama., Szczesliva po godzinach

Mam często wrażenie, że macierzyństwo to czas, w którym zachodzi wiele zmian nie tylko w nas samych, mamach, lecz także w całym naszym otoczeniu. ;-) Zgodzicie się z tym?

Ba! Co więcej, bywa często tak, że nasze macierzyństwo potrafi wzbudzać w innych tak wiele emocji, że można odnieść wrażenie, że to oni sami chcieliby je za nas przeżyć. ;-)

Pomyślałam sobie, że może uda mi się dzisiejszym wpisem dodać wielu mamom pewności siebie, która jest niezwykle potrzebna szczególnie w tych pierwszych miesiącach (a nawet latach), oraz przekonać je, że to, co robią jako mamy, nie powinno być podawane w wątpliwość przez ich otoczenie!

Stworzyłam zatem swoją listę 6 niezwykle ważnych rzeczy, które powinny być mocno zakorzenione w matczynej świadomości. Nie tylko porządkują one pewne sprawy w naszych głowach, lecz także „ustawiają” we właściwy sposób otoczenie. To nie jest lista ostateczna, oj nie! To lista, która jest tylko wstępem, pewnego rodzaju moim subiektywnym zestawieniem, dlatego bardzo jestem ciekawa, co jeszcze byście do niej dopisały! Bo kwestii, które warto poruszyć, jest zdecydowanie więcej, prawda? ;-)

No, to lecimy! Droga mamo, kobieto, wojowniczko i strażniczko domowego ogniska!

1. Zaufaj swojej matczynej intuicji i przepuszczaj osądy otoczenia przez podwójny filtr!

Myślę, że nie będzie to twierdzenie na wyrost, jeśli napiszę, że każda z nas chce dla naszego dziecka jak najlepiej! Nieba byśmy tym naszym skarbom uchyliły, w ogień byśmy się rzuciły, gdyby zaszła taka potrzeba. Nasze dzieci są dla nas ważne i ich dobro jest dla nas priorytetem, bez dwóch zdań!

Dlatego jeśli twierdzisz, że Twojemu dziecku jest za ciepło, to ściągnij mu tę czapeczkę, którą wzrokiem chce mu zaraz z powrotem założyć otoczenie. ;-) Jeśli uważasz, że podawanie dziecku słodyczy przed obiadem to pomyłka (ja zresztą też tak uważam), to masz prawo ochrzanić osobę, która próbuje Twoje reguły łamać. Jeśli nie masz ochoty, aby Twoje dziecko było całowane przez wszystkie „ciotki” na rodzinnej imprezie i widzisz, że Twojemu dziecku również to nie pasuje, to nie miej skrupułów – zareaguj i zakomunikuj tym osobom, że Twoje dziecko nie jest maskotką do obściskiwania i może nie mieć ochoty na całuśne powitania.

Jeśli otoczenie twierdzi, że jako mama nie masz racji i inaczej powinnaś się zachowywać – weź głęboki oddech, policz do dziesięciu, podziękuj za „dobrą” radę i odpowiedz na czyjeś uwagi zgodnie z tym, jakie masz na dany temat zdanie.

„Założyłabyś mu czapeczkę. Przewieje go” – słyszysz.

„Nie sądzę. Dzięki za radę, ale skoro ja nie mam teraz na sobie czapki, to nie widzę sensownego powodu, aby tę czapkę zakładać mojemu dziecku” – odpowiedz.

„Daj mu batonika. Zasłużył na niego” – słyszysz.

„Moje dziecko nie je słodyczy codziennie bez ograniczeń i w nagrodę. Będę wdzięczna jeśli to uszanujesz. Mogę na to liczyć?” – odpowiedz.

„Ona biega boso? Zaraz wbije sobie drzazgę!” – słyszysz (ja to często słyszę! :D).

„Jakoś wszystkie moje dzieci boso biegały i tylko na dobre im to wyszło, włącznie z prawidłowym rozwojem stopy” – odpowiadam. ;-)

Bądźmy pewne siebie jako mamy. To my – a nie otoczenie – decydujemy, jak wychować nasze dziecko. Dla przykładu – czy ja wtrącam się w to, czy sąsiad prawidłowo karmi swojego czworonożnego pupila? No nie. To dlaczego ktoś próbuje wprowadzać swoje rządy względem moich dzieci? ;-)

2. Nie miej najmniejszych wyrzutów sumienia, jeśli podajesz swojemu dziecku gotowe zupki, dania czy musy w tubkach!

Ostatnio pewna osoba widząc mnie karmiącą moją Gaię gotowym obiadkiem od BoboVita, zrobiła kwaśną minę i skomentowała to wymownie, twierdząc, że za jej czasów to matki gotowały swoim dzieciom, a osobom z mojego pokolenia to się trochę w głowach przewraca.

Czyżby? Zupełnie się z tym nie zgodziłam. Osoba ta miała chyba zamiar wytknąć mi lenistwo i brak umiejętności kulinarnych. Tymczasem powód tego, że moja Gaia bardzo często dostaje gotowe dania, jest zupełnie inny. Dla mnie podawanie Gai gotowych dań ze słoiczka to przede wszystkim oszczędność czasu – żyjemy bardzo szybko, dużo podróżujemy. Wygoda podania gotowego dania, które lubi moja córa, wygrywa po prostu. Ponadto, podając mojemu dziecku gotowe danie, mam pewność, że zostało ono bardzo dokładnie przebadane – powstało z warzyw, mięsa, czy ryby które ktoś skontrolował, czy jest odpowiedniej jakości. Trzecią zaletą jest fakt, że każdy posiłek został prawidłowo zbilansowany – czyli, że zawiera na przykład tyle białka, ile dziecko w tym wieku potrzebuje.

Czy mam pewność, że warzywa i owoce, które kupuję w supermarkecie czy na Starym Kleparzu (naszym lokalnym, krakowskim targu), pochodzą z najlepszych źródeł? Zaczęłam w to ostatnio wątpić, odkąd kupiony na targu pomidor po jednym dniu zapleśniał, a z jabłek, które kupuję, trudno zmyć wosk, którym są one pokryte. Wybierając warzywa i owoce w lokalnych sklepach, nie mamy pewności, że produkty te na pewno będą odpowiednie dla najmłodszych, ponieważ podlegają one normom dla dorosłych, które są znacznie mniej restrykcyjne.

Ogromnie zazdroszczę też  osobom, które mieszkają w czystej okolicy, daleko od szos, z dala od spalin i mogą uprawiać własne warzywa i owoce. Moi Teściowie długo mogli cieszyć się swoimi uprawami, dopóki droga, która biegnie obok ich miejsca zamieszkania, z mało uczęszczanej zrobiła się trasą, po której przejeżdżają tysiące samochodów dziennie. Wtedy uprawianie własnych warzyw stanęło pod znakiem zapytania :( Wielka szkoda.

Dlatego nie miejcie najmniejszych wyrzutów sumienia, podając Waszym dzieciom obiadki czy deserki w słoiczkach. Nas one ratują na co dzień i w podróży! Moja Gaia bardzo lubi dania od BoboVita, a dodatkowo mamy w czym wybierać. Są zarówno dania mięsne, jak i bezmięsne, zupki, drugie dania. Ona uwielbia te z makaronem, bo to „makaroniara”, jak na nią czasami wołam. ;-) Teraz piszę ten post z serca Bieszczadów i mam ze sobą zapas słoiczków, co daje mi pewność, że dziewczyna zje to, czego potrzebuje jej organizm. Bo też niekoniecznie to, co my jemy,  byłoby dla niej dobre – dziecko ma inne potrzeby niż dorosły, rośnie i się rozwija (my to jeśli, to rośniemy w szerz ;-). Gaia swoje posiłki zjada z nami przy stole, ale różnie z tym bywa. ;-) Pewnie wiecie, co mam na myśli – dzieciaki mają swoje pomysły na spędzanie czasu , dlatego często trudno za nimi nadążyć… :P

A jeśli spodziewacie się maluszka lub jesteście na etapie rozszerzania diety albo zastanawiacie się, ile czego dziecko powinno zjadać, to polecam Wam zamówić bezpłatny poradnik żywienia, który ja też sobie zamówiłam. To jest książeczka, w której krok po kroku jest wyjaśnione, jak warto prowadzić dziecko pod względem żywienia. Są też tabele do samodzielnego wypełniania. Bardzo przydatna pozycja. Razem z poradnikiem dostaniecie też danie od Bobovita . Na zdjęciach poniżej zobaczycie, jak to wygląda. :-) Żeby otrzymać poradnik wraz z produktem, najprościej jest zalogować się TUTAJ [klik] poprzez wtyczkę Facebookową – wtedy wypełnienie pól przebiega o wiele szybciej. :-)

Skoro pozbawiliśmy już (mam nadzieję) część z Was niepotrzebnych wyrzutów sumienia z racji podawania najmłodszym gotowych posiłków stworzonych specjalnie dla nich, to kolejną rzeczą, jaką powinna wiedzieć każda mama, jest to, że…

3. Każda mama ma prawo do odpoczynku i nie powinna mieć z tego tytułu żadnych wyrzutów sumienia!

Ja wiem, że łatwo jest mówić! Sama się łapię na tym, że wybija godzina 22.00, a ja orientuję się, że wszystko, co robiłam od rana, było związane z moimi dziećmi i tylko z nimi. Oprócz umycia zębów i pospiesznego zjedzenia posiłków właściwie nic nie zrobiłam dla siebie – że o odpoczynku już nawet nie wspomnę!

Do dzisiaj pamiętam pierwsze miesiące po narodzinach Juniora Teodora. Mój Mąż wylatywał wtedy na długie tygodnie, a ja sama, z dwójką dzieci w domu, miałam ochotę rwać sobie włosy z głowy! Starszak nie chodził wtedy jeszcze do przedszkola, a Teosiek miał kolki okrutne i budził się co chwilę z płaczem. Nocki zarwane w 100% i mój sen, który nie trwał dłużej niż 30 minut ciągiem. Po jednym z przylotów mojego M. próbowałam jeszcze udawać przez pierwsze dni, że daję radę i trwam na posterunku pełna sił – aż do momentu, w którym na jego oczach… straciłam nagle przytomność!

Podczas porannego śniadania osunęłam się na podłogę. To był dla mnie i dla niego znak, że należy inaczej zorganizować naszą codzienność. Ja w końcu przestałam udawać przed całym światem niezniszczalną wojowniczkę, a on zrozumiał, że od tej pory nocki z płaczącym Juniorem dzielimy po połowie. Po dwóch tygodniach odzyskałam siły. Przestałam mieć zawroty głowy. Odzyskałam też humor i radość życia.

Często panowie narzekają na swoje kobiety, twierdząc, że te są marudne, zrzędliwe i „zołzowate”. A czy zadbali o to, aby dać im choć na chwilę odpocząć? Kiedy ja jestem padnięta dzień po dniu, to „nie dziwota” (jak ja to mówię), że jestem dla otoczenia trudna w obyciu, łagodnie to ujmując. ;-) Ale kiedy się wyśpię, o poranku wjedzie śniadanie i kawa, a mój M. da mi pospać dłużej niż zwykle – to ja mogę góry przenosić! A on wtedy uradowany, że wróciła nareszcie jego dawna Magducha! :D

I to nie tak, że my narzekamy na trudy macierzyństwa. To, że daje ono czasami w kość, wszyscy doskonale wiemy. Grunt to nie dać się ponieść tej dołującej fali i mieć obok siebie kogoś, kto zatrzyma ten nasz trudny czas i pozwoli nam się zregenerować.

PS. Wiecie, że ja (prawie) każdego dnia robię sobie 15 minut medytacji? Kiedyś się z tego śmiałam. Jak to – medytować? Oszaleli! Ale robię 15 minut takiej mojej prywatnej medytacji. Zamykam oczy, wyłączam myślenie, to znaczy staram się odepchnąć myśli i skupić na tworzeniu wizji spokoju. Wyobrażam sobie, że jestem nad oceanem, otulona ciepłym wiatrem, patrząca na przemijające obłoki. Dla niektórych to śmieszne. Pewnie i część z Was pomyśli, że Szczęśliva oszalała. :P Ale to nie tak. Ja znalazłam sposób na to, aby oderwać się od pędu dnia codziennego i kiedy chłopcy są w przedszkolu, a młoda jest na popołudniowej drzemce, robię 15 minut pauzy. Wyciszam telefon, odgradzam się od dźwięków i wyciszam się. Działa!

Najlepiej chyba jednak relaksuje mnie pójście na manicure albo pedicure. :D Co ja tam będę ściemniać, że jest inaczej. Kiedy mogę mieć ogarnięte stopy i dłonie – czuję, że fruwam. :D Taka tam moja kobieca próżność. Nie macie przypadkiem podobnie? ;P

Czwartą rzeczą, którą chciałabym powiedzieć każdej mamie, jest…

4. Nie goń od razu za idealną figurą po ciąży. Daj sobie czas!

Kilogramy, które Ci przybyły po ciąży, są często niemałym ciężarem. Wiem coś o tym! Jednym z nas spadają one od razu i naturalnie, bez wspomagania. Innym niestety nie chcą same „spaść”. Po ostatniej ciąży z moją Gaią, dostałam w prezencie ponad 25 kilogramów. Za żadne skarby świata nie chciały się ze mną pożegnać. Dopiero wizyta u diabetologa-endokrynologa mi pomogła, po której usłyszałam, że cierpię na insulinooporność, i dostałam odpowiednie zalecenia.

Ale wzięłam się za siebie dopiero rok po urodzeniu mojej Gai. Wcześniej trudno mi było o motywację. Myślałam zresztą, że już zawsze pozostanę „duża”. Przyszedł jednak czas, w którym powiedziałam sobie:

– Magda, Ty się poddajesz?! Ty? Naprawdę?!

I poszło wtedy z górki. :-)

Ale nie zrobiłam tego dla idealnej figury, a dla zdrowia. Chcąc żyć jak najdłużej, by cieszyć się zdrowiem, trzeba poukładać sobie pewne sprawy, w tym nasze ciało i wagę. Przy czym nie udałoby się to, gdyby nie mój Mąż. To on zawsze mi powtarzał:

– Ale Ty mi się zawsze podobasz. Przecież ja nie kochałem Cię nigdy za szczupłe nogi, tylko za to, kim jesteś.

To było ogromne wsparcie. Pamiętajmy jednak o tym, by nie robić krucjaty o idealną wagę po ciąży. Zadbajmy o nasze zdrowie, jeśli czujemy taką potrzebę i zależy nam na lepszej jakości funkcjonowania na co dzień!

Chciałabym na koniec powiedzieć każdej mamie również o czymś, co bardzo pomaga w macierzyństwie, a do czego często trudno się do publicznie przyznać – a mianowicie o tym, że…

5. Mamy prawo popełniać błędy. Żadna z nas nie jest idealną, poradnikową matką!

Pamiętam, kiedy moja dobra kumpela zadzwoniła do mnie z płaczem, mówiąc mi, że podała swojej rocznej wtedy córce possać kawałek ananasa i ją całą wysypało. Byli w restauracji, w której zamówili jakiś deser, do przystrojenia którego podano kawałek ananasa. Młoda zaczęła wyciągać w jego stronę rączki, a Ania trzymając ananasa cały czas w dłoni, dała dziecku go possać, tj. pociumkać, jak to się po mamowemu mówi. ;-)

Nie minęło kilka minut a młoda cała czerwona na twarzy. Dopiero wtedy Ania skojarzyła fakty i stwierdziła, że winowajcą jest ananas. Teściowa, z którą byli wtedy w restauracji, zrobiła synowej awanturę, a ja żałowałam, że nie mogłam zaserwować riposty, bo naprawdę nie jest trudno o chwilę nieuwagi, zapomnienia – tym bardziej, że nie każde dziecko tak alergicznie reaguje na wszystkie cytrusy. Niby niektórzy pediatrzy zalecają wstrzymanie się z cytrusami do 2. albo 3. roku życia, ale ja nie byłam taka cierpliwa. Moja 1,5-roczna Gaia zna smak mandarynek, ananasa czy grejpfruta. Uwielbia je!

Mamy prawo popełniać błędy jako mamy. Która z nas nie zauważyła w pieluszce tzw. „dwójeczki” i dziecko przez to się trochę odparzyło? Mi zdarzyło się to wielokrotnie. Ktoś chętny, żeby mnie za to biczować? :D Kto podał dziecku za duży kawałek jabłuszka, którym zaczęło się ono troszkę dławić? Moja ręka jest właśnie w górze. Tych błędów popełnimy jeszcze bez liku. Grunt to uczyć się na tych błędach jednocześnie nie dając się oceniającemu otoczeniu zastraszyć. Miejsce dla sędziego jest w sądzie, nie w rodzinie – z takiego właśnie założenia wychodzę, dlatego samozwańczych sędziów tępię srogim wzrokiem i ciętą ripostą, a co. ;-)

6. Noś na rękach, tul, całuj, bądź przy swoim dziecku – do miłości nie da się malucha przyzwyczaić!

Kiedy słyszę: „Nie noś, bo przyzwyczaisz!”, to nóż w kieszeni mi się otwiera. Do bliskości nie da się przyzwyczaić. Ona należy się każdemu dziecku! Ja jestem mamą, która nosi, tuli, nie pozwala się dziecku wypłakiwać. Może według niektórych przesadzam, ale to nie tędy droga. Ja chcę być mamą, której dziecko ma pewność, że może na nią liczyć.

Ja nie chcę dozować miłości wedle danej sytuacji. Nie jestem za zimnym chowem, za uczeniem dziecka odpowiedniego zachowania poprzez dozowanie bliskości, ciepła czy czułości. Ja chcę mieć pewność, że moje dzieci mają we mnie oparcie i wiedzą, że ja jestem dla nich – bez względu na okoliczności. Ot co!

Za każdym razem, gdy słyszę: „Nie noś, bo się przyzwyczai!”, odpowiadam: „Do matczynej miłości nie można się przyzwyczaić. Ona należy się każdemu dziecku”.

I robię swoje! ;-)

P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post i czujecie podobnie, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu  ❤ Możecie go też udostępnić. Dziękuję! :*

Partnerem mojego postu jest marka BoboVita.

Podobne wpisy