Kiedy usiadłam do napisania tej listy, zupełnie nie musiałam zastanawiać się, o czym chcę napisać. Właściwie to mogłabym tak wyliczać bez końca poniższe punkty aż doszłabym do wniosku, że chyba jestem dziwakiem i powinnam zająć się czymś bardziej ambitnym niż pisanie bloga ;-)
No na przykład dziećmi swoimi bym się zajęła (zamiast blogować) – jak to całkiem niedawno ktoś mi próbował zasygnalizować myśląc, że wbije mi szpilunię. A figunia z maczkiem, że tak to ujmę ;-)
Dlaczego w ogóle zabrałam się do napisania dzisiejszych wypocin? Ostatnio bardzo miło wymieniało mi się poglądy z dawną znajomą z liceum, aż w pewnym momencie doszłyśmy do wniosku: „Ja pierdzielę! Myślimy tak samo! Niemożliwe! Hej, a może my w ogóle jesteśmy jakieś takie dziwne, niedopasowane, że robimy wszystko na opak a to właśnie reszta ma rację, a my błądzimy! Weź Magda – sprawdź na blogu, jak to z dziewczynami jest! – dodała A. Może okaże się, że wcale nie jesteśmy inne, tylko ci z którymi przyszło nam się zderzać na codzień po prostu inaczej ogarniają świat.
Ostatnio rzeczywiście spotykam się z dziwnym wzrokiem ludzi dookoła. Zresztą A. wspomniała, że ma podobnie. Podobno istnieją wg niektórych jakieś „standardy” i jeśli ich się nie spełnia, to jest się albo wyrodną matką, albo nudną żoną albo jakimś dzieckiem-kwiatem, które próbuje na siłę pokazać, że jest inne. A bzdura! Już dawno doszłam do wniosku, że życie jest wystarczająco dużym wyzwaniem, aby je sobie dodatkowo na siłę utrudniać. Dlatego trzeba je sobie ułatwiać, segregować po swojemu, niemalże zaczesywać na swoją stronę, tak aby było nam przyjemniej, szybciej czy łatwiej.
No to lecimy z tym koksem!
1. Rzadko gotuję regularne dwudaniowe obiady i często posiłkuję się zdrowszymi gotowcami albo kupuję na wynos.
Be, be, niedobra ja! Dla niektórych to profanacja, a dla mnie konieczność! To nie jest tak, że ja chlubię się tym, że zamiast gotować, to kupuję gotowe rzeczy. Ja bym chciała mieć tyle czasu, aby móc pichcić, trącać chochlą i napierdzielać w palniki każdego dnia. Ale nie ma takiej czasowej opcji. Po pierwsze, jeśli gotuję to tylko szybkie półgodzinne dania. A po drugie – kuchnia nie jest moim królestwem. Gdybym miała wybierać, to zdecydowanie wolę przebiec się po pierogi do zaprzyjaźnionej pierogarni niż tłuc je z namaszczeniem jak mama mojego Męża. Ja nie jestem (jeszcze?) na tym etapie, że kuchnia to mój dom, wbrew niepocieszeniu niektórych osób, które mnie znają ;)
Dlatego nie zapraszam do siebie na pierogi, gołąbki, nie trzaskam pięćdziesięciu potraw wigilijnych i nie mam z tego tytułu kompleksów, że nie ogarniam tej kuchennej mistyczności. Natomiast chętnie zaproszę na zajebistą włoską pizzę domowej roboty – to jedyne, co robię chyba lepiej od reszty kobiet w mojej rodzinie :P
2. Jeśli ktoś z rodziny czy znajomych palnie jakąś głupotę albo będzie silić się na bycie alfą i omegą i spróbuje mnie ustawiać, to szybko przekona się, że nie ze mną te numery.
Kiedyś stałabym pewnie jak to cielę i nie potrafiłabym się postawić bojąc się, że albo ze starszymi nie wypada się konfrontować, albo że nie mam argumentów. Po czasie doszłam jednak do wniosku, że jeśli ja nie postawię wyraźnych granic, to czy mnie kochają czy nie, będą próbować deptać mój trawnik, bo ludzka natura jest taka, że pójdzie tak daleko, jak jej na to pozwolimy.
Już nie pozwalam na wszystko i z dumą kontruję. Szkoda czasu na czekanie aż ktoś sam się domyśli.
3. Najpierw załatwiam swoje sprawy, a później dopiero zaangażuję się w pomoc innym.
I to nie dlatego, że nie lubię pomagać, tylko wiem, że specyfika mojego zajęcia i to, co robię na codzień polega na tym, że za cholerę nikt nie zrobi tego za mnie. Dlatego jeśli zaangażuję się na innym polu nie zrobiwszy swoich sprawunków, to moja działka będzie kulała. Nikt mi z dobrej woli nie przyjedzie i nie popilnuje dzieci, ani nikt nie ogarnie moich zawodowych obowiązków. Dlatego najpierw koncentruję się na swoich priorytetach a później w ramach wolnego czasu angażuję się w priorytety innych.
To była największa zmiana, jakiej dokonałam w ostatnich latach i w końcu nie obrywam po dupie i nie robię sobie tyłów, tylko twardo stawiam warunki i oczekuję zrozumienia ze strony otoczenia.
4. Mam marzenia i głośno się do nich przyznaję.
Ponadto nie wstydzę się marzeń materialnych. Nie lubię tej udawanej skromności, kiedy na pytanie, jakie ktoś ma marzenia, mówi mi: „a wiesz, byle praca była a z resztą już będzie okay.”
Ja mam w cholerę dużo marzeń a jednym z nich jest przeklęte i niemożliwe wg niektórych obserwowanie naszej Ziemi z orbity! Tak, marzę o tym! I o domu nad morzem marzę również. I o wakacjach na Pacyfiku. Nieskromne te marzenia? No i co z tego. Są moje, są prawdziwe i co więcej – dążę do ich realizacji :-) To też podobno bezczelne ;-)
O zdrowiu, nieustającej miłości, trzecim dziecku marzę również, a co!
5. Moje życie nie kończy się na macierzyństwie.
Na pytanie: „kim jestem?” nie odpowiem „Mamą 24/7”, bo byłaby to bzdura. Co więcej, ja nigdy nie chciałam być mamą 24/7, ale szanuję wybór innych. Nawet gdy na wychowawczym spływałyby na moje konto pieniądze za wychowywanie dziecka, takie żebym nie musiała się martwić o nasz byt, to nie wybrałabym tej drogi. To po prostu nie moja bajka. Ja po kilku-kilkunastu intensywnych godzinach z chłopakami mam ochotę czasami wyskoczyć z okna, bo moja cierpliwość i wena wyczerpują się. Zamieniam się wtedy w matkę, która warczy. A ja warczeć nie chcę!
Dlatego potrzebuję wypośrodkowania i odskoczni od dzieci. Praca daje mi tę odskocznię, za co jestem wdzięczna. Pamiętam pewną aluzję, którą rzuciła jedna osoba z naszej rodziny:
„Ale jak to, Twoje życie nie kończy się na macierzyństwie? Co Ty opowiadasz? To przecież esencja. „
„No normalnie. Nie kończy się, bo ono się tym macierzyństwem nie zaczęło.” – odpowiedziałam.
6. Moje potrzeby nie kończą się tam, gdzie zaczynają się potrzeby moich dzieci.
Głęboko wierzę, że da się to wszystko w miarę zgrabnie wypośrodkować a ja nie muszę być męczennicą w imię miłości do moich dzieci. Jasne, że są „ofiary”, kompromisy i dzieci to moje „primo”. Jednak z każdym miesiącem uczę się nie tylko odpuszczania, ale zaspokajania moich dodatkowych potrzeb, jak wyjście do fryzjera bez wyrzutów sumienia czy dłuższy poranek w łóżku dzięki temu, że mój M. zajmuje się wtedy dziećmi. Nie udało mi się jeszcze zrealizować jednego podpunktu, nad którym będę pracować w tym roku. Marzy mi się samotny wypad bez dzieci i męża. Może być w góry. Może być nawet do jakiegoś miejskiego SPA albo nawet weekend u mojej mamy w Norwegii. Potrzebuję pojechać gdzieś, gdzie przez kilkadziesiąt godzin naładuję moje prywatne kobiece materie. Nie, nie te matczyne baterie. Te typowo kobiece, choćby próżne wg niektórych, choćby mniej ambitne, ale mam gdzieś tam w środku schowane akumulatorki, które cholernie potrzebują doładowania. Doładowania, które samo się nie zrobi.
Dlaczego tak jest? Mój kobiecy pierwiastek bywa autonomiczny, niepokorny i często niezaspokojony. Głęboko wierzę i czuję całą sobą, że moje wewnętrzne „ja” to coś więcej niż wzniesienie się na wyżyny rodzicielstwa, choć nie przeczę, że uwielbiam moje dzieci, kocham mojego Męża i cała ta trójca jest moim światem.
Tego rodzaju egoizm to nie wada. To konieczność, aby trwać jak najdłużej przy zdrowych zmysłach! ;-)







