7 produktów, dzięki którym dzieci będą latem bezpieczniejsze!

napisała 07/06/2019 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

Mamy już czerwiec. To jest zdecydowanie miesiąc, w którym sporo moich znajomych rozkręca się wyjazdowo i niemalże co weekend planują z rodziną mniejsze albo większe wypady. I nie dziwię im się! Nareszcie pogoda jest przepiękna!

Co prawda niektórzy już narzekają, że jest im za gorąco, ale wiecie jak to jest – niektórym po prostu nie dogodzisz ;-) My w tym miesiącu też zaplanowaliśmy kilka wyjazdów. Będzie Wrocław, będzie również parę dni w jednej z małopolskich agroturystyk. Nie mogę się doczekać!

Nasza podróżna apteczka jest już od ponad miesiąca na nowo skompletowana. Co roku w maju robię jej przegląd i wyrzucam z niej, co jest ewentualnie przeterminowane albo co jest na wykończeniu, i uzupełniam nowymi produktami. Skompletowanie „apteczki” będącej zawsze pod ręką na wypadek sytuacji nieprzewidzianych uważam za jednej z najlepszych kroków, dzięki któremu czuje się pewniej, gdy jesteśmy poza domem. Nie zliczę, ile razy uratowała nam wyjazdy i zaoszczędziła nerwów, szczególnie wtedy gdy byliśmy na tzw. „końcu świata”, a o godzinie 23.00 z minutami okazało się dla przykładu, że Starszakowi rozkręca się biegunka. Co prawda w tym roku, kleszcza nie mieliśmy żadnego (bo dzieci zawsze mają przy sobie urządzenie, o którym pisałam już wielokrotnie a wiele osób wątpi w jego skuteczność :D), ale dopuszczam sytuację, w której kleszcz po prostu się przypałęta), i biegunki też nas skutecznie omijają, ale kto wie, co przyniesie lato ;-)

Dlatego przychodzę do Was z listą rzeczy, które albo dorzuciłam do tegorocznej apteczki, albo uzupełniłam o nowe, bo było na wykończeniu tudzież wymieniłam w baterie, bo nie wyobrażam sobie, aby np. nagle miało przestać działać w momencie, gdy jest właśnie potrzebne.

No to lecimy z moją listą wyjazdowych (i nie tylko) niezbędników! W apteczce mam m.in.:

1. Tzw. „plastry-szwy”, które łączą pękniętą skórę!

Wiem, ciężko myśleć o takich sytuacjach, ale one niestety zdarzają się. A takie plastry skutecznie łączą skórę i np. mogą zapobiegnąć temu, że skóra będzie pękać dalej, pozwolą zmniejszyć bliznę po ranie, bo tkanki będą złączone szybciej i efektywniej niż gdyby same miały się goić (mowa oczywiście o poważniejszym przerwaniu ciągłości skóry, a nie o lekkiem zadrapaniu). Dopiero w tym roku zaopatrzyłam się w te plastry i zrobiłam to stanowczo za późno! Nasz Teosiek już dwukrotnie zaliczył upadki, po których jak nie łuk brwiowy sobie rozciął, to lotem koszącym wpadł na niezabezpieczony „dzyndzel” wystający z drzwi tarasowych. Obie sytuacje skończyły się przecięciem skóry i rozlewem krwi. Po drugiej sytuacji jeden z sanitariuszy w karetce pogotowia polecił nam zaopatrzenie się w te plastry i wiedziałam, że tym razem już na pewno je kupię. Nie kosztują majątku, a naprawdę mogą się przydać zarówno w domu jak i na wyjeździe.

2. Paracetamol

Kiedyś pewna osoba zaśmiała się ze mnie szyderczo, kiedy opowiedziałam o sytuacji, kiedy to byliśmy na wyjeździe i nasza Gaia zaczęła wysoko gorączkować w środku, nocy a ja wg tej osoby „spanikowałam”.

Temperatura podchodziła Gai już pod 39,5 stopnia a ja pierwsze co zrobiłam, to od razu podałam jej odpowiednią dawkę paracetamolu w syropie, i od razu byłam spokojniejsza. Wg tej osoby to ona by sobie głowy tym nie zaprzątała tylko czekałaby do rana, jak rozwinie się sytuacja i czy gorączka nadal się utrzymuje. A jeśli się utrzymuje, to wysłałaby rano męża to którejś z wiosek do punktu aptecznego po jakiś środek przeciwgorączkowy i dopiero rano by go podała dziecku. Wg tej osoby nie ma potrzeby wozić ze sobą żadnych leków, bo to „wowołuje wilka z lasu” – cytuję :D

Spoko, jednak ja nie jestem z tej „wychillowanej szkoły”. Ja mam przy sobie paracetamol zawsze na wyjeździe. Mam nawet czopki z paracetamolem. Mam także zawsze przy sobie syrop z ibuprofenem, ponieważ moje starsze dzieci przy wysokiej gorączce słabo reagują na paracetamol. Mam również termometr bezdotykowy, bo tylko dzięki niemu mogę kontrolować spadki czy wzrosty bardzo wysokich temperatur.

3. Preparat wspierający florę jelitową

Mam w domu takiego małego obywatela, któremu trudno przemówić czasami do rozsądku i on wszystko musi sprawdzić biorąc to do buzi :D

W ślad za tym obywatelem idzie jego młodsza siostra, która również wszystko musi sprawdzić biorąc to do buzi. W tym roku nie mieliśmy (jeszcze :D) przebojów związanych z biegunką, ale to tylko kwestia czasu, zapewniam Was :-D

Zazwyczaj takie niespodzianki zdarzają się wtedy, gdy zdarzyć się nie powinny, bo warto byłoby cieszyć się wyjazdowym weekendem. W zeszłym roku mieliśmy ze sobą zawsze Multilac Baby w kroplach i kilkukrotnie nam się przydał podczas wyjazdów. W tym roku dorzuciłam do apteczki również Multilac Control Junior, dla dzieci powyżej 3 roku życia. On sprawdza się np. po biegunce różnego pochodzenia, w tym rotawirusowego, czy też w wyniku niewłaściwej diety, stresu i wspiera florę jelitową po przebytych chorobach. To moim zdaniem apteczkowy must-have szczególnie wtedy, kiedy jesteśmy w podróży, dziecko jest na jakimś wyjeździe kolonijnym czy szkolnym, czy przy zmianach strefy klimatycznej. Moje dzieci słabiutko ostatnio z jedzeniem jogurtów, tylko starszak lubi kiszonki. Dlatego bez Multilacu się nie obędzie. Ta wersja Junior jest co prawda w kapsułkach i nie wszystkie dzieci lubią połykać kapsułki, ale to nic strasznego, bo te kapsułki można na legalu odkręcić niejako, zawartość wysypać na łyżeczkę i np. wymieszać z jakimś sokiem, domowej roboty syropem etc. i wtedy połknąć. Ma neutralny smak czyli bardzo spoko.

Jeśli planujecie rodzinne wyjazdy, a nie tylko kolonie dla Waszych dzieci, to weźcie też ze sobą probiotyk dla dorosłych. Ja średnio co drugi zagraniczny wyjazd mam jakieś przeboje nie wiedzieć czemu. Multilac Control jest też w wersji dla dorosłych. Oby się Wam nigdy nie przydał, ale wiecie, że przezorny zawsze ubezpieczony..

4. Preparat do zamrażania i usuwania kleszczy

Nie każdy chce inwestować w urządzenie przeciw kleszczom na ultradźwięki, o którym pisałam wielokrotnie. Spoko, rozumiem. U nas urządzenie prawidłowo stosowane ma 100% skuteczność. Jednak znam wielu rodziców, którzy zdali się na naturalną ochronę przeciw kleszczom (olejki etc.) i jednak zbierają z tego żniwo w postaci kleszczy, które trzeba wyciągnąć, bo czasami na naturalna ochrona zawodzi. Zresztą, jestem zdania, że nawet mając najlepsze urządzenia na kleszcze, to może zdarzyć się wtopa, bo wystarczy nie otrzepać ubrań po przyjściu ze spaceru wyłączywszy wcześniej urządzenie. I wtedy taki zawieruszony kleszcz dorwie nas, nie ma co :-)

Dlatego jak już nas dorwie, to nie ma co udawać, że tego kleszcza nie ma. Uważam, że wycieczka na pogotowie w celu jego wyciągnięcia też jest niepotrzebna, jeśli mamy w domu spray do zamrażania kleszczy, do którego dołączona jest taka jakby specjalna pęseta, dzięki której kleszcz wychodzi ze skóry jak masełko, i to w całości. W zeszłym roku sprayu użyłam wielokrotnie i wyciągnęłam dzięki niemu wiele kleszczy i to takich maciupeńkich. W tym roku nie użyłam go ani razu, ale mam go nadal w apteczce na wszelki wypadek.

5. Choroba lokomocyjna

To zmora wieeeeelu dzieci! Teraz już moim chłopcom raczej przeszło, choć Ivo nadal przy wyboistej drodze nie czuje się najlepiej. Gaia ma chorobę lokomocyjną po mnie i to w takiej wybitnie zaawansowanej postaci, dlatego co prawda służą nam autostrady, ale już jazda w Bieszczadach po tych serpentynach już nie za bardzo. Nic nam nie pomagało.

Ale nastąpił przełom. W zeszłym roku odwiedził mnie mój chrzestny ze swoją żoną, z którą mieszkają na Florydzie wraz ze swoimi znajomymi. I owy znajomy Amerykanin miał na ręku dziwną opaskę, jakby zegarek. Mój mój zaczął podpytywać, co to za urządzenie i okazało się, że to opaska, która pomaga mu w jego bardzo zaawansowanej chorobie lokomocyjnej i przy problemach z błędnikiem, które są dla niego uciążliwe również na codzień. Wygooglowaliśmy temat i okazało się, że co prawda nie ma tej opaski w Polsce, ale można ją kupić na amazonie. Kosztuje niestety niemało, ale … działa. Sprawdziłam to na sobie. Bez pudła. Jest polecana również przy mdłościach ciążowych, po chemioterapii gdy związane są z nią nudności czy po operacjach, gdy również wiążą się z nimi mdłości, przy chorobie morskiej i wielu innych.  Do „zegarka” dołączony jest tzw. żel, który pomaga w przewodzeniu, coś na zasadzie żelu do USG.

I działa! Po prostu. Jak? Nie wiem. To jakaś zaawansowana technologia, a mój angielski jest zbyt słaby, aby umieć to wyjaśnić.

6. Produkt z panthenolem albo aloesem

Ostatnio wybrałam się z dziećmi na spacer. Słońce prażyło! Czapki na głowach, okulary w pogotowiu, nasmarowałam ich kremem z filtrem UV i poszliśmy na eksplorowanie Krakowa. Po godzinie spaceru zorientowałam się, że co prawda zabezpieczyłam dzieci przed słońcem, ale już zapomniałam posmarować Teośkowi kark, a on to miejsce ma wybitnie wrażliwe przy jego karnacji. Skończyło się na tym, że po przyjściu do domu było widać czerwony ślad i smarowałam mu go żelem z 99% aloesem na zmianę ze sprayem z panthenolem. Mea culpa! Moja wina, wiem, ale człowiek mądry po szkodzie.

Spray z panthenolem czy żel z aloesem zresztą cudownie sprawdza się latem nie tylko na spieczenie skóry po słońcu, ale również dla kobiet np. po goleniu, gdy pojawiają się takie mikro krosteczki czy ranki. Ja (biegająca całe życie na boso niemalże) wieczorami robię sobie często latem mieszankę z preparatu z panthenolem i żelu aloesowego, nakładam bawełniane skarpetki i po takiej nocnej kuracji stopy są jak nowe! Polecam szczególnie latem, gdy stopy lepiej czują się w sandałkach :-)

7. Maść propolisowa i propolis

Ja jestem pszczołami oczarowana odkąd pamiętam. To, co produkują i jak to produkują, a także jak tworzą swoją „społeczność” uważam za jeden z wybitnych cudów natury, który można tylko podziwiać i brać z nich przykład. Zawsze mam w naszej apteczce maść propolisową (z najwyższym stężeniem, jakim udaje mi się znaleźć, czyli ok. 10%) i propolis.

Maść propolisowa jest wszechstronna, ale przede wszystkim przyspiesza proces gojenia ran, ranek, otarć. Ja nawet stosuję ją na ugryzienia komarów, meszek, etc. Z kolei propolis robię w domu sama i czeka mnie właśnie jego przygotowanie bo ostatni zapas, który starczył na 4 lata, już się kończy. Propolis stosuję na moje małe wypryski (wtedy nakładam go na skórę patyczkiem do uszu) i na miejsca, gdzie przerwałam sobie ciągłość skóry a chcę je odkazić. Działa cudownie!

To tyle z moich poleceń! Co byście dołączyli do tej listy? :-) Pięknego, bezpiecznego i zdrowego lata, kochani!

PS. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu.  ❤ Możecie go też udostępnić swoim znajomym. Dziękuję! :*

 

Post zawierał lokowanie produktów.

 

Podobne wpisy