Szanuję te dwie panie. Powiedziałabym nawet, że cholernie je szanuję. Nie dlatego, że wyglądają, jak wyglądają. A wyglądają powiedzmy to sobie szczerze: dobrze, wręcz bardzo dobrze!
Szanuję je przede wszystkim dlatego, że jakiś czas temu założyły sobie pewien cel i postanowiły go zrealizować! Zaraz ktoś powie – a co to takiego niby znaczy, że one coś tam sobie zrealizowały i tego się trzymają. Ano to wiele znaczy! Przede wszystkim świadczy to o cholernej determinacji i sile woli, które pcha je do przodu i nie pozwala zbaczać z obranej ścieżki.
To zupełnie odwrotnie proporcjonalnie do mnie, kiedy ja sobie zakładam, że od jutra nie będę wpieprzała tyle sera żółtego (który tuczy, oj tuczy drań jeden), ale przychodzi wieczór. Wybija godzina 20.00 a ja już cała chodzę i jakaś niewidzialna siła pcha mnie w stronę lodówki niczym magnes.
I ja wtedy kapituluję!
Idę małymi krokami do tejże lodówki. Wyciągam goudę albo inny maasdamer, sięgam po grubą pajdę białego pieczywa i perfidnie obsmarowuję ją masłem. Ale nie cienko, żeby nie było! Nie wątpcie we mnie! Ja ją smaruję tak grubo, że spokojnie można by tą ilością kilka kromek chleba wysmarować. Później kładę plaster sera i wsuwam ten niezdrowy ulepek aż mi się uszy trzęsą, a mój mąż patrzy na mnie ukradkiem i pewnie zastanawia się, czy aby na pewno jestem tą samą Magdą, którą poślubił jakiś czas temu.
A Ancia i Ewcia nie wpieprzają tego sera. U nich wybija godzina 19.00 i one w lodówce mają jarmuż, seler, truskaweczki, jogurcik naturalny, jakieś tam warzywka i owoce, które im w zupełności wystarczą jako ostatni posiłek. Jak idą do sklepu to wyrobiły w sobie nawyk, że nawet nie spoglądają na te półki z serami, mięchem, czekoladą, żelkami. A nawet jak spoglądają, to wizualizują sobie to, jakby to było zło, które nie służy ich organizmowi.
Nie to co ja. Ja jak idę marketową alejką, to znowu ta niewidzialna siła pcha mnie w stronę tych wszystkich regałów, gdzie to co niezdrowe, i woła do mnie:
„Magducha, weź mnie, kochana! Będziesz miała co wpieprzać pod osłoną nocy! Bierz mnie i nawet nie patrz, że cukier mam w składzie na pierwszym miejscu a tłuszcz jest na drugim! Daruj sobie matematykę. „Ten uczuć”, gdy mnie wsuwasz, jak dzieci nie widzą, jest wszak tak cudownie kojący, prawda?!”
I ja wtedy mówię:
„Prawda li to! Bierę Ciebie mój słoiczku-ulepku na przystawkę na godzinę 22.37 i będę wpieprzała aż mnie zemdli! Raz się żyje! Kiedyś schudnę, albo i nie schudnę. A chrzanić to! Zacznę dietowanie od jutra. Albo od poniedziałku. Od któregoś tam poniedziałku w 2027! „
Nie to co Ewka czy Anka. Ewka i Anka nawet nie patrzą na te świństwa. One jak sarenki skaczą po alejkach marketowych albo robi to za nich ich asystent i a to marcheweczka, a to rzodkieweczka, a to tyci tyci płatków owsianych. I one po takiej uczcie, która byłaby dla mnie jednym kęsem, mają i siłę, i wygląd, i tyłek taki, jak ja miałam w piątej klasie podstawówki jeszcze przed dojrzewaniem.
Dlatego dziewczyny, nie ma co się oszukiwać. Ja nigdy nie będę jak Ewa i Anula. Nie dlatego, że nie chcę, bo chcę. Ale dlatego, że za mało chcę i jednocześnie za bardzo jestem leniwa! Nie będę Wam tutaj tłumaczyć, że wyglądanie jak z okładki Shape’a nie jest moją pracą i nie muszę nic z tym robić. Są laski, które też nie muszą, a wyglądają!
No bo im się chce! Chce ćwiczyć, chce kalorie liczyć, chce im się dbać o jadłospis.
A mi się jeszcze nie chce, ot co! Ale planuje, żeby mi się zaczęło chcieć. Tak mniej więcej od stycznia. Od stycznia mam zamiar wziąć się za to dupsko, które urosło. Za te ramiona, za ten brzuch. Małymi krokami zapominając o tych słoiczkach-ulepkach będę sobie dziubać to moje dbanie o siebie, ale bez przesadyzmu, żeby nie było ;-)
Tymczasem idę po pajdę chleba, która mnie woła od jakiegoś kwadransa. Jak się w nią wgryzę, tak będę w nią wgryziona. A co! :D Ciąża i wieczór rządzą się swoimi prawami! ;-)
Widzimy się w styczniu! ;-) Piąteczka!







