Czasami to całe lukrowe macierzyństwo uszami mi wychodzi i robi piruety. Czasami mam dosyć silenia się na bycie tą, za której przykładem iść powinni wszyscy. Czasami również muszę przyznać, że polegam. Polegam jak matka moich dwóch synów.
Bez względu na to, jak bardzo ich kocham, i nie zważając niestety na to, jak wiele dla mnie znaczą, to popełniam błędy. Jak każda matka, której codzienność czasami zachodzi za skórę i zniża do parteru. Bo ta cierpliwość, której miałam mieć na tony, i ta wrodzona dobroć, która powinna bić ze mnie każdego poranka, i to opanowanie, spokój i zdolność wybaczania, tłumaczenia, uczenia i pokazywania świata całego. Tego wszystkiego właśnie czasami mi brakuje i wstydzę się tego.
Widzą to moi Synowie. Może nie do końca są jeszcze tego świadomi, zważając na ich młody wiek. Może nie potrafią sobie jeszcze tego uzmysłowić, ze względu na dopiero raczkującą w nich zdolność analizowania. Jednak ja wiem swoje. Wiem, że powinnam starać się bardziej, mimo że brakuje mi sił. Mam czasami ochotę wykrzyczeć całemu światu, że mam dosyć i chciałabym, aby choć na sekundę ktoś ściągnął ze mnie ten cudowny ciężar bycia „tylko matką” i pozwolił mi odetchnąć., abym mogła za chwilę w pełni sił wrócić do moich dwóch chłopaków i od nowa, z werwą, i z tym wszystkim czego mi przed chwilą brakowało, zdobywać świat cały.
Bywa, że brakuje mi właśnie tego odejścia. Tej możliwości zatęsknienia za nimi. Tej chwili, w której skupię się chwilę na sobie. Zapomnę o brudnych garach. O tym stosie prania, które czeka. O tym wiecznym byciu kreatywną w wymyślaniu zabaw. O ciągłym byciu na czas. Na czas ze śniadaniem. Na czas u lekarza. Na czas z kąpielą. O tej pogoni za niezapominaniem. O tej pogoni za pamiętaniem tego wszystkiego, co mi umyka w tej codzienności, która zasuwa niczym mustang niezwyciężony po prerii. O tej głowie, która w szwach pęka od myśli, co wieczór nie pozwalających na szybki sen.
Właśnie przez ten pęd, przez tą szybkość, przez ten nadmiar i przez te ciągłe braki. Przez to wszystko czasami krzyknę. Powiem o słowo za dużo. A ten mały człowiek, który tego słucha i patrzy na mnie tymi mądrymi oczami stoi i próbuje powstrzymać łzy. Bo mama, która powinna być wsparciem, powinna kochać i zwyczajnie być dla niego – krzyknęła. Albo kazała wyjść. Tak po prostu „wyjść”, kiedy on chciał „być”. Być z nią. Być szczęśliwy. Być bezpieczny.
I najważniejsze. Wtedy właśnie dobrze mieć koło siebie kogoś, kto zauważy, że można inaczej. Lepiej. Że można być tym kimś, kim wszyscy chcielibyśmy być.
I ja właśnie w tym momencie, w którym krzyknęłam i straciłam cierpliwość do mojego Syna, miałam koło siebie kogoś, kto zauważył. Miałam mojego Męża, który właśnie ma to „odejście”, gdy jest daleko od nas i który nie zatapia się w tych górach prania, garach i plamach od wszystkiego. W tej rozlazłej i samotnej dla mnie codzienności. Który nie spędza dni i nocy całych z dziećmi, a ma możliwość mieć „świeże oko i umysł świeży”.
I ja cieszę się z tego, że on właśnie był w tym trudnym dla mnie momencie, w którym poległam w swoich oczach i powiedział coś, co zmieniło moja perspektywę. To było jedno zdanie. Jedno bardzo, ale to bardzo ważne dla mnie zdanie, które powtarzam sobie codziennie, aby pamiętać o nim i mieć je wyryte ww głowie i które w pewnym sensie dało mi siłę i pozwoliło mi zacząć od nowa. Od nowej karty.
„Magda, słuchaj. Postaraj się być jego przyjacielem.”
To mnie obudziło! Tak! Przecież mogę być jego pewnego rodzaju przyjacielem! Ba! Ja mogę być dla niego pierwszym i najwspanialszym przyjacielem, na którym on będzie mógł zawsze polegać! Który pokaże mu świat. Który go nie skrzywdzi, a będzie wspierał. Motywował i uczył! I wiecie co? To właśnie zmieniło moją perspektywę. To zdanie pomogło mi dostrzec to, że mój Syn jest moim największym sprzymierzeńcem. I ja jestem jego największym sprzymierzeńcem również. Przecież swoich prawdziwych przyjaciół nigdy nie zawodzimy.
W tych chwilach słabości, których tak jakby zbierało się coraz więcej, od kiedy pojawił się na świecie mój drugi Syn, bo i czasu mniej, a i cierpliwość zdaje się nie być rozciągliwą, przed każdą moją reakcją powtarzam jak mantrę to zdanie, które powiedział mi mój Mąż. To pomaga. To nie pozwala mi pójść „za daleko” z tą moją wybuchowością, która [nie oszukujmy się] czasami pojawia się, gdy sił brakuje.
Już widzę, że będzie to nasza wspólna, piękna przygoda.
Spróbujemy razem?







