Posiadanie pewnej tajemnicy bywa intrygujące i takie hmmm… ekscytujące! Pewnie część z Was doskonale zna ten stan: jesteście w posiadaniu jakiejś niesamowicie pozytywnej nowiny, tymczasem wstrzymujecie się, aby się nią podzielić z innymi.
Przebieracie nogami. Macie motylki w brzuchu, głowie i gdzie tam sobie jeszcze wymyślicie. Trzymacie jęzor za zębami, jednak czasami wymsknie się Wam co nieco! Toteż siedzicie jak na bombie, czy ta Wasza tajemnica nie zostanie zbyt wcześnie odkryta poprzez nieopatrzne palnięcie czegoś na głos ;-)
Powiem Wam, że podobał mi się ten stan, w którym o tym naszym szczęściu wiedziała tylko garstka najbliższych osób. Ba! Fajny czas miałam także wtedy, gdy jako pierwsi z M. odkryliśmy, że przybędzie nam kolejne szczęście do kompletu i trzymaliśmy to tylko dla siebie. To tak jakbyśmy znaleźli jakiś skarb i mogli się nim cieszyć na wyłączność przez jakiś czas. Ale jak to bywa z takimi skarbami, trzeba w pewnym momencie stanąć mężnie przed lustrem, wyzbyć się tego egoistycznego obracania cennym kamykiem tylko w swoich dłoniach i poinformować najbliższe grono ;-)
A gdy już wszyscy najważniejsi wiedzą, wtedy zaczyna się klasyczne przekazywanie wieści z ust do ust ;-) I w ten oto sposób, pocztą pantoflową dowiadują się znajomi, dalsi znajomi i znajomi znajomych. Ciocie babć i wujkowie stryjenek.
Nie wiem czy wystarczająco dobrze trzymałam język za zębami, czy też nie [ale starałam się jak mogłam!], ale skąd [u licha!;-)] dostałam w ostatnich tygodniach komentarze od Was, insynuujące moją ciążę i 4 wiadomości prywatne w tonie: „No weź, Szczęśliva, nie ściemniaj i wal mi tutaj prosto z mostu, że spodziewasz się kolejnego bąbla!” ;-) Wybaczcie ówczesny brak jednoznacznej odpowiedzi :-)
Obracałam tym kamykiem już ponad cztery miesiące, i teraz będąc na prawie półmetku tej mojej kolejnej ciążowej przygody, chcę ponieść moje szczęście dalej. I może zaszczepić część z Was iskierką nadziei, albo odrobinę wesprzeć w tym nieco odmiennym stanie, albo też dodać powera, którego potrzeba każdej kobiecie właśnie podczas tych kilku cholernie ważnych i zarazem cholernie trudnych miesięcy. Obiecuję nie spamować ;-)
Noszę pod serduchem taki mały cud, który po raz kolejny mnie odmienił. Nawrócił mnie z tej myślowej pułapki jaką są dywagacje czy drugie dziecko będzie mi dane. I to zupełnie bezpodstawnej myślowej pułapki. Wiecie, gdy czegoś bardzo pragniecie i nie udaje się to Wam za pierwszym razem, to czujecie pewnego rodzaju gorycz. To taka bezsensowna gorycz, która z małego ziarenka zasianego w głowie robi się olbrzymim kokosem towarzyszącym nam od rana do nocy i burzącym nasz spokój.
Ten mały cud, o którym piszę, pomału zaczyna mnie nieśmiało kopać i reagować euforią na kolejną kostkę czekolady, którą pochłaniam właśnie teraz pisząc dla Was te kilka zdań. Ten cud, który jest dla mnie prezentem na całe życie, siedzi sobie spokojnie w swojej oazie i nawet podczas dwóch tygodni grozy, które zafundowała nam natura kilka tygodni temu, aby nas wzmocnić i jeszcze bardziej zbliżyć do siebie, nic sobie z niczego nie robił. On wiedział, że pozytywne myśli i zaufanie niezwyciężonej sile natury to podstawa. I to prawda!
Pamiętam słowa mojego Teścia, który składając mi życzenia na Dzień Kobiet, nie wiedząc wtedy jeszcze o tym, że martwimy się o zdrowie malucha, powiedział coś, co trafiło mnie w samo serducho i otrząsnęło z pesymistycznego marazmu:
„I pamiętaj, zawsze bądź dobrej myśli.”
I to było to, co tak bardzo potrzebowałam wtedy usłyszeć!

Przede mną jeszcze 4,5 miesiąca pięknej drogi, którą mam nadzieję przebyć kiedyś po raz trzeci :) Pierwszy trymestr był dla mnie niezłym sprawdzianem… Teraz skupiam się na tym, aby przygotować Iventego do powitania rodzeństwa. Wszelkie rady mile widziane ;-)
A ja myślałam, że druga ciąża to będzie bułka z masłem i wskoczę w nią niczym weteran, którego nic już nie jest w stanie zaskoczyć! ;-)
Na koniec mam dla Was dialog z moim małżonkiem. Marzyło mi się ostatnio zdjęcie mojego skromnego brzucha, które mogłabym zostawić sobie na pamiątkę, pokazać na blogu i zdeterminowana poprosiłam o to mojego M.:
JA – Skarbie. No weeeź cyknij mi jakąś fotę! Prrroszę!
M. – Ale przecież Ty nie masz jeszcze brzucha. – odpowiedział ze stoickim spokojem.
JA- To nic. Najwyżej trochę się wypnę! – krzyknęłam zdruzgotana.
Szyderczo parsknął śmiechem i poszedł sobie. Z foty nici ;-) Jak wróci ze swoich dalekich wojaży bez względu na wielkość mojego skromnego brzucha będę go wypinać do oporu, aby przekonać mojego M., że brzuch jednak jest warty obfotografowania ;-)







