Coś wyjątkowego, co dostałam po urodzeniu drugiego i trzeciego dziecka!

napisała 15/12/2018 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

Kiedy zamykam oczy i próbuję wyobrazić sobie siebie sprzed 5 lat, dokładnie z czasów, gdy na świecie pojawił się mój pierwszy Syn, mam przed oczami chaos! Niekoniecznie bałagan zewnętrzny, bo na jego punkcie miałam wtedy akurat „hopla”, ale raczej chaos myśli i działania.

Bywały tygodnie, że pojawiałam się u pediatry z najmniejszą krosteczką, którą znalazłam na ciele mojego syna, bo doszukiwałam się w niej jakiegoś większego znaczenia. Każde słowo wypowiedziane przez lekarza czy np. fizjoterapeutę analizowałam kilkukrotnie, a następnie próbowałam zasięgnąć informacji u głównego lekarza kraju, czyli Wujka Google. Och! Ile on mi i mojemu dziecku chorób zdiagnozował! Ile czarnych myśli wygenerował w tej mojej z dnia na dzień coraz bardziej puchnącej od trosk głowie! Nie zliczę!

Dopiero, gdy mój syn dobił do 12-stego miesiąca poczułam, że nie tędy droga.

Już nawet sama nie pamiętam, co sprawiło, że wyluzowałam w temacie nadopiekuńczości i „martwicielstwa”. Zapewne była to zasługa mojego Męża, który doprowadzał mnie na każdym kroku do porządku. I chwałą jemu za to, bo z naszej dwójki to człowiek wybitnie mocno stąpający po ziemi!

Nie byłabym sobą i pewnie nie miałabym w pisaniu i myślach tyle luzu, gdyby nie fakt, że … nie jestem już pojedynczą mamą. Nie ujmując niczego mamom jednego dziecka! Dziewczyny, i dla Was czapki z głów, bo zdaję sobie sprawę, że czasami jedno dziecko robi za całą piątkę. I takie znam przypadki ;-)

Jednak odkąd na świecie pojawił się mój drugi syn, a zwłaszcza kiedy pojawiła się Gaia to już w 100%, ja nareszcie… dojrzałam!

Ale to dojrzałam nie tylko zewnętrznie, bo już daleko mi do tzw. „baby face”, którą miałam przed 5-cioma laty. Ale dojrzałam jako kobieta, jako mama, jako osoba która już nie jest aż w takim stopniu podatna na często dziwne sugestie otoczenia. Strachów mam mniej, trosk mam mniej, bo i tak wychodzę z założenia, że kto jak … nie ja! ;-)

Po narodzeniu mojego drugiego i trzeciego dziecka dostałam niesamowitej pewności siebie i pewności w działaniu. Tak jak przy pierwszym dziecku czułam się totalną świeżynką, tak przy kolejnych maleństwach już nie przerażały mnie „dobre rady” babć i cioć (potrafiłam je zgrabnie odepchnąć)! Och! Nie zliczę, ile to dobrych rad próbowano mi wciskać na siłę! Mogłabym wymieniać je bez końca, a gdyby tak postawić tych wszystkich z dobrymi radami w rządku, to zebrałoby się ich całkiem pokaźne grono ;-)

Tak jak przy moim pierwszym Ivku bałam się zamoczyć podczas kąpieli pępek a o uszkach nie wspominając! Tak przy moim drugim i trzecim brzdącu, machnęłam na to ręką, i nareszcie kąpiel stała się dla nas obopólną przyjemnością!

Przyjemnością pełną radości dla mnie i dla dzieci :-)

To z czego się wybitnie cieszę, to fakt, że pomału powstają inicjatywy, które pomagają nam odnaleźć się w tym pędzącym i pełnym porównań rodzicielskim świecie. Kiedyś, gdy nie było ery social mediów, kobiety nie czuły tej presji bycia idealnymi. Miały w głowie pewne wzorce i mam wrażenie, że nie były one tak zmienne i wysublimowane, jak w obecnych czasach. Dlatego jako jedna z ambasadorek marki Baby Dove chcę Wam bardzo podziękować za wspólny rok, w którym miałyśmy okazję porozmawiać na moim blogu na tematy dla nas ważne, nurtujące nas, często bardzo emocjonalne, ale takie właśnie jest macierzyństwo! Pełne sprzeczności. Marka Baby Dove wspiera nas w macierzyństwie na wielu płaszczyznach, nie tylko za pomocą swoich kosmetyków, ale również w strefie emocjonalnej, dzięki kampaniom które realizuje i puszcza w świat. Choćby tej, która łez wyciska ze mnie bez liku…

Myślę, że to właśnie za sprawą mojego Męża i wielu przekazów, które utwierdzały mnie w tym, że robię dobrze ufając samej sobie, przestałam się też nareszcie przejmować się tym, co kto sobie o mnie pomyśli i … zwolniłam w temacie bycia perfekcyjną mamą, która wszystko musi mieć na 100%, na czas i najlepiej. Dzięki temu w końcu zaczęłam cieszyć się macierzyństwem :-) Bo to jest naprawdę piękna przygoda! Niezwykle trudna, z wieloma momentami zwątpienia, z chwilami pełnymi łez, wewnętrznego krzyku i bezsilności! Ale po chwili okazuje się, że to wszystko mija. Że świat wcale nie jest taki szary, a nabiera barw! Że dziecko w końcu przestaje kolkować!

Że z miesiąca na miesiąc wymawia coraz więcej słów, i z nie mówiącej istotki przeobraża się w człowieka, który wyraża swoje myśli i konstruuje z nich słowa mogące śmiało pretendować do najbardziej zabawnych zwrotów na świecie! ;-)

Tak to właśnie jest, z nami kobietami. Często potrzebujemy czasu. Pomocnej dłoni również. Wsparcia psychicznego i tego bardziej namacalnego. Dobrego słowa. Kogoś, kto poklepie nas po plecach i powie:

– Dobra robota, Kochana! Wymiatasz. Jesteś matką roku!

To wszystko dla niektórych może się wydawać trywialne, ale dla mnie trywialne nigdy nie było.

Dlatego życzę nam wszystkim, abyśmy wraz z mijającym czasem zyskały jako mamy przede wszystkim DOJRZAŁOŚĆ i wewnętrzny spokój. To one są fundamentem do tego, aby ufać sobie, nie zważać na innych i pomaga kierować się w macierzyństwie matczyną intuicją.

P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu   Możecie go też udostępnić swoim znajomym. Dziękuję! :*

Partnerem mojego przekazu jest marka Baby Dove, razem z którą próbujemy pokazać, że właściwych dróg w macierzyństwie jest wiele, a najlepsza z nich to ta, którą same wybierzemy.

Podobne wpisy