O tacie, który obiecał swoim dzieciom, że przyjedzie na święta. Ale …

napisała 14/12/2018 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

To historia, którą wysłała do mnie Monika (imię zmienione na prośbę Czytelniczki). Historia Moniki to odpowiedź na mój apel w ramach świątecznej kampanii #whatreallymatters zainicjowanej przez markę Lidl. Dziękuję Monice po stokroć za każde zdanie, które zostało w mojej pamięci i wierzę, że zostanie ze mną na zawsze…

Czytając historię Moniki czułam w środku coś na kształt ucisku, którego nie mogłam uspokoić. Oczy mi płakały a serce podczas czytania szczypało. Oczami wyobraźni widziałam mojego męża, do którego nie mogę się dodzwonić i nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Jednocześnie widziałam również moje dzieci, którym nie wiem, jak mam to wszystko wytłumaczyć. Oby żadna z nas nigdy nie była w podobnej sytuacji…

Za zgodą Moniki historia ta jest skrócona i poddana została tylko drobnej, stylistycznej edycji.

” […] Magdo, a może powinnam Ci się najpierw przedstawić? Myślę, że to będzie dobry pomysł, jeśli zdecydujesz się opublikować moją historię. […]

35 wiosen za mną. 8 lat po ślubie. Dwójka cudownych i mądrych dzieci oraz mąż, z którym znamy się od liceum. Wiele lat wspólnych za nami. Zawsze byłam pewna, że jeszcze wiele przed nami. Traktowałam nasze małżeństwo jako oczywistość a nasze dzieci jako dar, który zawsze będzie przy nas. […]

Mieliśmy swoje wzloty i upadki. Nie jakieś turbulencje, ale jak to w życiu bywa – ciche dni przez to, że on czegoś nie zrobił albo ja zapomniałam mu o czymś przypomnieć. Takie codzienne napięcie, które nawarstwiało się, gdy czasami brakło pieniędzy, bo wypadła usterka auta albo gdy przyjechała teściowa, która zaczęła się rządzić i układać nam życie. Jak czytam niektóre Twoje posty, to wiem, że miewasz podobnie. […]

Kochaliśmy się, może trochę za dużo sprzeczaliśmy się, ale życie bym za niego oddała. Szkoda tylko, że brakowało czasu, aby to sobie powiedzieć. Nawet podczas świąt nie udawało nam się żyć w pełnej zgodzie. Człowiek cały grudzień zasuwał w pracy. Marek brał nadgodziny od listopada. Cały rok się oszczędzało, żeby móc tym dzieciom sprawić jakąś niespodziankę podczas świąt. Nigdy nam się nie przelewało, ale też jeść zawsze mieliśmy co. […] Tylko kredyty nas zżerały. A grudzień to było jakieś szaleństwo. Marek szedł do pracy na rano, o czwartej już był na nogach, o szóstej był już Warszawie, wracał po 18stej. Ja też nie lepiej. Wracałam po 16stej i ledwo żywa próbowałam nadrobić sprzątanie, bo wiedziałam, że na święta teściowa z inspekcją przyjedzie i palcem po tych wyższych kredensach przejedzie i miną zdziwioną zapyta:

„Czemuś Ty do mnie nie zadzwoniła, skoro się ze sprzątaniem nie wyrabiałaś?”

Komentarza chyba do tego dorzucać nie muszę. […]

Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. 23 grudnia. Ja w pełnej gotowości. Choinka ubrana. Pierogi od tygodnia pomrożone. Tylko teraz sos grzybowy nastawić. Zmęczona jak nie wiem co, ale co miałam się zatrzymać? Nikt by tego za mnie nie zrobił. Mija godzina 18.00 a ja nie słyszę dzwonka do drzwi. Zazwyczaj wybijała 18.05 w porywach 18.15 i on zdejmował wtedy swój szary płaszcz, kładł teczkę na szafkę, ściągał buty a jeden zawsze mu się wywrócił na moje zamszowe kozaki za co dostawał ochrzan. Tym razem dzwonek do drzwi jak na złość nie dzwonił. Dzieci zaczęły dopytywać, gdzie jest tata a ja uspokajałam ich, że zaraz wróci, pewnie pociąg się spóźnia i dlatego taty nie ma. […]

Maja zaczęła mnie szturchać i pytać:

„Przecież tata obiecał nam, że nie będzie miał na święta dyżuru i do nas przyjedzie. Mamo, pamiętasz jak obiecywał? Mieliśmy jeszcze te duże bombki wieszać na choinkę, co nam przysłała Pani Marlenka…”

Pewnie, że pamiętałam.

Zobaczyłam na stronę z opóźnieniami pociągów i widzę, że pociąg był o czasie. Czułam, że coś jest nie tak. Zaczęłam się denerwować. Wiedziałam, że on nie lubi jak dzwonię, kiedy ma zamiar zaraz być w domu a ja mu wtedy tyłek truję. 19.30 wybiła i nie wytrzymałam. Dzwonię. Raz dzwonię, drugi raz dzwonię. Telefon nie odpowiada. Cała się trzęsę. Tłumaczę sobie, że pewnie telefon zostawił w pracy. Tylko, że on nigdy telefonu nigdzie nie zostawiał. Dzwonię trzeci raz. Telefon milczy. Dzwonię do jego kolei z pracy. Mówi mi, że wyszli z pociągu razem i że na jego oko Marek powinien być już w domu. Uspokaja mnie. A moje myśli są już bardzo daleko. Dzwonię do jego brata. Telefon nie odpowiada. Już nie wiem, co mam robić. Dzieci wykąpane, wołają, żeby poczytać im do snu a ja cała rozdygotana.

Maja usnęła. Dawidek już spał i nagle dzwoni telefon. Poderwałam się z sercem w gardle i słyszę pytanie:

„Czy rozmawiam z Panią Moniką P.?”

Potwierdziłam.

„Pani Mąż miał wypadek. Jest teraz …. Samochód wjechał… Szukamy…. Był … Czy on za coś … Czy może Pani teraz …. ”

I nic już dalej nie pamiętam. Zlepek słów, które ktoś ze szpitala albo policji, już sama nie pamiętam, wyrzucał przez telefon. W głowie miałam tylko jedno pytanie i bałam się je wypowiedzieć na głos.

„Czy on żyje?” – wydukałam w końcu. Te słowa ważyły tonę. Nie chciały wyjść z moich ust.

Świat zaczął mi wirować. Oblały mnie poty. Nogi miałam jak z waty. Czekałam na tę jedną odpowiedź, na to „TAK”, którego tak bardzo pragnęłam. Usłyszałam w słuchawce:

„Żyje. Proszę się uspokoić. Jest pod dobrą opieką. „

Poczułam niewyobrażalną ulgę. Magdo, oszczędzę Ci przydługich opisów. Z Markiem już wszystko dobrze. Wtedy potrącił go samochód, kiedy przebiegał przez pasy dwie przecznice od naszego domu. Spieszył się do nas, bo obiecał Majuni, że powieszą jeszcze te obiecane bombki na choinkę zanim ona pójdzie spać.[…]

Czy coś się u nas zmieniło od tamtego czasu?

Zmieniło się wszystko! Nie wiem nawet, jak to opisać. Chciałabym, aby inni zrozumieli, że nic nie jest nam dane na zawsze i wszystko może zmienić się w jednej chwili. Nie dajmy się temu całemu pośpiechowi życia, który każe nam robić wszystko szybciej, lepiej. […] Ten cały zeszłoroczny grudzień i te przygotowania do świąt to było jakieś szaleństwo. Chcieliśmy z Markiem zadowolić wszystkich, a tak naprawdę to tylko zadowolilibyśmy nasze chore ambicje bo ani dzieci nie korzystały na tym zaaferowaniu przedświątecznymi porządkami i gotowaniem, ani my sami nie czuliśmy z tego radości.

Mój świat się wtedy 23 grudnia zatrzymał, ale za chwilę ruszył do przodu. A tak niewiele brakowało, aby się zatrzymał naprawdę. Doceniam teraz każdy dzień. Zawsze rozstajemy się w zgodzie i obiecaliśmy sobie, że w tym roku cieszymy się sobą. Niech to będą prawdziwe, rodzinne święta. Nasze pierwsze bez niepotrzebnej świątecznej histerii… […]”

Kochani, niech to będą nasze prawdziwe święta, gdzie „bliskość”, „rozmowa”, „brak pośpiechu”, „harmonia” i „spokój” będą tym, co będzie nam przyświecać!

 

Ten post powstał w ramach kampanii #whatreallymatters #lovemas18, której jestem częścią na zaproszenie marki Lidl. Podkreślamy w niej, że święta mogą być pięknym dla wszystkich czasem, wyjątkowym, pozbawionym niepotrzebnego ciśnienia, przepełnionym miłością i tym, co naprawdę ważne dla naszych dzieci i dla nas. Obejrzyjcie film [klik], który sprawił, że magia świąt nabrała dla mnie nowego, pełniejszego wymiaru … 

Chciałabym, aby historia Moniki była dla na symbolem kruchości życia ale jednocześnie nawrócenia, że można zmienić bieg naszych wyborów i to od nas zależy, jak przeżyjemy ten cudowny, świąteczny czas…

P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu  ❤ Możecie go też udostępnić swoim znajomym. Dziękuję! :*

Podobne wpisy