[post archiwalny]
Czara mojej tolerancyjnej do tej pory goryczy przelała się ostatnio. Ulało się tej czarze i muszę ogarnąć smród, który mnie uwiera. A owy smród dotyczy mojej codzienności i pewnego wyboru, przez niektórych nazywanego wakacjami życia. Zdecydowałam się nie być czynna zawodowo i zostałam z dzieckiem w domu. Ten stan będzie trwał tak długo, aż zdecyduję, że już czas, aby wysłać młodego obywatela do przedszkola.
Od kiedy pojawił się na świecie nasz wyczekany potomek, mogłabym na palcach jednej ręki policzyć ile nocy przespałam w jednym kawałku. Nauczyłam się już spać na raty i gdy nockę mogę podsumować pięciogodzinnym wynikiem – nie narzekam a cieszę się z tak dobrego podsumowania. Młody obywatel nigdy nie należał do egzemplarzy promocyjnych, które przesypiały noce całe i drzemkowały w dzień po kilka godzin. A gdy udało mu się zmrużyć oko w ciągu dnia ja wtedy jak na miotle ogarniałam chatę całą. Nie przypominam sobie leżenia plackiem i nicnierobienia [no chyba, że lekki stan depresyjny na chwilę mnie przydusił do parteru]. Za niemożliwe uważam tryskanie energią od rana do wieczora, przez cały macierzyński okres. A gdy dołożę do tego brak męża przez co najmniej 1/3 roku, to nie napawa mnie to optymizmem zupełnie.
Nie mam na podorędziu mamy, która wpadnie z obiadem, ani teściowej, która zabierze młodego na spacer. Ciotka też nie wpada, aby zrelaksować się przy prasowaniu. No cholera, nie dorobiłam się świty sprzątającej, która ogarniałaby za mnie tę moją zwyczajną rzeczywistość i gotowała dla mnie co lepsze dania.
W ciągu cudownych dwudziestu miesięcy z moim synem znalazły się dwa dni, które spędziliśmy osobno. Próbowałam wtedy nauczyć się robić na drutach [ze średnim skutkiem ;-)].
Ostatnio ktoś próbował wbić mi szpilę twierdząc, że „A co Ty masz do roboty? Zajmujesz się dzieckiem i jesteś zmęczona? Czym jesteś zmęczona?”. A ja nic nie mam do roboty. Dziecko samo robi sobie śniadanie, samo się przewija, kąpie. Samo też przygotowuje sobie atrakcje dnia. Wszystko robi k..wa samo! Eureka! …
Palec w górę, kto z Was ma chatę wypicowaną na błysk i komu pranie czekające na poskładanie nie zalega po pokojach? A może kuchnia Wasza też zawsze błyszczy? A ciuchy w szafach macie posegregowane kolorystycznie? Powiedzcie, że też zmagacie z tym na codzień, bo zacznę zaraz wariować, że to tylko ja z wieloma sprawami bywam do tyłu.
To ja proponuję znaleźć na rynku pracy jelenia, który za friko oporządzałby dziecko i całą resztę. 24/7. Skakał z dzieckiem po fotelach, śpiewał mu po angielsku, miał anielską cierpliwość, dobre maniery, gotował smacznie i zdrowo i w międzyczasie odkurzał wszystkie kąty. Niech ten jeleń także będzie kimś zaufanym, komu szczerze zależy na tym, aby dziecko prawidłowo się rozwijało, aby dostawało codzienna dawkę czułości i chodziło w zawsze wypicowanych na kant ciuchach.
No. To ja wracam do leżenia plackiem i patrzenia jak dziecko samo się ubiera i obiera ziemniaki. Mówię Wam, nic tylko walnąć sobie setkę na dobry rozruch podczas tego leżenia…
EDIT: Mam wrażenie, że głosy w tej rozmowie rozmijają się. Ja nie narzekam na ciężki żywot a postuluję o to, aby to co robię i uwielbiam robić (być matką) nie było deprecjonowane i zaniżane do rangi urlopu. Od kiedy jestem matką nie czułam się ani przez sekundę jakbym była na wczasach. Macierzyństwo to okres niebywale wymagający i zawsze jestem na posterunku.
Chciałabym, abyśmy były doceniane jako kobiety i matki za to, że stajemy na wysokości zadania. Bycie matką jest równie absorbującym i wymagającym zajęciem jak kierowanie ruchem lotniczym. Możemy śmiało chodzić z podniesionym czołem!







