Jeśli nie mieliście okazji jeszcze odwiedzić przybytku Domem Wariatów zwanego, to zapraszam Was do mnie czym prędzej!
Od kiedy urodził się Teo, czyli od pierwszego tygodnia września, w naszym domu dzieją się rzeczy, o których nigdy mi się nie śniło. Ba, pamiętam doskonale, jak niektórzy ostrzegali mnie przed tym, że już nigdy więcej nie będzie z górki i mam się szykować na istny sajgon, ale ja jak to ja machałam na to ręką i twierdziłam uparcie, że „se poradzem, bo mam dwie rence i dwie nogi tyż mam”…
No i całe szczęście, że zostałam szybko sprowadzona na ziemię. Lotem koszącym grawitacja przycumowała moje dwie nogi twardo do ziemi, a ja próbuję się odgruzować z tego marazmu, który raz po raz wkracza w moją dotychczas różowiuteńką rzeczywistość ;-)
Nie wiem jak Wy – matki z większym niż ja doświadczeniem i większą niż moja gromadką, radzicie sobie z tym, aby wszystko grało i buczało, ale u mnie od niespełna miesiąca nic nie jest zrobione na 100%, a wręcz coraz bardziej wszystko odbiega od normy. Normy? Od jakiej, do cholery, normy? W ogóle słowo „norma” raz na zawsze zostało wyparte z mojego codziennego słownika. Od teraz jego miejsce przejęło słowo „względna przyzwoitość”.
A ta 'względna przyzwoitość” to jest dla przykładu otwieranie drzwi kurierowi z prawym cyckiem na wierzchu. A także gotowanie rosołu i omyłkowe dodawanie do niego cukru zamiast soli. Również wychodzenie z domu w kapciach i orientowanie się o tym dopiero w samochodzie. Jak mogłabym zapomnieć o odbieraniu telefonu, podczas gdy jeden i drugi synal wrzeszczą jak na komendę i wyprowadzają mnie tym z równowagi a rozmówca udaje grzecznie, że „it’s ok” ;) Ubieranie mojemu starszemu dziecku skarpetek młodziaka i smażenie naleśników jednocześnie pocieszając ego mojego pierworodnego i bujając nogą w foteliku mojego drugorodnego. Achhh, no i of kors [!] równoczesne marudzenie moich synów przechodzące w wycie szakala, podczas gdy ja koniecznie, na już-teraz muszę dokończyć coś meeega ważnego. No jasne, że przy takim skowycie ja się na bank skupię!
Och, nasze mieszkanie, które zawsze wydawało nam się totalnie zapuszczone i przywracana zostawała mu jego świetność tylko na jakieś większe imprezy typu urodziny i święta, teraz wygląda jakby przed sekundą nastąpiła w nim eksplozja bomby atomowej. Ponieważ z natury jestem typem pedantki-choleryczki, która lubi porządek, ale ma problem z dbaniem o niego, teraz przechodzę wewnętrzne katusze, bo wszystko poprzewracane jest do góry nogami. W sumie gdyby ktoś znienacka wparował do naszego domu i oznajmił mi, że zabiera 90% wyposażenia i tego, co znajduje się w naszych szafach, odetchnęłabym z ulgą i uznałabym to za przysługę. Nadmiar wszystkiego jest naszym przekleństwem, bo jakże cholernie trudno jest okiełznać tę przebrzydłą ilość przedmiotów!
I doprawdy nie wiem czy istnieją kobiety, które ogarniają wszystko na tzw.”stówę” i wszystko jest na kancik, cieplutkie, ładniutkie i czyściutkie, ale jeśli tak, to poproszę o receptę na to, jak to robicie! Wykupię u Was pakiet lekcji na dobry rozruch! :-) Bo pewnie cackam się ze sobą za bardzo a nie powinnam.
A ponieważ już sobie ponarzekałam i trochę mi ulżyło, to dodam na koniec że to podwójne macierzyństwo smakuje jeszcze lepiej niż to pojedyncze. Wyzwala pokłady energii, o które bym siebie nie podejrzewała. Generuje totalną ekwilibrystykę i uczy człowieka żonglować czasem.
Zaczynam być także damską wersją Davida Coperfielda – robię coś z niczego i wszystko jakoś jeszcze trzyma się kupy i nikt nie wątpi w moją zajebistość ;-)







