Nie ogarniam czasami świata. Momentami mam wrażenie, że ten dualizm czy trualizm, czy jak go tam zwać, ta złożoność ludzkich charakterów, zdaje się mnie przerastać.
Żyję sobie na tym ziemskim padole i codziennie dostaję niespodziankami w twarz. Czasami miłymi, a czasami zastanawiającymi. Z tych zastanawiających to nawet mojemu starszakowi udało się zaskoczyć matkę swoją dzisiejszego poranka, bo plasterki szynki, które kładłam zwykle na jego kolacyjne kanapki, znalazłam dzisiaj równiutko przyklejone do ściany w pobliżu kaloryfera. Nie znalazł kleju, to zdecydował się na metodę na tzw. „masełko”. Nie miałam śmiałości go ochrzaniać, bo gdy się tak głębiej zastanowiłam, to doszło do mnie, że to było mega kreatywne. Zdecydować się na oklejenie ściany szynką i za idealne spoiwo uznać krowie masło – cud! Dlatego pogłaskałam go po główce a on się oduśmiechnął ;-) Taki mamy klimat ;-)
Ale a propos tego życia na tym ziemskim padole, bo zaczęłam i jak zwykle wyemigrowałam z tematu i gdzieś tam polazłam dalej. No właśnie, ludzie mnie zaskakują! Rozmawiałam ostatnio z Kimśtam przez telefon i mówię do Kimśtama, że zaraz wychodzę z domu i idę się przewietrzyć, bo zaraz wybuchnę razem z moimi dziećmi i upstrzymy tym naszym wybuchem całe mieszkanie. (Czasami można mieć swoich dzieciaków powyżej uszu, a nawet trzeba. Wtedy też trzeba znaleźć wentyl. Dla mnie tym wentylem najczęściej okazuje się wizyta we wszystkim dobrze znanej drogerii. To może być bzdurne 15 minut szwędania się po sklepie bez celu a później kupienie niepotrzebnej mi wcale maseczki, ale odpręża mnie to cholernie.) I wracając do tej rozmowy z Kimśtamem.
„Wychodzisz sama z domu, a co z dziećmi?!!!!!!!”
I panikę słyszę w słuchawce, bo jak to! Matka opuszcza dom, więzienie, swój prywatny kojec, i decyduje się na samotne wyjście z domu?! Przecież tak nie można! Z kim chcesz dzieci zostawić? To naturalne przecież, że jak matka wychodzi, to powinna wyjść z nimi! Z całym dobytkiem powinna opuścić mury domu. Powinna sobie uwiesić dwójkę dzieci do swoich nogawek i tak powłóczyć nogami aż padnie na chodniku. Mam nadzieję, że Kimśtam mi wybaczy ten dzisiejszy cytat, ale tak mi się wrył w umysł, że nie wytrzymałam, co zresztą już zakomunikowałam w trakcie naszej rozmowy telefonicznej.
Ciekawe, że jak ojciec dzieci wychodzi co domu, to nikt, ale to nikt do cholery nie zadaje tego głupkowatego pytania w stylu:
„Wychodzisz sam?! A co z dziećmi?!!!!!!!!!!”
Nikt mężczyznom nie zadaje tego pytania i nie łączy wychodzenia z domu z targaniem ze sobą dzieciaków, czasami z psem, kotem i złotymi rybkami na czele! Dla każdego albo prawie każdego wydaje się być logicznym, że skoro facet wychodzi, to dzieciaki zostają z matką. Takie stereotypy, ale wychodzi na to, że momentami tak są głęboko wryte w nasze myślenie, że nie nadążają za zmieniającym się światem.
Dlatego ja, o czym zresztą za chwilę napiszę, przywiązuję moje maluchy do Kaloryfera! Ha! Wyrodna jestem? Nie sądzę, ale o tym za chwilę.
Tak jeszcze w ramach tego wychodzenia z domu z całą ferajną. Całkiem niedawno wrzuciłam na FB zdjęcie z moim starszakiem. Bez mojego drugiego rocznego juniora, tak się akurat złożyło. Czasami z największą przyjemnością opuszczam chatę bez kochanego juniora, który publicznie potrafi być wobec mnie nieobliczalny, i biorę ze sobą bardziej ogarniętego starszaka. Cwana ze mnie bestia. Kochany stworek z juniora, ale zdolności adaptacyjnych i łagodnego charakteru to on na pewno po swoim tacie nie odziedziczył. Bardziej po mnie. Dlatego też wyszłam ze starszakiem i z jakiejś tam małoambitnej czynności wrzuciłam fotę na wszystkim znany dobrze portal społecznościowy. I dostałam co najmniej 10 komentarzy, w stylu:
„Super się bawicie! Ale gdzie Teo?!!!”
„A Teo, gdzie?!”
” A gdzie drugi Synek???!!!!”
Dlatego też spieszę i donoszę, że moje dzieci mają nie tylko mamę! Mamą w domu też Kaloryfer! Kaloryfer, do którego z największą przyjemnością przywiązuję moje dzieci. Co więcej! Ja z największą przyjemnością czasami wychodzę z domu bez dzieci i bawię się przednio! Odpoczywam wtedy, ładuję akumulatory a momentami powstrzymuję się nawet przed dzikim krzykiem z tego szczęścia na osobności! :D
No i zapytają mnie niektórzy: „Ale jak to? Gdzie wtedy dzieci????”
Jak to gdzie!!! Logiczne, że przywiązuję je do Kaloryfera! Tak, ja wyrodna, biorę jednego i drugiego i bez krępacji, bez najmniejszych wyrzutów sumienia i z wielką premedytacją przywiązuję je do ojcowskiej klaty, zwanej kaloryferem [czasami wymagającym wyrzeźbienia, ale oj tam oj tam :P]! Bezczelnie je do niej przywiązuję a one to uwielbiają! Kaloryfer też nie narzeka! Wystarczy pozwolić dziecku przytulić się do ojcowskiej klatki piersiowej na tyle mocno, aby poczuło jej ciepło! Tylko tyle i aż tyle!
Przy okazji, kto jeszcze bezczelnie przywiązuje swoje dzieci do ich dyżurnego Kaloryfera, o ile tylko jest w pobliżu? ;-)
Piona!







