Tak po prostu dziękuję. Za to, że działo się tyle dobrego.
W styczniu 2017 roku pomyślałam sobie, że ten rok będzie należał do mnie. Zaraz zapytacie, ale co to znaczy „należał”? Ano, że uczynię ten rok takim, jakim chciałabym, aby był. Kiedy przypominam sobie wszystkie moje plany z początku mijającego roku, to mam już pewność, że te najważniejsze się spełniły choć mała była we mnie nadzieja, że zostaną zrealizowane.
Marzyłam o trzecim dziecku.
Marzyłam a jednocześnie bałam się trzeciej ciąży. Nawet niektóre bliskie mi osoby zalecały ostrożność, no bo dwójka dzieci to wg nich niby „pikuś”, a trójka to już wyzwanie i nie każdy jest w stanie jemu sprostać. Kiedy w kwietniu dowiedziałam się, że jestem w upragnionej ciąży nie dowierzałam, a jednocześnie przepełniało mnie coś na kształt radości pomieszanej ze strachem.
A teraz tulę tę małą kruszynkę, która ma dłonie maleńkie jak u małej żabki brodzącej w kałuży. Patrzę na te małe oczyska, które zdają się patrzeć na mnie z uwagą i wiem, że to będzie kolejna przygoda. Piękna a jednocześnie trudna. To będzie balansowanie na granicy zmęczenia, radości i własnych potrzeb, które zawsze będą cierpliwie (lub mniej) czekały w kolejce.
Marzyłam również o tym, aby stworzyć coś fajnego, czym mogłabym się podzielić z Wami i by kawałek pozytywnych myśli zostawić w Waszych domach.
I udało się! Pod koniec roku powstał kalendarz na 2018 rok z rysunkowymi memami, który rozszedł się w tysiącach egzemplarzy, co przerosło moje najśmielsze oczekiwania. I jak sobie pomyślę, że kawałek mnie jest u Was, to tak mi się ciepło robi na serduchu. Że ta wirtualna przestrzeń się materializuje i zaczyna być namacalna. W styczniu oprócz kalendarzy pojawią się jeszcze inne rzeczy w moim sklepie, ale obecnie dopracowuję najdrobniejsze szczegóły, aby wyróżniała je jakość. By nie była to kolejna rzecz, która po myciu lub praniu będzie do wyrzucenia. Bo mam awersję do bubli i półproduktów i tego za Chiny Ludowe u mnie nie będzie.
W kontekście namacalności i przenikania tego „wirtualna do reala” marzą mi się też spotkania z Wami. Pomyślę o tym intensywnie, jak już Gaia będzie odrobinę większa, bo na razie chucherko to takie, że mogłaby śmiało posłużyć za przecinek w tym zdaniu ;-)
Marzyłam również o tym, aby zaznać w mijającym roku odrobinę spokoju.
Zrelaksować się. Zresetować. Nabrać dystansu do świata i siebie. Tylko połowicznie mi się to udało. Nie udało mi się zwolnić, co prawda, ale udało mi się otaczać siebie i rodzinę pozytywnymi ludźmi. W odstawkę poszły wampiry energetyczne, które wysysały ze mnie dobrą energię. Zamiast nich mam teraz koło siebie ludzi, którym ufam. Co prawda jest ich garstka i nie można ich liczyć w tysiącach, ale kto powiedział, że koło siebie trzeba mieć armię?
W Nowym Roku chciałabym znaleźć też czas na dłuższe wakacje. Nie uwierzycie, ale nie miałam prawdziwych wakacji od dwóch lat. Ciągle coś. Jak nie moje plany, to plany mojego Męża. To zmiany tych planów. W rezultacie zaczęłam czerpać energię z kosmosu, aby realizować to, co chciałam :-) Pewnie wiecie co mam na myśli. Matki mają to w jednym paluszku! Mogą padać na twarz i ledwo powłóczyć nogami, ale jakimś cudem znajdą energię na to, aby zmierzyć się z chorobami dzieci i ich humorami. Mamy tę moc (psia mać)! ;-)
Kiedy przypomnę sobie cały mijający 2017 rok, to wiem, że był szczęśliwy.
Co prawda straciłam bardzo bliską mi osobę, ale żyje ona teraz w moich wspomnieniach. Wiem, ile się od niej nauczyłam i doceniam każdą chwilę, bo to był naprawdę wspaniały człowiek. Szkoda tylko, że tęsknota jest taka wielka…
Ten rok był szczęśliwy, bo byliśmy zdrowi.
Nie byliśmy głodni i nie martwiliśmy się rzeczami, które martwiły nas rok wcześniej. Za to bardzo dziękuję. Kiedy człowiek uświadomi sobie fakt, że jest dobrze, tak po prostu, to orientuje się, że kiedy „jest dobrze” to tak naprawdę jest świetnie! I w tym roku było świetnie. Za to bardzo dziękuję!
I to „dziękuję” kieruję w swoją stronę, mojego Męża, moich najbliższych i w Waszą stronę. Bo choć wydawać by się Wam mogło, że ja jestem wirtualnym tworem, to zupełnie tak nie jest. Dziękuję za każde dobre słowo, za maile, za kibicowanie mi mimo że mnie osobiście nie znacie. Kobieta ze mnie, z krwi i kości. Płacząca, wkurzająca się. Walcząca. Czasami sfrustrowana, rzucająca mięsem i często wyglądająca z rana jak siedem nieszczęść i aż się dziwię, że mój Mąż czasami z łóżka w strachu nie wyskakuje :-)
W 2018 roku życzyłabym sobie więcej spokoju, mimo wszystko.
I chciałabym ten rok uczynić rokiem mojego-naszego związku, nad którym zamierzam pracować. Bo w tym pędzie życia, w tych obowiązkach, przy trójce dzieci i dniu zawalonym od rana do wieczora łatwo zapomnieć, że oprócz bycia Mamą i Tatą jesteśmy jeszcze dla siebie Żoną i Mężem, kobietą i mężczyzną, którzy kiedyś szaleli za sobą a teraz o 19.00 z minutami padamy na pyski marząc tylko o tym, aby dzieci pozwoliły pospać do 6.00 z minutami :-)
Może jestem bezczelna, ale dziękując za 2017 jednocześnie proszę, aby 2018 był dla mnie równie dobry, równie łaskawy i bym mimo tej mojej jędzowatości, o jaką posądza mnie mój M. czasami ;-), miała energię przenosić góry!
Życzę Wam pięknych chwil, by przeważały one nad Waszymi troskami i by tych trosk było jak na lekarstwo, a najlepiej wcale!
By dzieciaki Wasze spały Wam do późna, nie chorowały i by partnerzy byli dla Was wyrozumiali i dawali z siebie więcej niż w roku minionym! ;-) A tego nigdy za wiele!
Do zobaczenia w 2018! Już niebawem! A ja tymczasem naciągam „świeże” dresy na dupsko i będę sylwestrować! ;-) Piąteczka!







