Tak jak obiecałam, wracam do Was z dalszą częścią moich porodowych perypetii. Nie wiem na ile mój mały bąbel pozwoli mi dokończyć historię, ale zaraz się okaże. Pewnie wyjdzie z tego też część trzecia, bo ja z tych, którzy nie potrafią pisać skrótami.
W całym tym poporodowym zamieszaniu to uwierzcie mi, że chyba najbardziej zajmujące są moje starsze dzieci.
Mamo, jeść. Mamo, pić. Mamo, zrobiłem kupę. Mamo, a Teodol zablał mi majtki i założył sobie na głowę. Mamo, a ja nie lubię mięska. Mamo, to siamto, sramto i owamto. A Gaia sobie leży albo śpi i właściwie woła mnie tylko wtedy, jak jest głodna. Ale jak już jest głodna, to bójta się wszyscy, bo jak nie dostanie tego co chce na czas, to histerii nie ma końca :D Nawet jak strzeli bombę do pieluchy to pozostaje względnie tym faktem nieporuszona, także tylko alarmuje braki w dostawach pożywienia ;-)
Wracając jednak do porodowej historii, to sami widzicie, że to nic tak naprawdę szczególnego. Odeszły tylko kobiecie wody płodowe a zrobiła się z tego historia niczym lądowanie na przylądku Canaveral ;-)
Tych, którzy nie czytali części pierwszej, odsyłam do niej tutaj. A tych, którzy nie lubią nadmiaru prywaty lojalnie ostrzegam, że warto opuścić ten post właśnie w tym momencie. Bo później jest już tylko gorzej :D
Kiedy już „dyskotekowy discreet” został zastąpiony potężnym podkładem porodowym, w którym czułam się jakbym miała między nogami wielkogabarytową poduszkę, wróciłam do szpitalnianej poczekalni i pożegnałam się z moim Mężem. Oddałam mu moje rzeczy z poleceniem ich wyprania w domu. Co zrobił mój małżonek z nimi, jak się okazało podczas mojego wyjścia ze szpitala? On te rzeczy włożył do bagażnika i przyniósł mi w dzień wyjścia ze szpitala, i to w nich właśnie wracałam ze szpitala z Młodą :D Mówię Wam, nie ma nic przyjemniejszego niż nałożenie na tyłek jeszcze lekko mokrych jeansów, które wegetowały i pączkowały w bagażniku :D
Pani pielęgniarka od discreeta wzięła moją torbę na ramię i razem poszłyśmy w stronę windy. Najpierw weszła ona, później weszłam ja. I ja, jak to ja, na widok windy, która miała pewnie pół wieku musiałam zadać durnowate pytanie, bo nie byłabym sobą:
– I ta winda się Wam tutaj nie psuje? Bo tak widzę, że otwiera się na „słowo honoru”.
– Do tej pory się nie psuła. Zresztą, zaraz same zobaczymy. – odparła pani pielęgniarka, która twardo trzymała gardę do samego końca. Winda na chwilę się podczas jazdy zatrzymała, co wprawiło nas w lekkie osłupienie, ale za chwilę ruszyła pod górę.
Winda się nie zepsuła a ja powędrowałam na salę, na której rozpoczęły się przygotowania do mojego cesarskiego cięcia.
Najpierw podłączono mnie do KTG, a następnie wydano młodej pielęgniarce dyspozycję podania mi w kroplówce antybiotyku i nawodnienia mnie.
Była już godzina 8.00 rano. W międzyczasie zadzwoniła do mnie moja lekarka prowadząca moją ciążę uspokajając mnie, że cięcie wykona lekarz, który akurat był na dyżurze i jest świetnym chirurgiem. To mnie na serio uspokoiło. Na samą myśl, że zrobi to ktoś przypadkowy, jak przy moim pierwszym cc, kto na mój widok przewróci oczami, aż mnie mdliło. Dlatego fakt, że sytuacja jest pod kontrolą, był dla mnie jak balsam!
Po kilku minutach przyszła pani anestezjolog i poprosiła mnie o wypełnienie ankiety przedoperacyjnej. Bułka z masłem o ile tylko długopisu z rąk nie wytrąca Wam jakiś skurcz. Ale robiłam, co mogłam.
Skurcze moje przybierały na sile a ja już byłam na lekkim wykończeniu głównie ze względu na brak snu w nocy. Odliczałam już czas do cesarki, która miała się odbyć o 9.00.
W międzyczasie dzwoniłam jeszcze do mojego Męża, żeby sprintem przywiózł mi krople do nosa, które odetkają mi nos, bo nie zapominajmy, że ja byłam w trakcie choroby i kaszląca tak, że spokojnie można było uznać mój kaszel za odtykanie rur kanalizacyjnych. Bez tych kropli chyba bym umarła. Z tyłkiem na wierzchu w tym seksownym wdzianku z ligniny operacyjnej zostałam wywołana przez lekarza, że za chwil parę zacznie się operacja.
Rzutem na taśmę odetkałam sobie nos a główna pielęgniarka jeszcze rzuciła do młodej pielęgniarki pytanie:
– Antybiotyk i nawodnienie już Pani podałaś, tak?
Na co młodej pielęgniarce chyba się wtedy osunął grunt pod nogami, bo jej się zapomniało mnie dożylnie zaantybiotykować i nawodnić :D Matko i córko! Jak dobrze, że nad niektórymi rzeczami czuwa więcej niż tylko jedna osoba!
Dlatego w trybie ekspresowym została wydana dyspozycja podania mi dożylnie nawodnienia i antybiotyku. Ale to nie koniec :D Po podaniu antybiotyku pani pielęgniarka zabrała się za podłączenie nawodnienia i nagle podeszła starsza pielęgniarka, która zorientowała się, że tej młodszej popieprzyły się płyny i chciała mi podać coś zupełnie innego :D
Kufa. Mówię Wam, że to aż dziwota, że przed moją cesarką nie dostałam zawału serca. Poród na krawędzi! Starsza pielęgniarka chwyciła po właściwy płyn i na cito ciurkiem do żyły zaczęła się podaż nawodnienia.
Jak już mnie podrasowano tymi kroplówkami zostałam wywołana do operacji. Tip-topkami, trzymając między udami „poduszkę” podreptałam na salę operacyjną.
Zespół lekarzy i innych osób już na mnie czekał. Polecono mi usiąść na stole operacyjnym odsłaniając dolną część pleców, aby możliwe było wkłucie się ze znieczuleniem zewnątrzoponowym. Zapytano mnie raz jeszcze o to, czy jestem na coś uczulona (ja akurat jestem uczulona na ampicylinę, co podobno czasami może komplikować niektóre znieczulenia), o moją wagę (kilka razy odchrząknęłam przy podawaniu tej cudownej liczby) i pani anestezjolog zdezynfekowała obszar, w którym miało nastąpić wkłucie, chyba go też dodatkowo znieczuliła a następnie podała znieczulenie zastrzykiem w kręgosłup.
Ci, którzy tego nie mieli, zapytają pewnie, czy to boli. Nie jest to co prawda nic przyjemnego, ale nie sądzę, aby można było to połączyć z czymś bolesnym. Ot, po prostu wkłucie igłą odrobinę większą niż inne. Czuć przy tym najpierw lekkie ukłucie, odrobinę piecze a następnie czuć rozpieranie.
Za moment, jak już cały zastrzyk został podany, polecono mi położyć się na stole operacyjnym jak najszybciej, zanim znieczulenie zacznie działać.
Bo jak ono juz zaczyna działać, to kontrolowanie naszego ciała i jego masy zaczyna być kłopotliwe. Położyłam się na płasko na stole i po raz kolejny tego dnia w pozycji „samolocikowej” pomyślałam sobie, że „niech się dzieje wola nieba”.
Zasłonięto mi przedni widok kawałkiem materiału i za moment miała się rozpocząć moja operacja. Mąż czekał na mnie na korytarzu i miał po cesarce od razu pędzić do Gai, co mi dodawało otuchy, że dziewczyna nie będzie tylko w pielęgniarskich rękach, ale już Papcio będzie na nią czekał.
Pani Anestezjolog (kochana osoba, która była przy mnie cały czas próbując mnie zagadywać, co skutecznie hamowało telepanie mojego ciała, bo ja z tych operacyjnych cykorów i trzęsę się jak galareta podczas każdej cc), trzymała mnie za rękę przez cały czas i co chwilę dopytywała o to np. jak Młoda będzie miała na imię i ile ma rodzeństwa. Matko, jak mi tego zagadywania było trzeba! Oczekiwanie na ten pierwszy ruch skalpelem okrutnie mnie żyłuje emocjonalnie.
Wszyscy byli na swoich miejscach. I usłyszałam nagle:
– No to zaczynamy.
Ja już cała spięta. Wybiła godzina zero! Doktor podszedł do mnie, pani anestezjolog ścisnęła mnie mocniej za rękę na znak tego, że wszystko będzie ok i nagle usłyszałam od lekarza:
– No nie. Tak to my teraz na pewno nie zaczniemy. Co one znowu odwaliły? Ile razy mamy im powtarzać, co należy do ich obowiązków? – powiedział doktor totalnie podirytowany a ja zupełnie nie wiedziałam, o co chodzi!
Cały zespół aż zamarł. A najbardziej zamarłam ja!
Jutro napiszę Wam, co opóźniło moją cesarkę. Bo to historia rodem z filmu a najlepsze w tym wszystkim jest to, że cały zespół mówił jakimiś hasłami, które dopiero po jakimś czasie rozszyfrowałam i zorientowałam się o co naprawdę wtedy chodziło!
Tymczasem wracam do Gai, bo słyszę stękanie zwiastujące „niespodziankę” a jej bracia próbują zagrzewać ją do tego stękania. Cyrk pański, mówię Wam! Dodam tylko, że do wczoraj nie wiedziałam o istnieniu pieluch w rozmiarze 0, które i tak są na moją córcię za duże! :D Pupa jak przecinek!
Do jutra!







