Gościliśmy w domu osobę, której mam wrażenie bardzo nie spodobał się fakt, że zakazuję moim dzieciom pewnych rzeczy. [Ale powiedzcie, że miałam pecha, i że takich ludzi więcej nie ma! Bo ja już zwątpiłam i zastanawiam się, czy głupota przypadkiem nie jest przenoszona droga kropelkową… ]
Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że każdy ma inny model wychowania swoich dzieci. Jedni pozwalają swoim dzieciom na wszystko. Ja jednak nie należę do grona takich rodziców. Pozwalam moim dzieciom na wiele, jednak stawiam jasne granice w niektórych kwestiach i są to żelazne zasady, których przestrzegam. No taka właśnie jestem „niedobra” wg niektórych osób. Nic na to nie poradzę. Ja doszłam do wniosku, że są pewne ramy, których należy się trzymać. W przeciwnym razie moje dzieci wejdą mi na głowę i przy okazji zrobią sobie jeszcze krzywdę. A ja tego nie chcę.
Kropka :-)
Wracając jednak do tamtego spotkania. Owa osoba, której wcześniej na oczy nie widzieliśmy i przyszła w ramach sąsiedzkiej przysługi (tak naprawdę nikt z naszych bliskich, a raczej przypadkowy gość, który chyba lubi wtrącać się ze „złotym środkiem”) zrobiła wielkie oczy, kiedy stanowczo zawróciłam mojego Juniora do stołu nie pozwalając mu bawić się widelcem na dywanie.
– Ale to przecież tylko dziecko. Niech Pani na niego nie krzyczy. – zagaił nasz gość.
– Ale ja na niego nie krzyczę, Pani XYZ. Teoś, czy mama na Ciebie krzyczała? – zagaiłam do młodszego. On zgodnie z prawdą zaprzeczył.
I pozwoliłam sobie ciągnąć wątek dalej, ale nie udało mi się, bo szanowny gość przerwał mi zanim ja zaczęłam:
– Niech się nauczy jeść widelcem i nożem. Kiedy ma się nauczyć, w szkole? – dodał nasz gość.
Przyznam, że ciśnienie mi zaczynało wzrastać, bo ja z tych mamusiek, które nie lubią głupkowatego strzelania z …upy, że tak to ujmę.
– Ależ ja pozwalam mojemu synowi posługiwać się widelcem i nożem. Ale nie pozwalam mu się nimi bawić.
– No ale co to szkodzi. Krzywdy sobie tym nie zrobi a na dworze angielskim miałby się czym popisać. Prawda? – znowu zostałam zaskoczona dziwnym pytaniem.
– Nieprawda. – uśmiechnęłam się najbardziej neutralnie, jak tylko potrafiłam.
Ale tak naprawdę, to miałam ochotę (bez kitu) pocisnąć jakąś ripostą, ale z ludźmi w starszym wieku nie wypada sobie pogrywać na riposty.
– Ja nie dlatego nie pozwalam mojemu dziecku bawić się widelcem, bo nie chcę żeby się nim posługiwało. A dlatego, żeby przypadkiem na niego nie upadło, a owy niewinny widelec by się w jego mózg nie wbił. Matczyna wyobraźnia mi wiele podpowiada, ale to przecież nie Pani jechałaby z moim synem na pogotowie a ja. Nie Pani by drżała o jego życie, a ja.
– Już niech Pani nie przesadza. – i zaczęła sobie śmieszkować pod nosem insynuując, że chyba przesadzam.
Nie, ja nie przesadzałam! Moje dzieci nie bawią się żadnymi widelcami ani nożami. To znaczy zdarza im się, ale jak to wyłapię, to zawracam do stołu. Widelce to nie miecze samurajskie tylko narzędzia służące do jedzenia. Przy stole, do cholery.
I tak, mogłyby się wbić w mózg. Przez zupełny przypadek koleżanka, której opowiadałam zdarzenie, podesłała mi przed kilkoma godzinami artykuł, w którym był opisany przebieg operacji małego chłopca, który bawiąc się w porze obiadowej pałeczkami do jedzenia potknął się, a jedna z nich wbiła mu się przez jamę ustną w mózg. Ja panikuję, niby? Ehhh…


Całe szczęście, że operacja się udała a chłopiec podobno dochodzi do siebie.
No właśnie. I właśnie dlatego nie pozwalam moim dzieciom bawić się nożem i widelcem.
I tak, jestem wredną matką, która stosuje zakazy. Ale potrzebne zakazy, które od takich sytuacji chronią…. I nie jestem panikarą. Jestem przewidująca!







