Mój Syn ma na swoim liczniku dwa lata. Dwa piękne i barwne lata podczas których poznał już całkiem spory kawałek nowego dla siebie świata. Dwa wspaniałe lata podczas których razem z moją drugą połową pokazaliśmy temu małemu człowiekowi wszystko, jak tylko potrafiliśmy najlepiej.
Mogę śmiało powiedzieć, że moje dziecko wie co lubi najbardziej i co go naprawdę kręci. Pewne preferencje są dla niego stałe, niektóre zmieniają się z czasem. Jak to z każdym człowiekiem na tej planecie, prawda? Rzadko kiedy wsuwamy marchewkę z tak samo wielkim smakiem przez cały nasz żywot, lubimy kolor niebieski czy też delektujemy się zsiadłym mlekiem. Życie raczej nie bywa constans. Zresztą, czy cokolwiek bywa stałe?
Nie chcę tutaj filozofować ani się wymądrzać, bo nie taki jest cel tej mojej blogowej tyrady. Ani nie jestem żadnym guru, ani nie mam na koncie tysiąca fakultetów. Nie lubię jednak szufladkowania, wielkich oczu i wylewanej troski na moje skromne bary i wielkie serce, albo odwrotnie – jak kto woli ;-)
A niestety tak ostatnio bywa, że niektóre wielce stroskane osobistości świata i mojego otoczenia wyrażają ogromny smutek, gdy widzą, że Ivo nie jest jeszcze wymiataczem polskiej mowy i nie przepada za bardzo za czytaniem mu książek!
No sorry Winnetou, ale pomimo faktu, że gderam przy nim jak karabin maszynowy non stop od kiedy tylko się urodził, i z uporem maniaka próbuję czytać mu bajki, to on naprawdę ma gdzieś, że powinien [wg niektórych zacnych osobistości;-)] gonić w tym względzie swoich rówieśników.
I [cholera], bardzo dobrze, a jeśli nie zajebiście, że rozwija się ten mój facet w swoim tempie! Nie musi brać udziału w żadnym wyścigu szczurów i w głębokim poważaniu ma to całe dwulatkowe zamieszanie! Ot, co! :-)
Strasznie, ale to strasznie nie lubię tych matczynych licytacji, w których bierze udział dość spora część kobiecego społeczeństwa.
Tych licytacji, które to polegają na tym, że na podium stawiają swoje dzieci i doklejają im coraz to nowe kotyliony zajebistości. Oczywiście w obecności innych matek, które albo muszą znosić te przechwałki albo dorzucają swoje trzy grosze w temacie swoich dzieci. I tak całe to kółeczko przechwałek trwa w najlepsze i z coraz większą fantazją matki robią ze swoich maluchów omnibusowe mutanty, które siedziały na nocniku już w wieku czterech miesięcy, znały polski i chiński alfabet tuż przed pierwszym rokiem życia i skakały po drzewach w trzynastym miesiącu.
Chwalmy te nasze dzieci. Pokazujmy im naszą aprobatę, zachwyt i miłość, ale oszczędźmy innym wysłuchiwania tych naszych teorii i dekalogów. Pławmy się w wyjątkowości naszych maluchów w okrojonym, rodzinnym gronie, które może mieć ochotę [ale czy, aby na pewno tę ochotę ma?] na rozsłuchiwanie się w naszych trzynastozgłoskowcach…
Nosz jasny gwint! No mój Syn też jest przegenialny! Jak każde dziecko, zresztą!
I może szybciej biega od swoich rówieśników!
I ma genialną koordynację ruchową!
I wrażliwość też ma genialną, ale … przecież…
…nie usiądę z resztą kwok przy kawie i nie będę go wychwalać pod niebiosa, aby próbować zrobić z niego drugiego Usaina Bolta, mistrza światowych bieżni… Litości! ;-)
Każdy z nas, rodziców, wie co robi.
A robimy to najlepiej jak potrafimy.
Bo znamy to swoje dziecko na wylot.
Znamy jego potrzeby, jego rytuały i możliwości.
Nie dajcie się wkręcić w te matczyne przechwałki.
Nie pozwólcie, żeby słuchanie tej przechwalczej tyrady Wami zachwiało.
Nie przejmujcie się tym, że Wasze dziecko nie robi jeszcze tego czy tamtego – o ile trzymacie rękę na pulsie i wiecie gdzie uderzyć w razie jakichś przypuszczeń, to wszystko jest cacy!
Czy każdy z nas jest taki sam i w tym samym czasie posiada pewne umiejętności i tak samo kręci nas na przykład paralotniarstwo albo zbieranie znaczków?
Czy to, że Ty zacząłeś liczyć do dziesięciu w wieku 2 lat a ja w wieku trzech umiałam już robić szpagat ma teraz jakiekolwiek znaczenie?
Albo, że ja siadałam na nocniku w piątym miesiącu życia a Ty dopiero gdy miałeś 3 lata?
Jakie to ma znaczenie, gdy teraz wszyscy tak czy siak i tak siadamy na deskę sedesową i czynimy naszą powinność?
Pewnie nie spotkamy się na placu zabaw na ławce i nie pogdaczemy razem, i całe szczęście!
Spotkamy się tam gdzie można na pełnym spontanie cieszyć się fajnym dzieciństwem naszych dzieci. Wypijemy razem kawę i pogadamy o nowych planach na życie, zamiast ścigać się w licytowaniu na kolejne umiejętności, które nasze maluchy posiadły zanim jeszcze przyszły na świat ;-)







