Często mój M. zarzuca mi w moich postach feministyczne i zerojedynkowe podejście do rzeczywistości. Wg niego zdarza mi się przedstawić kobiety jako te umęczone cierpiętnice dryfujące w otchłani macierzyństwa spychane na margines przez mężczyzn i wykorzystywane do cna.
Pewnie zdarza mi się czasami popłynąć zbyt daleko, do czego przyznaję się bez bicia, jednak nie taki jest mój zamysł. Obserwuję otaczający mnie świat, moją codzienność cholernie daleką od ideału i czytam Wasze maile. Dochodzę wtedy do wniosku, że ja wcale nie koloryzuję niczego. Jak niby miałabym pisać o świecie, w którym jest równowaga na tych rodzicielskich płaszczyznach, skoro feedback ze świata i okolic nie przynosi mi takich przykładów? Co więcej, te dobre wzorce należą często do wybitnej mniejszości i ciężko mi w ogóle nazwać je regułami, albo prawidłami. Dlatego piszę o tym, co mnie wkurza i z czym się nie zgadzam, aby nie napisać dosadniej. Bo o tym, że trawa bywa zielona a fiołki fiołczą się w wąwozach, to my wiemy.
Powróćmy do tej walki, o której już napomknęłam w tytule tego posta. Kiedy próbuję sobie przypomnieć moje ostatnie dziesięć lat, albo pójdźmy trochę dalej, niech będzie 12 lat, czyli od kiedy tak naprawdę zaczęłam w miarę dojrzałe obcowanie z mężczyznami, to dochodzę do wniosku, że w każdym przypadku i w każdej relacji musiałam pa-zu-ra-mi określać swoje terytorium i zakres działania. I pisząc „określać” mam na myśli twardo wytyczać, a czasami wręcz wyszarpywać co „moje”. Jeśli przegapiłam ten moment i za daleko pływałam w odmętach romantyzmu i przyzwalania na bukwieco, to dostawałam po dupie, bo jaśnie panom zaczęło się wydawać, że te codzienne śniadanka czy tam mizianko po pleckach, to idzie tylko w jedną stronę, a oni będą leżeć i się delektować naszym zapierdzielankiem i dogadzaniem. A d.upa. Ja na to nie przyzwalam.
Całe moje szczęście, że od kiedy razem z moim M.tworzymy związek, to już wiedziałam na czym stoję z samą sobą i mając doświadczenie z lat poprzednich, czułam podskórnie, że jeśli nie postawię kawy na ławę, jeśli nie będę grać w otwarty karty bez bezsensownego ugłaskiwania rzeczywistości, to daleko nie zajadę. Ba! Nie zajedziemy daleko jako duet!
Lata bezdzietne uświadomiły mnie, że dobrze znać zasady, w ramach których poruszamy się w związku jako ludzie. Nikt mi nie powie, że pełen spontan działania i zachowań to zdrowa rzecz. Z czasem wśród par o dłuższym stażu klaruje się ścisły podział obowiązków, rejonizacja domowych czynności, i cała ta nudna i nienudna reszta, która wpływa na to, że system małżeństwem czy tam narzeczeństwem albo partnerstwem zwany, działa w miarę bez zarzutów ;-) U nas się to całkiem fajnie podzieliło. I całe nasze szczęście, że podzieliło się wtedy a nie podczas „wicia gniazda”.
Bo kiedy na świecie pojawiły się dzieciaki, to nastąpiło całkiem spore pieprznięcie! Wybaczcie ten kolokwializm. Zatrzęsły się nasze mury, zagrzmiało, zawiało, pozrywało część naszych partnerskich dachówek. To, z czym przyszło nam się zmierzyć z dzieckiem, to był zupełnie nowy system, jeszcze nieodgadniony dla nas, nieokiełznany, niemożliwy do ogarnięcia za pomocą komend CTRL Alt Delete.
Przy pierwszym dziecku myślałam, że to całkiem naturalne tak się zajeżdżać jako matka i przebywać z dzieckiem 24/7, bo przecież ten mój Mąż jawił mi się w moich oczach jak bezbronna i lekko zacofana jednostka, która niedajpaniebosze zrobi jeszcze krzywdę naszemu maleństwu ;-) Utwierdzały mnie w tym przekonaniu momenty, kiedy nasze najbliższe otoczenie widzące mojego M. z dzieckiem na rękach myślało, że to jakaś dziwna w ogóle nieprawidłowość taki „Facet z dzieckiem”, gatunek na wymarciu, eskponat niczym „Dama z łasiczką.” Wyobraźcie sobie, że próbowano zabierać mu z rąk naszego pierworodnego. Do dzisiaj pamiętam naście sytuacji, w których moi Teściowie widząc mnie przekazującą naszego synala w ręce jego Taty, protestowali mówiąc: „że oni go wezmą a mój M. niech sobie lepiej odpocznie.” Zdrzemnie się czy coś w ten deseń ;-)
:D Odpocznie, czaicie? ;-) Rozumiecie ten paradoks? To są lata, laaa-taaa, żeby nie napisać wieki. Te błędy i dziwne utarte zachowania sprzed pokoleń kiedy to Matki Polki harowały w domu a Panowie po przyjściu po pracy odpoczywali. No bo przecież, że one nie odpoczywały, bo niby po czym miały odpoczywać? :D Gotowanie, sprzątanie i wychowywanie dzieci to była przyjemność, której one się z namaszczeniem oddawały :D A panowie wieczorami kładli się na wersalki i chrapali w najlepsze, albo oglądali telewizję zupełnie nie czując potrzeby, o przyjemności nie wspomnę, z tego aby na chwilę dać tej swojej kobiecinie „odejście” i pozwolić jej na kilka wdechów poza domem. Ba! Te kobiety często nawet nie wiedziały, że można inaczej! One chyba nawet nie czuły potrzeby, bo nikt im nie powiedział i nie pokazał, że można inaczej. Prababki nie czuły tej potrzeby, babcie nie czuły, nasze matki miały przebłyski. A kiedy my chcemy wdrożyć ten plan wyzwolenia się z tych sztywnych szponów macierzyństwa, to nagle jesteśmy postrzegane jako wyrodne, nie kochające albo takie, które mają niepoukładane w głowie.
Całe nasze szczęście, nas – kobiet, których rzeczywistość się odrobinę różni od tej sprzed 50 lat, że mamy pogląd na to jak było i nie damy się zepchnąć w sidła społeczeństwa, które jeszcze do końca nie ogarnia, że my też chcemy czasami wyjść wieczorem z psiapsiółą na lampkę wina. My też mamy ochotę pójść na siłownię, aby zadbać o siebie. Ba! Z ostatnich Waszych komentarzy pod tekstami [za które komentarze po stokroć dziękuję!] wynika, że część z Was nawet wyjeżdża na samotne, krótkie wakacje, babskie-spa, wyjazdy pracownicze, zostawiając w domu z dziećmi Waszych partnerów. I świat się nie zawala! Ba! Oni całkiem dobrze funkcjonują w takiej rzeczywistości [ o ile tylko wiedzą, że nie jest to sytuacja constans i za jakiś czas ktoś ich zbawi od tego „gospodyniowania” ;-)
Moje otoczenie na komunikat w stylu: „Jadę na dwa dni do SPA bez dziecka, sama!” zapewne zeszłoby na zawał, ale moja w tym rola, aby pokazać im, że to nie fanaberia, tylko ogromna wewnętrzna potrzeba, aby nie zwariować.
Konkludując już i nie przynudzając: czego sobie krwią nie wywalczymy, czego nie uzmysłowimy naszemu otoczeniu, czego nie wyklarujemy jak krowie na rowie, to nie będzie nam dane!
Matki Polki Walczące ;-) piona! ;-)
SPROSTOWANIE:
Chcę Was za coś przeprosić.
Nie jestem nieomylnym typem człowieka, który nie zauważa swoich błędów i leci na oślep….
Opublikowany przez szczesliva.pl na 3 lipiec 2016







