Kobieta powinna mieć Plan B.

napisała 09/04/2016 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

Wiem, że tym wpisem odrobinę naruszę kobiecy spokój i zasieję trochę zamętu. Długo zwlekałam z podjęciem się tego tematu. Właściwie nie wiem jaka była tego przyczyna. Prawdopodobnie jednak dopiero teraz dojrzałam do tego, aby się z nim zmierzyć. Mam jednak nadzieję, że oprócz zamętu zasieję również pewne ziarno, dobre ziarno, bo taki jest mój zamysł.

Gdy zaczynałam pisać ten post w jego tytule pojawił się znak zapytania i brzmiał on: Czy kobieta powinna mieć plan B? Zdecydowałam jednak, że teraz już wiem, że ona ten plan B zdecydowanie powinna mieć. Ba, jestem tego pewna, żeby zabrzmiało to jeszcze bardziej dosadnie. Ale o tym za chwilę.

Wiecie jak to jest. Spotykamy tę swoją drugą połowę i świat zaczyna wirować. Dochodzimy w pewnym momencie do punktu, w którym jesteśmy pewni, że to z nią bądź z nim chcemy spędzić resztę naszego żywota. Ba! My nie tylko chcemy dzielić z nim resztę naszych dni, ale chcemy założyć rodzinę! To już nie jest życie tylko we dwójkę. W tym momencie spada na nas odpowiedzialność za dziecko, a może nawet dzieci, które to pod naszymi skrzydłami wykarmimy, odchowamy i puścimy w świat.

Zanim jednak je odchowamy i damy im wolną rękę, a także pozwolimy o samodecydowaniu o swoim życiu, to minie mnóstwo czasu, podczas którego będziemy się docierać. Dopasowywać jako para. Poznawać siebie z każdym dniem, tygodniem, miesiącem. Z każdym rokiem przybędzie nam kłótni i odhaczymy kolejne ptaszki na naszej prywatnej tablicy kompromisów. Może nawet nasz związek zawiśnie na cienkiej linie. Kto wie. Od okresów błogich, przejdziemy przez te pełne napięć, kłótni, zrezygnowania, potrzeby odpoczynku, aby znów się zbliżyć do siebie, zatęsknić za dawnymi czasami, za świeżością. I tak dalej i dalej, mogłabym wymieniać bez końca. Sami doskonale wiecie, jak to bywa w związku. Zapewne im staż dłuższy, tym więcej na drodze przystanków i pętli.

To pójdźmy trochę dalej. Niektórzy mówią, że w życiu możemy być pewni tylko siebie, chociaż i z tym czasami można mieć problem. Idąc tym tropem dochodzę do punktu, w którym błyska w mojej głowie pewna myśl. Bo to jest tak, że przecież kochamy się. Może już nie tak szalenie i namiętnie, jak na początku, chociaż kto wie. Każdy związek jest przecież inny i jest on sinusoidą, na której namiętność raz jest na samym szczycie, aby później przejść w fazę uśpienia. Bo a to ciąża z komplikacjami, a to okresy połogu. A może i nawet napięte miesiące, podczas których seks i bliskość są ostatnimi sprawami, na które mamy ochotę.

Ja tę myśl, o której przed chwilą wspomniałam, zawsze odpycham i nie wypowiadam jej głośno, bo głęboko wierzę w nas. We mnie i mojego Męża. Jednak z tyłu głowy zawsze jest jakaś taka mroczna myśl, która prawdopodobnie kołacze się w Waszych głowach i zapala nam alarmujące światełko, które każe rozważać opcję: a co jeśli on/ona spotka kogoś innego? Wiecie. To takie głupkowate sygnały, które wysyła nam podświadomość i trudno się od nich odpędzić. No właśnie, co wtedy? Zostawię to pytanie otwarte.

Pohipotetyzujmy trochę. Założyliśmy rodzinę. Pojawiły się na tym świecie dzieci. Kobieta zrezygnowała ze swojej ścieżki zawodowej, aby zająć się domem. Podjęliście decyzję, że tak będzie lepiej dla wszystkich. Mężczyzna zajmie się zarabianiem na dom a kobieta zaopiekuje się domowym ogniskiem. Mijają lata, pojawiają się na świecie kolejne dzieci. Tymczasem kobieta coraz bardziej oddala się od wizji robienia kariery i poświęca ją dla rodziny. Bardzo to piękne. Podział ról, zupełnie taki jaki bywał kiedyś. I ja byłam na tym etapie kilka lat temu, pozwolę sobie wtrącić. Czułam się bezpiecznie będąc w 100% na utrzymaniu mojego Męża i nie węszyłam zmian w tym temacie. W tym czasie kobieta traci prawo do wykonywania swojego zawodu, albo na dobre dezaktualizuje się jej wiedza, umiejętności, dotychczasowe miejsce pracy już o niej zapomniało, a dla innych pracodawców nie jest w ogóle atrakcyjnym kąskiem. Życie, chciałoby się rzecz. Samo życie. Była decyzja, są i pewne jej skutki.

I w tym czasie dzieją się dziwne czary-mary. Związek się sypie, albo ktoś go sypie, bo samo-się to raczej nic nigdy się nie dzieje. Parę kiedyś zakochanych w sobie ludzi zaczyna więcej dzielić niż łączyć. Dochodzi do rozstania. Kto najbardziej traci na tym wszystkim? Rodzina traci, pisząc ogólnie. A dzieląc tę rodzinę na jednostki, to oprócz dzieci, które cierpią ogromnie, w największym potrzasku jest w moim przekonaniu kobieta. Ta do tej pory Pani domu, gospodyni, która zostaje z ręką w nocniku. No chyba, że trafi na hojnego byłego małżonka, który zechce ją wspierać chociażby do czasu wpasowania się w nowy rynek pracy, aby zacząć życie od nowa. Raczej niedoczekanie z tą hojnością, pozwolę sobie tutaj napomknąć, biorąc pod uwagę znane mi historie kobiet, które już przez to przechodziły.

Idźmy dalej. Oprócz tendencyjnych czary-mary, o których napisałam powyżej, czyli życie poszło dwojgu z małżeństwa w osobnych kierunkach, możemy mieć mniej szczęścia w tej naszej rodzinnej sielance. Z trudem to piszę, bo nikt z nas, nawet ja, nie lubi wypowiadać takich myśli głośno. Warto jednak wziąć tę odpowiedzialność na klatę i stanąć twarzą w twarz z ewentualną rzeczywistością. Otóż życie nie jest wieczne. Ono bywa czasami z różnych przyczyn skracane. Przeklęte wypadki, choroby czy inne zakończenia, o których nikt nie chce nawet myśleć. Nikt nie lubi być zaskakiwany. Co więcej. Nigdy nie możemy być w 100% przygotowani na każdą życiową ewentualność. Nagle zabraknie mężczyzny, na którym to opierał się cały ten finansowy fundament rodziny, a na kobietę spadnie to wszystko, o czym do tej pory nie miała zielonego pojęcia, bo zdawała się w 100% na niego. Przyjdzie jej zmierzyć się nie tylko z traumą sytuacji, ale jednocześnie zawiśnie nad nią coś, co może być ponad jej siły, a ma na utrzymaniu jeszcze dzieci. Nie tylko siebie.

Tak głośno sobie myślę. Czy my – kobiety powinnyśmy w 100% poświęcać się rodzinie zapominając o swoim rozwoju, w tym zawodowym? O dokładaniu naszej cegiełki, nawet śladowej, do domowego budżetu, choćby tylko po to, aby mieć tę awaryjną furtkę i pole manewru w sytuacji, która nas może zaskoczyć? Nie chciałabym dokonywać zamachu na błogie macierzyństwo. Poddaję temat dyskusji. Wiele kobiet godzi macierzyństwo z pracą pełną parą. Każdy dokonuje wyboru za siebie siebie i dla swojej rodziny.

Ponieważ w życiu lubię spadać na cztery łapy i czuję się odpowiedzialna za całą naszą gromadę, a także zdaję sobie sprawę z ulotności pewnych aspektów, od pewnego czasu zaczynam organizować dla siebie i dla rodziny awaryjną furtkę. Furtkę, z której mam nadzieję nigdy nie będę musiała korzystać. Bo kocham mojego Męża nad życie. I tak samo kocham moje dzieci. I cokolwiek będzie się działo, to chciałabym być bardziej z przodu niż z tyłu, jeśli wiecie, co mam na myśli.

Co robię w ramach tego, o czym piszę dzisiaj? Dbam o to, aby się rozwijać. Cieszy mnie to, że mogę dokładać się do domowego budżetu. Nie po to, aby udowodnić całemu światu, że ja też potrafię, bo ja wiem, że potrafię. I Ty też potrafisz. Ale po to, aby się asekurować i być jednym z ogniw rodzinnego fundamentu.

Miejmy swoje pasje. Dłubmy w rękodziele. Zaliczajmy kursy mimochodem tego absorbującego macierzyństwa. Wiem, że nie jest łatwo. Wiem, że to wymaga olbrzymiej synchronizacji, kolejnych poświęceń. Kolejnych podpunktów na naszej codziennej liście „do zrobienia”. Nie musimy zakładać od razu spółek i zarabiać milionów. Miejmy zwyczajnie z tyłu głowy myśl, że odrobina samodzielności finansowej, naprawdę chociażby ułamek, jest dla nas czymś dobrym. Czymś co zaprocentuje. To taka iskierka samodzielności. Nikomu nie chcę odbierać tego wspaniałego poczucia bycia gospodynią domową, kobiecą ostoją rodziny. Bo to piękna decyzja, to jakby pełen etat i praca chyba nieporównywalna z żadną inną, za którą nikt nam nie płaci a wynagrodzenie otrzymujemy w miłości naszych dzieci i partnera. To poświęcenie warte wszystkiego. Gdyby tylko tak odrobinę rozszerzyć je o perspektywę asekuracji? Dla każdego w innym wymiarze, dostosowanym do siebie w taki sposób, w jaki uważamy to za właściwe?

Zofia Bogusławska w „Domu w rzece” kiedyś to trafnie ujęła. Pozwoliłam sobie pożyczyć od niej te kilka poniższych zdań:

Martwię się najczęściej niepotrzebnie, ale martwienie się takie uważam za asekurację, czyli zabezpieczenie przed nagłym i niespodziewanym uderzeniem. Niby za linę uczepioną nad przepaścią. Może być niepotrzebna, ale może się przydać. 

Obyśmy nigdy nie potrzebowały tej liny.Obyśmy nigdy nie musiały spadać. A jeśli już, to zawsze na cztery łapy!

Podobne wpisy