Kontrowersyjna i wyjątkowa rzecz, której zamierzam nauczyć moją córkę.

napisała 10/10/2017 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

Całkiem niedawno z ust dość bliskiej mi osoby usłyszałam kwestię, która bardzo mnie zastanowiła. Nie mogłam zrozumieć, skąd u innych często mylne przekonanie o tym, dlaczego wykonuję pewne czynności.

Zdziwiłam się, że pewne kwestie odbierane są przez otoczenie negatywnie choć mam wrażenie, że wcale tak nie powinny być interpretowane.

– No i po co się tak pindrzyć, skoro i tak ludzie tego nie docenią?! – usłyszałam pewnego dnia, kiedy skończyłam właśnie malować rzęsy i zaczęłam wsmarowywać krem do rąk.

Słowo „pindrzyć” zadudniło mi w uszach i poczułam się niczym studentka, której rodzice wypominają, że oto właśnie pomalowała sobie oko, a przecież jest tyle innych, ciekawszych i bardziej wartościowych rzeczy do robienia. Można wynieść śmieci, sprzątnąć łazienkę, umyć okno, ugotować obiad. A tu się kobieta niepotrzebnie poci nad tym, aby pomalować sobie rzęsy. I to „dla innych”!

W głowie miałam kalejdoskop myśli, które miałam ochotę wyrzucić z siebie, aby pokazać, że zupełnie nie zgadzam się z tą aluzją dotyczącą „pindrzenia się”, bo to sugerowało, jakby to była czynność zabroniona, niewłaściwa, niepotrzebna, wręcz obraźliwa a nawet insynuująca mój potencjalnie niski iloraz inteligencji!

– Po pierwsze, nie robię tego dla innych, a robię to przede wszystkim dla siebie. Lubię o siebie dbać. A po drugie – robię to z taką samą przyjemnością i poczuciem obowiązku, jak przy porannym myciu zębów, myciu okien, gdy są już brudne, i mogłabym tak wymieniać bez końca. – już tego nie wypowiedziałam na głos, aby nie rozniecać ognia w dyskusji. Zostawiłam to dla siebie.

Odkąd pamiętam moja kochana mama zachęcała mnie do dbania o siebie. I potrafiła robić to w sposób nienachalny, a trafnie podkreślający aspekt, że dbanie o siebie jest zwyczajnie ZDROWE! Nie tylko zachęcała mnie do dbania o siebie poprzez aktywność fizyczną, z którą było mi niestety nie po drodze (tylko w sportach drużynowych czułam się jak ryba w wodzie, a fitnessy czy bieganie było dla mnie katorgą…), ale również to ona, jako dyplomowana wizażystka, wprowadziła mnie w tajniki pielęgnacji skóry.

 

To ona zrobiła mi mój pierwszy makijaż, kupiła mi pierwsze mleczko do demakijażu, pierwszy krem i pierwszy tonik. To ona pytała mnie przed snem, czy aby na pewno zmyłam makijaż. Nikt inny jak właśnie ona pokazała mi, jak mogę podkreślić moją urodę korzystając z niektórych produktów do makijażu jednocześnie nie przesadzając, a tylko akcentując niektóre partie.

Za to jej właśnie dziękuję! Za to, że nie traktowała moich nastoletnich potrzeb z wyniosłością czy niezrozumieniem, a starała się podejść bliżej mnie i mnie wysłuchać. Uświadomiła mi, że bycie kobietą to też w pewnym sensie przyjemny obowiązek. Przyjemny obowiązek dbania o siebie!

Ale dbania o siebie przede wszystkim dla siebie, a nie dla innych!

Tak właśnie. Niech będzie, że dla niektórych się pindrzę. Że lubię pokazać się światu w makijażu, że lubię mieć wypielęgnowane ciało, a w mojej torebce na przekór całemu światu trzymam krem do rąk, który lubię wsmarować w dłonie kilka razy dziennie.

Co dla niektórych jest zupełnie niepotrzebną stratą czasu, wszak można by było tyle sprzątnąć i tyle ugotować w tym czasie! ;-) A ja bezczelnie wstanę czasami wcześniej i wklepię w skórę krem opuszkami palców, jak mnie kiedyś uczono na kosmetologii. Zarzucę na twarz korektor pod oczy, dorzucę trochę różu na policzki i pomaluję rzęsy.

I gdy przyjdzie na to odpowiedni czas, to z największą przyjemnością poinstruuję w tym moją córkę, aby nie czuła się jak „kobieta pindrząca”, a „kobieta zadbana”! Ot, co ;-)

Do podzielenia się z Wami moim podejściem do dbania o siebie, zaprosiła mnie marka Christian Laurent, której produkty testowałam razem z moją Mamą.

Kosmetyki Christian Laurent przeznaczone są dla kobiet dojrzałych i pragnących zadbać o siebie. To luksusowa marka kosmetyków, którą znajdziecie w 200 wybranych drogeriach Rossmann. W gamie marki Christian Laurent są nie tylko kosmetyki dla osób powyżej 40-tego,  55-tego i 65-tego roku życia, ale również kosmetyki uniwersalne, nieskategoryzowane wiekowo, co bardzo mnie ucieszyło :-)

Czego z gamy Linii Christian Laurent próbowała moja Mama?

Infuzyjny krem przeciwzmarszczkowy odbudowujący gęstość skóry 55+.  Krem ten wykorzystuje infuzyjny mechanizm transportu składników aktywnych za pomocą mikroprzekaźników, zwanymi promotorami przejścia komórkowego, które umożliwiają przeniesienie składników aktywnych  do głębokich warstw skóry oraz ich stopniowe uwalnianie. Krem zawiera w składzie drobinki 24 karatowego złota, ekstrakt z czarnej róży i kompleks ROYAL CAVIAR. Bardzo intensywnie nawilża, co potwierdziła moja Mama, poprawia gęstość skóry i wygładza głębokie zmarszczki.

W linii znajdują się również: infuzyjny złoty krem przeciwzmarszczkowy pod oczy i na powieki, który redukuje cienie i obrzęki, rozświetlająco-liftingująca maseczka do twarzy z 24k złotem oraz płyn micelarny z molekularnym złotem do demakijażu twarzy i oczu (bez alkoholu!).

Czego ja próbowałam?

Ja z kolei zakochałam się w aktywnym kremie regenerująco-wzmacniającym na noc. To ten w kulistym, metalicznym opakowaniu! I tutaj odzywa się moja natura wielbicielki pięknych opakowań, do czego muszę się Wam przyznać bez bicia :D ;-) Od tygodnia stosuję też serum stymulujące wzrost rzęs Christian Laurent, które zawiera bimatoprost, uważany obecnie za jeden z najefektywniejszych związków stymulujących wzrost rzęs. Przede mną jeszcze 7 tygodni jego stosowania, bo kuracja trwa 8 tygodni. Bardzo jestem ciekawa efektów, bo przedłużanie rzęs sprzed roku skutecznie je osłabiło.

I od tygodnia stosuję również podkład matujący do twarzy HD 4M pixel fusion. Odcień light beige świetnie komponuje się z moją skórą i przez 12 h rzeczywiście pozostaje ona matowa.

Chronoserum liftingujące do całego ciała jest świetne, fajnie napina i nawilża. Balsam brązujący ze złotymi drobinkami świetnie dał radę i nie mam żadnych zacieków, o które przy balsamach brązujących nietrudno. Moja Mama z kolei polubiła się z nawilżającym mleczkiem do całego ciała ze złotych pyłem. Ja ostatnio próbowałam posmarować sobie nim nogi i nie doszłam do połowy, jak mój Junior zdecydował, że on jednak nie pozwoli mi na to, bo ma inne plany :D ;-)

Bardzo mnie zaciekawił napinający koncentrat ujędrniający do biustu. Po kilku aplikacjach mogę stwierdzić, że rzeczywiście skutecznie napina skórę. Mam wrażenie, że po ciąży to będzie strzał w dychę.

Przyznaję się Wam bez bicia – nie ma szans na to, abym każdego dnia codziennie wykonywała wszystkie zabiegi pielęgnacyjne i stosowała wszystkie kosmetyki, o których wspomniałam wyżej. Przy dwójce małych dzieci to niemożliwe, dlatego niektóre z nich muszą poczekać na mniej intensywny czas w moim życiu. Moja mama z kolei nie ma z tym problemu! Cwaniara, odchowała sobie dzieci i ma spokój ;)

Ale na krem do twarzy, lekki make up i krem do rąk zawsze znajduję czas. To dla mnie niczym poranne mycie zębów.

Tego właśnie nauczę moją córę [której mój Mąż nadal nie chce dać na imię Gaia ;-)]

– że dbanie o siebie to nie pindrzenie się dla innych. To dbanie o siebie DLA SIEBIE! Może dla niektórych kontrowersyjne i niezrozumiałe, ale dla mnie naturalne! Piąteczka! :-)


W ramach „dbania o siebie dla siebie” mam dla Was 5 zestawów kosmetyków od marki Christian Laurent o wartości 250 złotych. Wystarczy, że w komentarzu na blogu, pod tym artykułem udzielicie kreatywnej odpowiedzi na pytanie:

„Który z kosmetyków Christian Laurent najbardziej chciałabyś przetestować i dlaczego akurat ten?” :-)

A my wybierzmy 5 najciekawszych odpowiedzi! Trzymam mocno za Was kciuki! Przy okazji wpadnijcie na Fanpage marki! Tam też będzie wkrótce konkursowo! Regulamin tutaj. Bawimy się do 16.10.2017!

Partnerem postu jest marka Christian Laurent.

Podobne wpisy