Całkiem niedawno z ust dość bliskiej mi osoby usłyszałam kwestię, która bardzo mnie zastanowiła. Nie mogłam zrozumieć, skąd u innych często mylne przekonanie o tym, dlaczego wykonuję pewne czynności.
Zdziwiłam się, że pewne kwestie odbierane są przez otoczenie negatywnie choć mam wrażenie, że wcale tak nie powinny być interpretowane.
– No i po co się tak pindrzyć, skoro i tak ludzie tego nie docenią?! – usłyszałam pewnego dnia, kiedy skończyłam właśnie malować rzęsy i zaczęłam wsmarowywać krem do rąk.
Słowo „pindrzyć” zadudniło mi w uszach i poczułam się niczym studentka, której rodzice wypominają, że oto właśnie pomalowała sobie oko, a przecież jest tyle innych, ciekawszych i bardziej wartościowych rzeczy do robienia. Można wynieść śmieci, sprzątnąć łazienkę, umyć okno, ugotować obiad. A tu się kobieta niepotrzebnie poci nad tym, aby pomalować sobie rzęsy. I to „dla innych”!
W głowie miałam kalejdoskop myśli, które miałam ochotę wyrzucić z siebie, aby pokazać, że zupełnie nie zgadzam się z tą aluzją dotyczącą „pindrzenia się”, bo to sugerowało, jakby to była czynność zabroniona, niewłaściwa, niepotrzebna, wręcz obraźliwa a nawet insynuująca mój potencjalnie niski iloraz inteligencji!
– Po pierwsze, nie robię tego dla innych, a robię to przede wszystkim dla siebie. Lubię o siebie dbać. A po drugie – robię to z taką samą przyjemnością i poczuciem obowiązku, jak przy porannym myciu zębów, myciu okien, gdy są już brudne, i mogłabym tak wymieniać bez końca. – już tego nie wypowiedziałam na głos, aby nie rozniecać ognia w dyskusji. Zostawiłam to dla siebie.
Odkąd pamiętam moja kochana mama zachęcała mnie do dbania o siebie. I potrafiła robić to w sposób nienachalny, a trafnie podkreślający aspekt, że dbanie o siebie jest zwyczajnie ZDROWE! Nie tylko zachęcała mnie do dbania o siebie poprzez aktywność fizyczną, z którą było mi niestety nie po drodze (tylko w sportach drużynowych czułam się jak ryba w wodzie, a fitnessy czy bieganie było dla mnie katorgą…), ale również to ona, jako dyplomowana wizażystka, wprowadziła mnie w tajniki pielęgnacji skóry.



To ona zrobiła mi mój pierwszy makijaż, kupiła mi pierwsze mleczko do demakijażu, pierwszy krem i pierwszy tonik. To ona pytała mnie przed snem, czy aby na pewno zmyłam makijaż. Nikt inny jak właśnie ona pokazała mi, jak mogę podkreślić moją urodę korzystając z niektórych produktów do makijażu jednocześnie nie przesadzając, a tylko akcentując niektóre partie.
Za to jej właśnie dziękuję! Za to, że nie traktowała moich nastoletnich potrzeb z wyniosłością czy niezrozumieniem, a starała się podejść bliżej mnie i mnie wysłuchać. Uświadomiła mi, że bycie kobietą to też w pewnym sensie przyjemny obowiązek. Przyjemny obowiązek dbania o siebie!
Ale dbania o siebie przede wszystkim dla siebie, a nie dla innych!
Tak właśnie. Niech będzie, że dla niektórych się pindrzę. Że lubię pokazać się światu w makijażu, że lubię mieć wypielęgnowane ciało, a w mojej torebce na przekór całemu światu trzymam krem do rąk, który lubię wsmarować w dłonie kilka razy dziennie.
Co dla niektórych jest zupełnie niepotrzebną stratą czasu, wszak można by było tyle sprzątnąć i tyle ugotować w tym czasie! ;-) A ja bezczelnie wstanę czasami wcześniej i wklepię w skórę krem opuszkami palców, jak mnie kiedyś uczono na kosmetologii. Zarzucę na twarz korektor pod oczy, dorzucę trochę różu na policzki i pomaluję rzęsy.
I gdy przyjdzie na to odpowiedni czas, to z największą przyjemnością poinstruuję w tym moją córkę, aby nie czuła się jak „kobieta pindrząca”, a „kobieta zadbana”! Ot, co ;-)
Do podzielenia się z Wami moim podejściem do dbania o siebie, zaprosiła mnie marka Christian Laurent, której produkty testowałam razem z moją Mamą.
Kosmetyki Christian Laurent przeznaczone są dla kobiet dojrzałych i pragnących zadbać o siebie. To luksusowa marka kosmetyków, którą znajdziecie w 200 wybranych drogeriach Rossmann. W gamie marki Christian Laurent są nie tylko kosmetyki dla osób powyżej 40-tego, 55-tego i 65-tego roku życia, ale również kosmetyki uniwersalne, nieskategoryzowane wiekowo, co bardzo mnie ucieszyło :-)
Czego z gamy Linii Christian Laurent próbowała moja Mama?
Infuzyjny krem przeciwzmarszczkowy odbudowujący gęstość skóry 55+. Krem ten wykorzystuje infuzyjny mechanizm transportu składników aktywnych za pomocą mikroprzekaźników, zwanymi promotorami przejścia komórkowego, które umożliwiają przeniesienie składników aktywnych do głębokich warstw skóry oraz ich stopniowe uwalnianie. Krem zawiera w składzie drobinki 24 karatowego złota, ekstrakt z czarnej róży i kompleks ROYAL CAVIAR. Bardzo intensywnie nawilża, co potwierdziła moja Mama, poprawia gęstość skóry i wygładza głębokie zmarszczki.

W linii znajdują się również: infuzyjny złoty krem przeciwzmarszczkowy pod oczy i na powieki, który redukuje cienie i obrzęki, rozświetlająco-liftingująca maseczka do twarzy z 24k złotem oraz płyn micelarny z molekularnym złotem do demakijażu twarzy i oczu (bez alkoholu!).
Czego ja próbowałam?
Ja z kolei zakochałam się w aktywnym kremie regenerująco-wzmacniającym na noc. To ten w kulistym, metalicznym opakowaniu! I tutaj odzywa się moja natura wielbicielki pięknych opakowań, do czego muszę się Wam przyznać bez bicia :D ;-) Od tygodnia stosuję też serum stymulujące wzrost rzęs Christian Laurent, które zawiera bimatoprost, uważany obecnie za jeden z najefektywniejszych związków stymulujących wzrost rzęs. Przede mną jeszcze 7 tygodni jego stosowania, bo kuracja trwa 8 tygodni. Bardzo jestem ciekawa efektów, bo przedłużanie rzęs sprzed roku skutecznie je osłabiło.
I od tygodnia stosuję również podkład matujący do twarzy HD 4M pixel fusion. Odcień light beige świetnie komponuje się z moją skórą i przez 12 h rzeczywiście pozostaje ona matowa.


Chronoserum liftingujące do całego ciała jest świetne, fajnie napina i nawilża. Balsam brązujący ze złotymi drobinkami świetnie dał radę i nie mam żadnych zacieków, o które przy balsamach brązujących nietrudno. Moja Mama z kolei polubiła się z nawilżającym mleczkiem do całego ciała ze złotych pyłem. Ja ostatnio próbowałam posmarować sobie nim nogi i nie doszłam do połowy, jak mój Junior zdecydował, że on jednak nie pozwoli mi na to, bo ma inne plany :D ;-)
Bardzo mnie zaciekawił napinający koncentrat ujędrniający do biustu. Po kilku aplikacjach mogę stwierdzić, że rzeczywiście skutecznie napina skórę. Mam wrażenie, że po ciąży to będzie strzał w dychę.



Przyznaję się Wam bez bicia – nie ma szans na to, abym każdego dnia codziennie wykonywała wszystkie zabiegi pielęgnacyjne i stosowała wszystkie kosmetyki, o których wspomniałam wyżej. Przy dwójce małych dzieci to niemożliwe, dlatego niektóre z nich muszą poczekać na mniej intensywny czas w moim życiu. Moja mama z kolei nie ma z tym problemu! Cwaniara, odchowała sobie dzieci i ma spokój ;)
Ale na krem do twarzy, lekki make up i krem do rąk zawsze znajduję czas. To dla mnie niczym poranne mycie zębów.
Tego właśnie nauczę moją córę [której mój Mąż nadal nie chce dać na imię Gaia ;-)]
– że dbanie o siebie to nie pindrzenie się dla innych. To dbanie o siebie DLA SIEBIE! Może dla niektórych kontrowersyjne i niezrozumiałe, ale dla mnie naturalne! Piąteczka! :-)
W ramach „dbania o siebie dla siebie” mam dla Was 5 zestawów kosmetyków od marki Christian Laurent o wartości 250 złotych. Wystarczy, że w komentarzu na blogu, pod tym artykułem udzielicie kreatywnej odpowiedzi na pytanie:
„Który z kosmetyków Christian Laurent najbardziej chciałabyś przetestować i dlaczego akurat ten?” :-)
A my wybierzmy 5 najciekawszych odpowiedzi! Trzymam mocno za Was kciuki! Przy okazji wpadnijcie na Fanpage marki! Tam też będzie wkrótce konkursowo! Regulamin tutaj. Bawimy się do 16.10.2017!
Partnerem postu jest marka Christian Laurent.







