Najlepsza rzecz, jaką mogłam zrobić dla zdrowia moich dzieci, dzięki której są zdrowsi!

napisała 30/01/2020 Moim zdaniem, Szczesliva po godzinach

Bardzo często dostaję od Was maile, w których pytacie mnie o to, jak to się stało, że moje dzieci przestały chorować tak często jak kiedyś. Dobre pytanie! Jeszcze 2-3 lata temu choróbska przewijały się u nas non stop, o czym zresztą pisałam Wam na blogu.

Chłopcy zaliczyli wtedy kilkukrotnie szpital, a ja na oparach sił próbowałam radzić sobie z codziennością i za wszelką cenę chciałam znaleźć przyczynę tego stanu rzeczy. Nie zliczę, ilu pediatrów odwiedziliśmy w czasie tamtego okresu. Właściwie każdy z nich dawał inne zalecenia, które często kłóciły się ze sobą. Ile łez wypłakałam w poduszkę, to wiem chyba tylko ja i mój M., który co chwilę wylatywał z kraju na kolejne tygodnie i musiał słuchać mojego marudzenia w słuchawkę. Totalna podłamka!

Aż pewnego dnia, po tych wszystkich zdrowotnych perypetiach, trafiłam na cudowną lekarkę, która podzieliła się ze mną wskazówką, chyba najlepszą z możliwych! Na moje pytanie:

– To co ja mam w końcu robić, żeby mniej chorowali?!

odpowiedziała:

– Pani Magdo, nie zrobi Pani nic, co sprawi, że nagle przestaną chorować. Nie ma na świecie cudownego leku na odporność. Poza tym każde dziecko nabywa odporności we właściwym dla siebie czasie. Co Pani może zrobić, to pomagać im w budowaniu odporności i działać wielotorowo! I przestać być biernym obserwatorem, a czynnie im w tym pomagać.

To była pierwsza Pani doktor, która popatrzyła na moje dzieci nie jak na kolejny „produkt” przewijający się w przychodni (a czasami takie odnosiłam wrażenie podczas naszych poprzednich wizyt u innych lekarzy), ale jak na istoty, którym trzeba pomóc i na mnie jak na rodzica, który naprawdę się martwi i potrzebuje porady. Wielka szkoda, że wyjechała z Polski :-).

Popatrzyła na nich holistycznie, nie lecząc tylko chorego gardła, ale próbując poznać środowisko, w jakim funkcjonują i zwyczaje, jakie mają, w tym dietę, rodzaj ruchu na co dzień i nie tylko. Pamiętam, że wtedy po raz pierwszy lekarz zapytał mnie o to, jaką wilgotność powietrza mamy w mieszkaniu i czy oczyszczamy w nim powietrze, oraz zapytała, co w ciągu ostatnich kilku dni jedli na śniadanie, obiad i kolację! To również dzięki niej postawiłam pierwsze kroki w stawianiu baniek moim dzieciom, które zresztą stawiam moim dzieciom i mężowi do dzisiaj!

Zawsze mi też powtarzała, że są sytuacje, w których niestety trzeba podać antybiotyk, ale jeśli jest taka możliwość i stan zdrowia dziecka na to pozwala – warto czasami mierzyć się z infekcjami bez antybiotyków, gdyż one niszczą dobre bakterie w organizmie człowieka.

To dzięki niej również obecna jest w naszym życiu homeopatia. To właśnie wtedy przypomniałam sobie, jak moja mama wyprowadziła mnie i mojego brata z notorycznych infekcji w wieku 5-7 lat właśnie dzięki pani pediatrze, która przyjmowała nas w swoim gabinecie we Wrocławiu i klasyczną medycynę potrafiła łączyć z homeopatią i ziołolecznictwem, co miało zbawienny efekt na nasze zdrowie. Po roku nieustannych zapaleń oskrzeli, płuc i angin nagle … przestaliśmy chorować! Przypadek? Na mdłości w ciąży, z którymi się zmagałam jedyne co mi pomogło, to lek homeopatyczny. Bez niego bym chyba spędziła połowę ciąży w toalecie…

W temacie wspomagających sposobów leczenia – wiecie, że ostatniego lata zbierałam w Bieszczadach dziko rosnące zioła? Z podręcznikiem w ręku uczyłam się je rozpoznawać i robiłam moje pierwsze, ziołowe saszetki ;-) Nie mogę doczekać się zbliżającego lata, bo zamierzam to „ziołobranie” powtórzyć! :-)

Wiecie, co najlepszego możecie zrobić w temacie poprawy zdrowia i budowania dziecięcej odporności? Współuczestniczyć w tej drodze, która bywa kręta co prawda, ale można próbować ją „prostować!” Nie traćcie nadziei, jeśli Wasze dzieci cały czas chorują i nie załamujcie rąk. Działajcie!

  1. Jeśli macie taką możliwość, znajdźcie pediatrę, który nie przepisuje antybiotyków na wszystko, tylko stosuje je w ostateczności. I ma otwarty umysł doszkalając się przy tym. Wiem, nie jest łatwo znaleźć specjalistę, który patrzy holistycznie na człowieka. Jednak dzięki Waszym mailom wiem, że takich lekarzy jest całkiem sporo w tym naszym nadwiślańskim kraju, tylko trzeba ich wyłuskać z tej całej masy.
  1. Nie zamykajcie się na wspomagające drogi leczenia. Zapoznajcie się z medycyną ludową, homeopatią, ziołolecznictwem, aromaterapią czy ajurwedą. Znajdziecie w nich wiele wskazówek, które mają potencjał Wam pomóc.

  1. Zapoznajcie się z zapomnianą już chyba sztuką hartowania dzieci. Ja stosuję u chłopców naprzemienne chłodne i ciepłe prysznice. I błagam – nie przegrzewajcie ich! Ubranie na cebulkę jest OK. Jednak po to jest ta „cebulka” by te warstwy ściągać, gdy zachodzi potrzeba, a nie kisić w nich dziecko ;-)
  1. Niech temat kiszonek i probiotyków nie będzie Wam obcy! Przemycajcie je do dziecięcej diety – warto! Właśnie ze względu na bakterie probiotyczne, które wspierają te małe brzuszki.
  1. Ograniczcie dzieciom cukier. To nie jest mit tylko fakt, że cukier zmniejsza ilość leukocytów we w krwi, które są odpowiedzialne za funkcje obronne organizmu przed patogenami.

  1. Ograniczcie dzieciom ilość stresu – kortyzol, tzw. hormon stresu osłabia zdolności organizmu do samoobrony. Badania na zwierzętach dowodzą, że stres krótkotrwały wzmaga siły obronne organizmu natomiast w przypadku długotrwałego stresu aktywność komórek obronnych zmniejsza się :(

I przede wszystkim bądźcie dobrej myśli! Jako mama trójki dzieci wiem jedno – im dziecko jest starsze, tym jego odporność zwiększa się! Żłobek i przedszkole to ten najgorszy pod względem chorowania czas – później jest już zdecydowanie łatwiej. Odbijemy to sobie kiedyś, zobaczycie! ;-)

P.S. Jeśli udało się Wam zobaczyć dzisiejszy post i jest on bliski Waszemu sercu, a także ma potencjał pomóc innym rodzicom, zostawcie po sobie ślad na Facebooku czy w komentarzu   Możecie go też udostępnić. Dziękuję! 

Podobne wpisy