Tak naprawdę skutki takiego postępowania nie dotyczą tylko dzieci, a większości z nas, którzy mamy w zwyczaju postępować w podobny sposób.
Przyznam szczerze, że nigdy wcześniej nie wiedziałam o tak poważnej szkodliwości tych mikotoksyn i niepodawanie ich moim dzieciom nie wynikało do tej pory z mojego dogłębnego zapoznania się z tematem, a raczej brało się głównie z mojego odruchu smakowo-estetycznego [żeby nie nazwać jego wymiotnym ;-) ], który powstrzymywał mnie przed ich podawaniem.
Co prawda obecnie robię co mogę, aby minimalizować „podaż” mikotoksyn i prawdopodobnie w ogóle ich nie podaję (choć nawet w produktach spożywczych dopuszcza się ich zawartość w minimalnych dawkach, regulowanych prawem UE), ale w moim dzieciństwie nie było już tak różowo. Moi rodzice, a dziadkowie w szczególności, starali się nigdy nie marnować jedzenia i cokolwiek stało w kuchni czy spiżarni było maksymalnie wykorzystywane.
Zaraz odezwą się Ci, którzy powiedzą:
„Hola, kobieto! Straszysz ludzi i zaraz się okaże, że na wszystko można umrzeć! Trzeba było napisać: „nie żryjcie tego i tyle w temacie”!
Jasne, i tym oto sposobem nikt nie doczytałby się do niezbędnych źródeł, wiedza pozostałaby nikła i lizalibyśmy temat po powierzchni w sumie do niczego nie doprowadzając, bo aby zmiany wcielić w życie, trzeba wiedzieć odrobinę więcej niż: „Nie żryj tego, to szkodzi.”
Powiem tak, po pierwsze: wszyscy mamy wybór. Po drugie: kiedy zaczynam dysponować wiedzą, która otwiera mi na coś oczy, to ja z tej wiedzy korzystam. Staram się minimalizować ryzyko, jeśli mam taką możliwość. Sama miałam nowotwór w obrębie szyi i głowy, którego geneza jest nieznana. Ile się strachu i nerwów najadłam – wiem tylko ja i moja rodzina. Dlatego obecnie wolę jednak dmuchać na zimne i jeśli pewne konieczne zmiany nie wymagają ode mnie ekwilibrystyki pierwszego kalibru i nie zmuszają mnie do obrócenia mojego życia o 180 stopni, to ja wcielam je w życie.
Dlaczego dzisiaj o tym piszę?
Tak naprawdę zupełnie przypadkiem szukając informacji na temat choroby, na którą cierpi jedna z bliskich mi osób, trafiłam na artykuł i wypowiedź ekspertów dotyczący spożycia pleśni, która wytwarza mikotoksyny powodujące m.in. spadek odporności, wykazujące właściwości mutagenne, teratogenne i niestety rakotwórcze również.
Co robi większość znanych mi osób, która dostrzeże w górnej części dżemu pleśń? Łyżką wybierze tę pleśń, a resztę produktu zdecyduje się użyć. Co robi jedna z bliskich mi osób, która zobaczy jabłko z pleśnią z jednego boku? Odkroi tę spleśniałą część, a resztę położy dzieciom na talerzyk. Co w przypadku, gdy na śmietanie zobaczą niektórzy zielonkawy nalot? Aby nie marnować całego produktu i nie wyrzucać go do śmieci, część widocznej pleśni wyrzucą a resztę dodadzą do sosu czy pierogów.
Czy te osoby prawidłowo podejrzewają, że pleśń jest tylko w widocznej warstwie produktu, dlatego wystarczy jej odkrojenie czy wyrzucenie?
Niestety, są w błędzie! Jak pokazują badania to, że widoczną pleśń widać gołym okiem i jest na wierzchu danego produktu nie znaczy, że pleśni nie ma wewnątrz produktu. Co więcej! Jak w banku mamy to skoro widać nawet maleńki kawałek pleśni z boczku, tak nieśmiało wystający, to pleśń powodująca mikotoksyny jest w CAŁYM PRODUKCIE. A nie tylko w widocznej jego części, jak niektórym się wydaje…
Niestety, ale znam osoby, które będą się ze mną kłócić, że pieprzę głupoty. Że oni takie jabłka przerobią, pleśń odkroją i wszystko będzie cacy. Znam też takich, którzy lekko podpsute mięso będą smażyć bądź gotować do skutku, bo wydaje im się, że wtedy tę zepsutą część „uzdrowią”, „unieszkodliwią”.
BZDURA!
Obczajcie ten materiał. Poczytajcie o mikotoksynach, w tym patulinie, która jest uznana za toksynę trzeciej kategorii pod względem karcenogenności. Dogrzebcie się też do zagranicznym artykułów naukowych sugerujących, że niestety mikotoksyny powodują ogromy spadek odporności u dzieci i dorosłych (źródło m.in. tutaj i tutaj ) a także mogą w bardzo szybkim tempie u osób z osłabionym organizmem spowodować nowotwory, szczególnie te w obrębie jamy brzusznej.
Czy ja coś z tej wiedzy wyniosłam? Na pewno zdecyduję się kupować mniej i rozsądniej dysponować artykułami spożywczymi, a także owocami czy warzywami, a co za tym idzie mniej marnować żywności. Jeśli będziemy jeść rzeczy świeże, nie zaatakowane pleśnią, nie wprowadzimy mikotoksyn do naszego organizmu bądź wprowadzimy je w minimalnej ilości.
Nie sama pleśń jest szkodliwa, wszak jemy bezpieczne dla naszego zdrowia np. sery pleśniowe (których w ciąży akurat należy unikać), a jej produkty przemiany materii generujące mikotoksyny są mega niebezpieczne, choć mało się o nich piszę, bo to niewygodny i trudno do zrealizowania temat.
Żelazna zasada numer jeden, do której próbuję od jakiegoś czasu przekonać moich najbliższych, w szczególności tych ze starszego pokolenia, których trudy życia nauczyły niczego nie marnować:
Każdy produkt zaatakowany przez pleśń trzeba wyrzucić w całości. Nie wolno go przeznaczać dla nawet zwierząt, szczególnie hodowlanych!







