Często, zupełnie błędnie, wydaje nam się, że pewne sprawy i nasze relacje z innymi są nam dane na zawsze. Że będziemy mogli bez końca obracać w naszych dłoniach tę monetę, która wiele ma imion. Bo przecież do tego przyzwyczaja nas ta nasza cholernie różowa rzeczywistość.
„Mówisz i masz”? Doskonale znasz tę zasadę i lubisz, gdy dotyczy właśnie Ciebie.
Lubisz dostawać zawsze to, czego aktualnie potrzebujesz. Idziesz do sklepu i wybierasz sobie z półki cokolwiek tylko zapragniesz. Zepsuło się? Nic nie szkodzi. Przecież kupisz następne. Proste? Proste.
Przyzwyczajasz się do tego, że pewne sprawy są wokół Ciebie stałe. Że nawet, gdy coś przegapisz, to nadrobisz to później. Spóźnisz się na ulubiony seans? Spokojnie. Przecież zdążyłeś zaprogramować jego nagrywanie w razie Twojego spóźnienia. Jesteś kryty, jak zawsze.
To wszystko jest dla Ciebie takie oczywiste. Coś nawala, to Ty próbujesz to naprawić. Coś gubisz, to wybierasz sobie w sklepie nowe. Z kimś się pokłócisz na amen? Wrzucasz na luz. Jak nie ten, to następny. Nikogo nie będziesz prosił o to, aby dzielić z nim życie.
Łatwo się przyzwyczajasz. Ja też. Do tego co lubię przyzwyczajam się od razu. I do tego co miałam „od zawsze” przyzwyczajam się najmocniej. A „od zawsze” była ze mną moja Mama…
Moja Mama w mojej głowie jest „Mamą na zawsze”. Jest Mamą, która po prostu jest. Była przy mnie od samego początku, więc dlaczego nagle miałoby jej zabraknąć?
Była zawsze blisko.
Była na zawołanie.
Była taką oczywistością, nad którą nie musiałam się nigdy zastanawiać.
Była takim moim prywatnym wschodem Słońca, który nigdy nie nawala i jest obecny każdego dnia.
Wiem, że gdybym teraz przyjechała do mojej Mamy, to ona zrobiłaby coś pysznego do jedzenia. Choćby na poczekaniu. Naleśniki z dżemem. Pyszny rosół. Postawiłaby świeże kwiaty na stół, ubrałaby się ładnie i zrobiłaby wyjątkowy makijaż. Byłabym dla niej ważnym gościem, w tym momencie najważniejszym. Jak zawsze.
Ale rzeczywistość i ta moja dawna, zastana „oczywistość”, jest odrobinę smutniejsza.
Od kilku lat mieszkamy w różnych krajach.
Nie wpadamy do siebie ot tak po prostu na kawę.
Nie jemy wspólnie obiadów.
Nie plotkujemy o codzienności.
Nie śmiejemy się jak kiedyś przy lampce wina.
Już nie mogę pokazywać jej każdego tygodnia jak mądry jest jej wnuk i jak świetnie się rozwija. A marzę o tym. Naprawdę.
Nie jestem dla niej na co dzień.
Nie mam tego luksusu.
Nie budujemy razem tego „dzisiaj”, tego „jutro” ani „pojutrze”.
Jesteśmy ze sobą tylko od święta.
Niestety.
A ja tak bardzo chciałabym się pochwalić co u mnie nowego i wpaść do niej znienacka w przypływie chwili. Usiąść u niej na sofie, przykryta kocem i wspólnie dopijać ciepłą kawę z mlekiem.
Ale nie mogę.
Już nie mogę. Te przeklęte dwa tysiące kilometrów są teraz przeszkodą.
A kiedyś, jeszcze parę lat temu, była na wyciągniecie ręki. Niemalże za miedzą…
Nie doceniałam tego.
Bo wiecie…
Jeszcze inne cudowne Mamy są jeszcze dalej.
Ale są już tak daleko, że sięgamy do nich tylko pamięcią.
Wspomnieniami.
Zatrzymanymi w głowie zapachami i zapamiętanymi smakami.
Odeszły nagle.
Wcześnie.
Niespodziewanie.
Bez zapowiedzi.
A miały być przecież „na zawsze”.
Tak nam się wydawało, że będą z nami do końca. Cokolwiek ten koniec miałby oznaczać.
I wtedy właśnie zostają nam w głowie te niezapomniane smaki. Te cudowne zapachy. Te znane nam już na pamięć wspomnienia.

Przed paroma dniami, gdy w dalekiej Norwegii spędziłam z moją Mamą kilka pięknych dni, to upiekłam dla niej tartę z gruszkami. Będę ją piekła zawsze wtedy, gdy będę chciała odtworzyć w myślach ten dzień, w którym jadłyśmy ją ostatnio razem.
Mam nadzieję, że smakowała jej jak te tysiące dawnych wspomnień.
Jak te miliony niewypowiedzianych każdego dnia słów.
Jak to „Dzień dobry” i jak „Dobranoc”, które mówimy sobie prosto w oczy tylko od święta.







